Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 listopada 2022

XIX Maraton Komandosa w Lublińcu

Od kilku ładnych lat końcówka listopada oznacza dla mnie start w jednym z najtrudniejszych biegów maratońskich w Polsce. Rozgrywany w Lublińcu Maraton Komandosa jest kierowany głównie do przedstawicieli służb mundurowych, ale również prawo startu w tym biegu mają cywile, jeśli spełnią wymagania regulaminowe. A te łatwe nie są, bieg w zasadzie, poza dystansem, nie ma nic wspólnego z innymi biegami maratońskimi. Trasa to dwie leśne pętle po 21 km, po piaszczystych i kamienistych drogach, jedynie na krótkich fragmentach występuje asfalt. Wszyscy obowiązkowo biegną w umundurowaniu polowym (lub innym stroju służbowym, jak np. ratownicy medyczni), w wysokich na minimum 20 cm butach wojskowych i z plecakiem ważącym minimum 10 kg. Na trasie nie ma żadnych punktów odżywczych, więc całe jedzenie i picie należy mieć ze sobą. W tym roku zauważam małą zmianę w regulaminie - limit czasu wydłużono z 7 do 7,5 godziny. Bieg organizuje Wojskowy Klub Biegacza "Meta" oraz Jednostka Wojskowa Komandosów z Lublińca, ale w jego organizację zaangażowane są też służby medyczne, straż pożarna i służby leśne.

Moja forma biegowa w tym roku jest mierna i zaliczyła bolesny upadek. W latach wcześniejszych biegałem po 1200-1300 km rocznie, treningi na dystansie 10 km i więcej były naturalnym dystansem. W zeszłym roku przebiegłem już tylko około 750 km, zmniejszyłem długość dystansów i to wyraźnie dało się zauważyć na Maratonie Komandosa. Ukończyłem go tylko kilka minut poniżej 7 godzin, podczas gdy mój najlepszy czas na tych zawodach to 5 godzin i 47 minut. Różnica kolosalna. A jaki czas osiągnę teraz? Zapowiada się jeszcze gorzej - w tym roku przebiegłem tylko około 400 km, dystanse jeszcze się skróciły, spadło też tempo. Ewidentnie nie mam formy i nie jestem w stanie jej odzyskać w krótkim czasie. Na formę należy pracować cały rok i jak chce się biegać dobrze maratony, to treningi po kilka kilometrów nie wystarczą. Teraz tylko od około 1,5 miesiąca przygotowuję się pod kątem Maratonu Komandosa, biegam z plecakiem, ale po 6-7 km, stanowczo zbyt mało. Nie startowałem w tym roku w żadnym biegu maratońskim, jedyny dłuższy bieg to Półmaraton Komandosa i Bieg Katorżnika (czytaj tu), zrobiłem mniej długodystansowych tras rowerowych, nawet piesza turystyka ograniczyła się ledwie do kilku górskich tras w Norwegii i w Polsce (czytaj tu, tu i tu). Wydłużenie limitu jednak ułatwia sprawę, mogę rozsądniej rozłożyć siły i trasę pokonać spokojniej. Bo tym razem chodzi tylko o jej pokonanie i kolejną przygodę, mowy nie ma o jakiejś walce o życiówkę. To zresztą już mój 8 start w tej imprezie, mam wystarczające doświadczenie by trasę ukończyć na spokojnie, bez urazów, mieć z tego jakąś przyjemność i nie zakatować się. 


Wyruszam w trasę po południu w piątek. Ruch na wylocie z Warszawy jest bardzo duży, w dodatku są mgły i momentami mocno pada. Na szczęście budowana od dawna autostrada A1 jest już niemal gotowa i jedzie się nią komfortowo. Liczę, że jutro nie będzie tak mokro. Na ten bieg idealne warunki to lekki mróz i suche powietrze. Śpię w samym centrum Lublińca, w znanym mi już niewielkim hotelu Lubex.

Rano wstaję dość wcześnie, jem śniadanie, przebieram się w biegowe ubranie i ruszam do Kokotka - części miasta mocno oddalonej od jego centrum, stanowiącą niemal odrębną osadę. Tu, nad jeziorem Posmyk, jest biuro zawodów i parkingi dla uczestników. Odbieram swój pakiet startowy, przypinam numer na spodnie i do plecaka. Do plecaka wędruje bukłak z wodą i całość idzie na wagę. Nieco ponad 12 kg. Przy półmetku zostawiam siatkę z kolejną butelką wody, izotonikami, batonikami i bananami. Do kieszeni chowam dwa batoniki. Coraz więcej zawodników oddaje swój plecak do specjalnej strefy. W końcu wszyscy już są gotowi. Pada hasło do pobrania plecaków i udania się na odległą o kilkaset metrów łąkę, gdzie tradycyjnie odbywa się start.



Ustawiamy się w długi szereg. Jeszcze kilka minut. Na razie wszyscy weseli, wszyscy roześmiani. Na mecie wygląda to zupełnie inaczej. Startuje nas szef wyszkolenia Jednostki Wojskowej Komandosów. Tłum ponad 500 osób rusza szeroką ławą, ale musimy jednak zmieścić się na ciasnej, asfaltowej drodze. Tu wszyscy biegną, wszyscy od razu narzucają tempo. Doświadczenie mówi mi - za szybko. Pobiegnę tak parę kilometrów, a potem będę cierpiał, szczególnie jak jestem bez formy. Nawet za najlepszych lat nie pokonałem całości trasy biegiem, udawało się nieco poniżej 30 km i potem przechodziłem w marsz. Staram się zwolnić, biec niespiesznie, ale i tak tempo na zegarku wydaje mi się za wysokie. 7 min./km to za dużo!


Jakiś czas rozmawiam z biegnącym równolegle żołnierzem. Też uważa, że należy spokojnie, nie spalić się na początku. Powoli zwalniamy. Po 2-3 km i tak odpuszczam jego tempo, on powoli się ode mnie oddala. Trasa w tym rejonie prowadzi leśnymi drogami i groblami pomiędzy stawami Posmyk, wszystko tonie we mgle i aż korci, by na moment zatrzymać się i zrobić jakieś pamiątkowe zdjęcia.




Jako że już 7 km za mną, to kęs za kęsem zjadam pierwszy batonik. Dziwi mnie to, że na tym etapie biegu dużo ludzi już tylko szybko idzie. Na wcześniejszych edycjach zawodnicy przechodzili w marsz zazwyczaj gdzieś na drugim okrążeniu. Inna sprawa, że kiedyś trasa była inna, lżejsza do pokonania, nie zawierała tylu odcinków piaszczystych. Teraz na niej rozgrywany jest ultramaraton - Setka Komandosa. To właśnie na niej osiągnąłem swoje najlepsze wyniki. Teraz doganiają nas też "cywilni" biegacze, startujący w maratonie z okazji 750-lecia Lublińca. Startowali 20 minut po nas, ale biegną na sportowo i na lekko, więc nic dziwnego że nas wyprzedzają.

Za groblami zaczyna się piach i to dość uciążliwy. Tempo spada, zmęczenie rośnie. Zauważam, że mój bieg jest jeszcze szybszy od marszu, ale to tylko kwestia czasu, że marsz będzie kosztował mniej sił, a różnica tempa będzie pomijalna. Potem jednak znów przyspieszam, pojawiają się zabudowania i kawałek asfaltu, a po nim twardo ubita leśna droga.


Wiem, że wkrótce droga ta skończy się i będzie najgorszy moment na trasie - mokra łąka. Tam podłoże jest śliskie i miękkie i kosztuje to najwięcej sił. Tam zawsze kląłem i tam było najwolniej. W tym roku nie ma zbyt wiele błota, ale i tak jest ślisko i tempo spada.


Za łąką znów jest ubity kawałek równej drogi gdzie jeszcze daję radę przyspieszyć. Powoli zjadam drugi batonik. Żałuję, że nie mam teraz ze sobą żeli - je się je o wiele prościej i nie zaburza to tak oddechu. Moje tempo spada znów, zmęczenie narasta. Skręcamy na południe, w stronę Kokotka. Tu już przechodzę chwilowo w szybki marsz. Łapię nieco rytmu, uspokajam oddech. Ale tempo... jest zbliżone do tego biegowego. Nie widzę sensu wracania do tego wolnego, ale męczącego truchtu. Takie tempo spokojnie pozwoli mi trasę ukończyć w limicie czasu, a o nic innego mi nie chodzi. 

Zauważam, że ta część trasy nieco się zmieniła. Drogi mają wymienioną i nowo utwardzoną nawierzchnię. Pokonuje się je łatwiej niż w zeszłych latach. Tylko momentami są to grube kamienie i tu jest akurat nieco gorzej. Ogólnie jest jednak na plus. Ostatnie kilometry to szybki marsz wzdłuż drogi Lubliniec - Tarnowskie Góry a potem brukową drogą nad jezioro i do hotelu, gdzie jest koniec pętli. Szybkie uzupełnienie zapasów wody w bukłaku, do kieszeni jeden baton białkowy i jeden żel, zjadam pół banana, łapię butelkę izotonika i ruszam na drugą pętlę. Tą pętlę, która każdego tu weryfikuje. Tu już mało kto się uśmiecha. Tu już każdy walczy z bólem i zmęczeniem. Duża ilość osób odpoczywa dłuższą chwilę, niektórzy nawet przebierają się. Ja mam zasadę - jak najmniej czasu stracić na przepaku. Tylko coś zjeść, uzupełnić zapasy płynów i od razu w drogę. Jak biegałem Setki Komandosa, to na przepakach łącznie traciłem dobre 45 minut! Tu też wszystko chwilę trwa, a to jednak nie ultramaraton, można skrócić to do minimum.

Drugą pętlę zaczynam żwawo. Te kilka minut postoju jednak nieco pomogło. Zastanawiam się czy nie przebiec asfaltowego fragmentu trasy, ale odpuszczam - da to realnie góra kilka minut, ale dołoży sporo zmęczenia, a ja przecież nie jestem w sensownej formie. Spokojne, równe tempo - to podstawowe założenie. Aby zająć czymś głowę śpiewam sobie w myślach jakąś piosenkę, która staje się tak natrętna, że nie może mi z tej głowy wylecieć. Ale to i lepiej, tak trasa mija szybciej. 

Znów groble i znów piachy. Niektórzy jeszcze podbiegają, ale bywa że szybkim marszem doganiam takie osoby. Zdecydowana większość już tylko idzie. Zawodnicy są już od dawna rozciągnięci, grupki to najwyżej po 2-3 osoby, zazwyczaj jacyś znajomi, pokonujący trasę razem. 

Mijam zabudowania, mijam leśne twarde drogi i podmokłą łąkę. Jeszcze 12 km. Tylko tyle i aż tyle. To 2 godziny, a bolą już stopy i ramiona. Ostatni batonik zjadam po małym kawałku. Kęs, łyk wody i kilometr marszu. I znów kęs i łyk wody. Tak jednak nie zapycham się, a jednocześnie zapewniam ciągły dopływ energii. Mijam kolejnych zawodników. Na szutrówce prowadzącej na południe stoi samochód z parą wolontariuszy zaangażowanych w organizację biegu. Oglądają mecz Polaków na MŚ w Katarze. Pytam o wynik i słyszę że 0:0. Jednak dosłownie minutę później słyszę za plecami ryk radości. To oznacza, że nasi strzelili gola, choć nawet nie wiem która może być minuta meczu. 



Jeszcze odbicie na zachód, na południe, na wschód i znów na południe. Powoli robi cię coraz ciemniej. Już tylko 4 km. Ale już wiem, że aby zdążyć poniżej 7 godzin musiałbym podbiec, a podbiegać nie chcę. Jeszcze 3 km, jeszcze 2. Już widać charakterystyczną górkę. Już przede mną brukowa droga do hotelu. Ostatni kilometr. Wreszcie docieram na metę, jest już niemal ciemno. 7 godzin 12 minut. Mój najgorszy rezultat w tych zawodach, gorszy o 1 godzinę i 20 minut od najlepszego. Satysfakcja z ukończenia jest, jak zresztą zawsze, ale satysfakcji z własnej formy nie ma i być nie może. W tym momencie jednak cieszy mnie, że już koniec, że już nie trzeba cisnąć. Zdaję sobie też sprawę, ile osób jest jednak nadal na trasie i jakoś to mnie zaskakuje. Mam wrażenie, że w poprzednich edycjach, mimo limitu 7 godzin, właściwie wszyscy mieścili się w tym limicie. Może to że go zwiększono, spowodowało że zawodnicy nie dają z siebie tyle ile by mogli? Ale jestem zbyt zmęczony na takie rozważania. Pamiątkowe zdjęcie - od kilku lat startuję w barwach mojego klubu strzeleckiego, czyli ZKS Warszawa. I choć nie są to zawody strzeleckie, to zawsze dla klubu jest to jakaś wartość dodana. 


Wracam na salę gimnastyczną, gdzie trwa dekoracja zwycięzców. Tam odbieram plecak z depozytu i przebieram się w suche ubranie. Zwycięzcą Maratonu Komandosa został major Piotr Szpigiel z Braniewa, który bieg wygrywał wielokrotnie i jest jego rekordzistą (kosmiczny rezultat 2 h 55 min.). Piotr minął mnie zresztą tuż przed moim półmetkiem. Gdy on kończył całość, z czasem 3 h 17 min, ja byłem w połowie trasy... pozostawię to bez komentarza. Drugie miejsce zajął równie niezawodny sierżant Artur Pelo z Lęborka. Był jednak aż o 19 minut gorszy od zwycięzcy, choć na półmetku byli niemal równo. Artur i Piotr to jednak zdecydowani dominatorzy tego biegu i jeśli pojawiali się na starcie, to walkę o pierwsze miejsce rozgrywali raczej tylko między sobą. Wśród kobiet zwyciężyła Aleksandra Jakubczak z czasem 4 h 12 min. A tak samo jak mężczyźni, kobiety muszą mieć obciążenie 10 kg i mundur. Nie mają żadnej ulgi. Więc jej rezultat jest tym większym osiągnięciem, zajęła 20 miejsce w łącznej klasyfikacji, tylko 19 mężczyzn było od niej lepszych. Na ponad 500 startujących osób!

Zmęczenie wychodzi ze mnie, zaczynają łapać mnie skurcze. Pora wracać do samochodu. Zjadam cokolwiek, dopijam izotonik i ruszam w drogę powrotną. Mięśnie są zakwaszone, obolałe. Nawet wyjście z samochodu by zatankować, nie jest przyjemne. W domu jestem około 20 i dość szybko idę spać. Chcę się choć trochę zregenerować, jutro z rana muszę być w pracy i czeka mnie 14 godzin siedzenia w niej.

Bieg pokonałem po raz ósmy, formę miałem jednak najgorszą i czas również osiągnąłem najgorszy. Niestety - jak ktoś chce osiągnąć czas lepszy, musi trenować więcej i ciężej. Bez pracy nie ma efektów, samo bazowanie na doświadczeniu z lat poprzednich i byłej już formie to trochę za mało. Jeśli ktoś z tym biegiem się nie zmierzył to gorąco zachęcam, ale zachęcam też do solidnego planu przygotowań, obejmującego minimum kilka miesięcy wytężonej pracy. Co mnie nieco smuci - coraz więcej zawodników niezbyt przejmuje się regulaminem - powszechnie używane są kijki trekkingowe czy znacznie niższe, lekkie buty. Kiedyś buty były mierzone linijką, teraz już nie, więc cześć zawodników to omija. Ja uważam, że zasady są jakie są, jeśli je łamię, to oszukuję głównie samego siebie. Tak przynajmniej wiem - formy nie mam, trzeba popracować, ale nie robiłem sobie sztucznych ułatwień.

Na moim blogu można znaleźć opisy kolejnych Maratonów Komandosa w których brałem udział. Co roku jest to wpis z końca listopada. W latach 2017-2019 również z Setek Komandosa - wpisy w marcu. Polecam, jak ktoś jest ciekaw poprzednich edycji z mojego punktu widzenia.

niedziela, 14 sierpnia 2022

XVII Bieg Katorżnika w Lublińcu

Jak co roku w sierpniu, biorę udział w niełatwym i ciekawym przygodowym przedsięwzięciu znanym jako Bieg Katorżnika. Nazwa jest niewinna, szczególnie jak ktoś nie wie z czym się to wiąże. Ot bieg z jakimiś przeszkodami, jakich wiele. Jest to jednak jeden z najstarszych tego typu biegów w Polsce, jest kultowy, a co najważniejsze - jedyny w swoim rodzaju. Gdyby uczciwie określić to co uczestnicy spotykają na trasie, to w ogóle trudno tą przeprawę nazwać biegiem. Możliwości realnego biegu daje jakieś 10-20% trasy, która zresztą co roku jest nieco inna. Cała reszta to spotkanie z naturą przez duże "N". Właściwie wszystkie przeszkody na trasie stworzyła sama przyroda, te stworzone ręką człowieka to kilka betonowych przepustów pod drogami i stary pomost. W większości miejsc biec się nie da, jest to po prostu poruszanie się, ale tempo nie jest większe niż piechura, a czasem znacznie wolniejsze. Sam startuję już po raz szósty, co doskonale pokazuje, jak ta impreza wciąga. Dosłownie - wciąga jak bagna, które trzeba pokonywać.

Bieg organizuje klub WKB "Meta" z Lublińca, oraz Jednostka Wojskowa Komandosów. Warto jednak wspomnieć o ratownikach medycznych, leśnikach i lokalnej straży pożarnej - są niezbędni do zabezpieczenia trasy. Zdarzają się tu poważne kontuzje - złamania, skręcenia, wychłodzenie niebezpieczne dla zdrowia. Służby mogą delikwenta wyratować, ale znaczna część trasy jest dla nich niedostępna w szybkim czasie i podejmując to wyzwanie należy brać to pod uwagę i poruszać się raczej rozsądnie. Ja przynajmniej wychodzę z takiego założenia, że lepiej być na mecie 15 minut później, ale w całości, bez ryzyka nadziania się na jakiś palik czy złamania sobie nogi.

W tym roku startuję w grupie ostatniej. Warto wspomnieć, że zainteresowanie biegiem jest na tyle duże, że zapisy są w lutym, a limit miejsc bardzo szybko się wyczerpuje, szczególnie na atrakcyjniejsze godziny. Nie biegnie jedna wielka masa zawodników, bo trasa nie jest w stanie pomieścić takiej ilości ludzi naraz. Odbywa się kilka startów, o rożnych godzinach, ale i tak najszybsi doganiają najwolniejszych z grup poprzednich. Każda godzina to już nieco inne warunki. Pierwsi przecierają trasę, a ostatni mają ją już tak mocno wyślizganą, że w wielu miejscach ciężko się poruszać. Nie ma więc jednego zwycięzcy, tylko każda grupa ma swojego zwycięzcę. Bieg w grupie ostatniej powoduje, że na trasie będą mnie doganiać co najwyżej zawodnicy mojej grupy, ale w wielu miejscach mogą być pewne problemy. Moja grupa jest też dość skromna - na 190 dostępnych miejsc zgłosiło się tylko 37 osób.

Do Lublińca, a właściwie do położonego pod miastem Kokotka docieram około godziny 13. Nowa obwodnica Częstochowy bardzo ułatwia dojazd z Warszawy. Do startu mam jeszcze sporo czasu, wiec na spokojnie przebieram się w moje "katorżnicze" ubranie. Stare i zniszczone spodnie biegowe, pod którymi mocuję ochraniacze na piszczele, dodatkowo wzmacniając je szarą taśmą. Moim obuwiem są najtańsze trampki z marketu. Lepszych butów po prostu szkoda, nie dają tu żadnej sensownej przewagi. Trampek nie szkoda wyrzucić, choć te moje przetrwały już dwie poprzednie edycje biegu (relacja z zeszłego roku patrz tu). 



Wreszcie przychodzi czas startu. Rozgrzewka, krótkie odliczanie i skok do chłodnych wód jeziora. Początek jest przyjemny, ciało szybko się rozgrzewa i można poruszać się bez większego wysiłku. Pogoda też jest dobra - nie ma słońca i jest około 20 stopni. Na tej trasie paradoksalnie najgorszy jest upał - nie ma się jak napić i mnie osobiście to najbardziej osłabia. Co ciekawe, o ile we wszystkich poprzednich edycjach biegu początkowy odcinek, w wodach jeziora, grupa pokonywała w sposób zwarty, gdzie każdy trzymał rękę na ramieniu poprzednika, to teraz każdy idzie samodzielnie. No cóż, zawsze coś nowego.

Poziom wody w tym roku nie jest zbyt wysoki, a poruszanie się gdy nie jest głęboko kosztuje więcej sił. Szybko też wychodzimy do rowu biegnącego wzdłuż brzegu i już tutaj zaczyna się gęste błoto. To zmiana, bo na poprzednich edycjach błoto było o wiele dalej. Potem znów powrót do jeziora, manewrowanie wśród trzcin i znów do rowu. Wiem że bieg w wodzie nie ma sensu, to tylko wysysa z sił, które trzeba równomiernie rozłożyć. A w tym roku trasa ma ponad 14 km, jest rekordowo długa. Nie ma co szaleć. Już tu, na wczesnym etapie, muszę pokonać czołganiem dość długi betonowy przepust pod jakąś drogą. Rowem poruszam się jeszcze dobry kilometr.

Potem zaczynają się długie odcinki wśród bardzo wysokich i ostrych trzcin. Miejscami jest sucho, można więc biec. A miejscami jest tak lepkie błoto, że jest to zupełnie niemożliwe. Najlepiej poruszać się jak najbardziej z boku, po samych trzcinach, ale i to nie zabezpiecza przed zapadaniem się. W końcu długi rów z gęstą, czarną mazią. To specjalność tego biegu. Poruszam się zupełnie po omacku, w czymś o konsystencji budyniu. Wydaje się, że to nic wielkiego, ale do momentu jak uderzam nogą o jakąś podwodną przeszkodę i lecę w przód, zanurzając się wraz z głową. Po prostu super... na szczęście maź nie dostała mi się do oczu. Dobrze też, że mam ochraniacze. Uderzenie w coś twardego gdy człowiek w ogóle nie spodziewa się tam przeszkody, bez ochraniacza może skończyć się poważną raną.

Potem znów jezioro i znów rowy z błotem. I tak na przemian, ileś razy. Pogoda psuje się, zaczyna dość mocno padać. Trasa dociera do grobli znanej mi z Maratonów Komandosa. Stoi tu wóz strażacki, który widząc grupkę Katorżników z którą podążam pozdrawia nas sygnałami świetlnymi. Wchodzimy z teren może mniej błotnisty, ale mocno podmokły i bagienny. Normalnie było by to piękne miejsce do fotografowania przyrody. Teraz, w deszczu, gdy trzeba się przedzierać w wodzie po piersi - już tak pięknie nie jest. A dalej - oczywiście kolejny rów wypełniony czarną mazią. Co to w ogóle jest ta maź? Z czego to błoto jest zrobione?

Główne jezioro mijamy od północy. Pokonywałem tą trasę już tyle razy, że choć jej przebieg jest nieco inny, to i tak orientuję się w położeniu. Wiem że to jakaś połowa. Potem kolejne rowy z błockiem, momentami tak gęstym, że idzie się jak w zwolnionym tempie. Zrobienie jednego kroku zajmuje dobre 5-8 sekund. Miejsce gdzie trzeba wyleźć po pionowej, wyślizganej ściance jest dla mnie dość trudne. Błoto po pierś, wciągający muł do pasa, a w górę minimum metr i nie ma się czego złapać. Pierwsza próba i nie daję rady. Dopiero za drugim razem, wbijając palce w ziemię i chwytając się jakiś wątłych korzonków, udaje mi się wyciągnąć z bagna i wypełznąć na górę. Masakra!

Zaczyna się odcinek, gdzie można wreszcie pobiec, ale jestem już dość zmęczony, a wiem, że czeka mnie jeszcze spory dystans. Podbiegam i idę szybkim krokiem. Szybszy bieg nie ma sensu - zyskam minutę, ale sił stracę więcej niż trzeba. Potem znów rów z błotem i brzeg jeziora wśród trzcin. I znów w las. Tu są znane mi dwie betonowe rury, gdzie można dostać jogurt od strażaków. Uff, to bardzo pomaga, niby tak niewiele, ale siły wracają. Znów jezioro, trzciny i pomost, na który trzeba się wspiąć i zeskoczyć po drugiej stronie. Tu już jest całkiem blisko mety... ale tylko w lini prostej.

Trasa odbija w las, w stronę drogi łączącej Lubliniec i Tarnowskie Góry. Po raz pierwszy trasa biegu zahacza i o nią, trzeba ją dwukrotnie pokonać betonowymi przepustami. Siedząca na górze pani strażak mówi, że zostało jeszcze 1,5 km do mety. Blisko, ale wiem, że na koniec jest straszne błocko.

Tu znów jest kawałek gdzie można pobiec, ale już nie mam sił by zmusić się do biegu. Jestem już 4 godziny na trasie. To końcówka, ale nie ma sensu się zamęczyć. Przede mną niewielka grupka, za mną dwie osoby. Jesteśmy gdzieś na końcu, ale to już nie ma znaczenia. Mijamy nawet parking, gdzie widać samochody uczestników. I co? Trasa odbija na północ. Chyba celowy zabieg organizatorów, by ją dodatkowo wydłużyć. I znów zwrot na południe. Lepiące się jak jakiś cement, wciągające błocko. Miejscami robi się krok i z głębokości do kolan robi się po szyję. Trzeba uważać na takie pułapki, by sobie krzywdy nie zrobić. Tempo jest śmieszne, poruszamy się jak niewidomi, po omacku. Wreszcie jednak błoto kończy się, drabinka do pokonania, górka obok Przystani Oblackiej, zbiegam w dół i po przebiegnięciu po pomoście melduję się na mecie. 4 godziny 22 minuty. Czas okrutnie długi. Jest już niemal godzina 19, nie ma już niemal nikogo, bo jesteśmy jednymi z ostatnich. Ciężka katorżnicza podkowa na szyi i butelka wody, by ugasić pragnienie. 



Pozostaje zgrubnie umyć się z najgorszego błota w jeziorze i potem już nieco dokładniej pod prysznicami, które zapewnia jednostka Wojsk Chemicznych z Tarnowskich Gór. I tak nie ma możliwości by być zupełnie czystym. Błoto wręcz wżera się w naskórek i dopiero po kilku kąpielach i kilku dniach skóra będzie zupełnie czysta. Zaczyna lać deszcz, więc szybko zdążam do samochodu, by jak najszybciej wracać do domu. Okazuje się jeszcze, że muszę być o 22 w pracy. Niby nie na długo, ale tak czy siak muszę się sprężać. Na szczęście droga mija szybko i udaje mi się wyrobić. Zmęczenie jednak zaczyna już dominować. Gdy około północy docieram do domu, to po dokładnym prysznicu od razu kładę się spać.

Szósta jak dla mnie edycja biegu była najtrudniejszą. Była najdłuższa, trasa miała najwięcej błota i siłowych fragmentów, a w dodatku biegłem w ostatniej grupie. Jednak była to kolejna fantastyczna przygoda. Polecam każdemu.

Nie mam rzecz jasna żadnych zdjęć z samej trasy i tak naprawdę ani zdjęcia ani opis tego nie oddadzą, to trzeba przeżyć samemu. Choć bieg nie jest raczej dla ludzi delikatnych. Jak stwierdził pan biegnący obok mnie "K... Runmageddon przy tym to pierdnięcie komara" ;) Zresztą słowo na "k" jest jednym z najczęściej słyszanych na trasie - czy to w trudniejszych miejscach, czy po uderzeniu nogą w ukrytą przeszkodę.

Czy pobiegnę w przyszłym roku? Sprawa otwarta, ale jak pisałem wcześniej - to wciąga jak bagna które trzeba pokonać. Więc zapewne pobiegnę :)



sobota, 27 listopada 2021

XVIII Maraton Komandosa w Lublińcu

Od kilku ładnych lat koniec listopada oznacza dla mnie start w trudnych i wymagających, ale też gwarantujących świetną atmosferę zawodach biegowych, jakimi jest Maraton Komandosa. Bieg organizują Wojskowy Klub Biegacza "Meta" oraz Jednostka Wojskowa Komandosów z Lublińca. Rywalizują głównie przedstawiciele służb mundurowych, ale startują również cywile, po spełnieniu regulaminowych wymagań. A te są dość jasne - bieg na dystansie pełnego maratonu, w pełnym umundurowaniu polowym, wraz z wojskowymi butami o wysokości minimum 20 cm i z plecakiem o wadze minimum 10 kg. Ponadto na trasie biegu nie ma żadnych punktów odżywczych, czy wolontariuszy z kostkami cukru, co zawsze widać na maratonach miejskich. Zawodnicy zapas napojów i pożywienia muszą mieć ze sobą. Trasa to dwie pętle o długości 21 km, prowadzące dość mocno urozmaiconym terenem - częściowo drogami asfaltowymi, częściowo piaszczystymi leśnymi szutrówkami, a miejscami nawet przez podmokłe łąki. Bieg jest jednym z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszym "płaskim" maratonem w Polsce, ale wyjątkowa atmosfera i ludzie powodują, że co roku chce się tu wracać. Mój pierwszy start w tym biegu to rok 2015 i odtąd jestem tu na każdej kolejnej edycji. Co prawda w 2020 nie dane było mi pobiec w Lublińcu z powodów pandemicznych, ale bieg ukończyłem u siebie, dokumentując całą trasę i zaliczając ją "eksternistycznie" (czytaj tu).

Dwa ostatnie lata to wyraźny spadek ilości i objętości moich treningów biegowych. Zorganizowanych wydarzeń jest teraz mało, ciągle są jakieś obostrzenia, co wypacza rywalizację i nieco odstrasza mnie od udziału w jakiś wirtualnych biegach. Maraton Komandosa to co innego. Mimo ogólnie słabo wybieganego sezonu i dość mało przyjemnej kontuzji mięśnia czworogłowego uda, której nabawiłem się w lutym i której skutki odczuwam do teraz - bieg muszę po prostu ukończyć i już! Brak mi jednak dłuższych jednostek treningowych, moje dystanse nie przekraczały 10 km. Najdłuższy przebiegnięty w ostatnim czasie dystans to... Półmaraton Komandosa, który pokonałem we wrześniu na warszawskiej Wojskowej Akademii Technicznej. Biegłem jednak przeziębiony, bezpośrednio po kilku cięższych wycieczkach w norweskich górach i czas miałem nie najlepszy, wyraźnie czując, że formy raczej nie ma i ciężko ją będzie zbudować do listopada. Potem pokonałem kilka dłuższych tras rowerowych, przekraczających 200 km, ale to jednak zupełnie inny wysiłek i ciężko to przełożyć na tak specyficzny bieg. Cały listopad regularnie biegałem z plecakiem, ale na krótkich dystansach. Na dobry wynik nie mam więc co liczyć, ale liczę że jakoś to będzie i brak formy nadrobię doświadczeniem.

W piątek po południu ruszam z Warszawy do Lublińca. Na Śląsku zapowiadają spore opady śniegu i to mnie mocno niepokoi. Jakie warunki będą na miejscu i jak będzie wyglądała sama trasa? Już raz biegłem Setkę Komandosa w warunkach pełnej zimy i było to dość ekstremalne doświadczenie (czytaj tu). Maraton to znacznie mniej, ale w świeżym śniegu też łatwą przeprawą nie będzie. Za Częstochową drogi robią się już kompletnie białe i sypie coraz mocniej. Nie da się jechać szybciej niż 50 km/h. Docieram jednak do biura zawodów na 20 minut przed jego zamknięciem i odbieram swój pakiet startowy. Przynajmniej jutro nie będę musiał być tu tak wcześnie. Nocleg mam kawałeczek dalej. Męcząca trasa i nie mniej męczący dzień (od 6 rano byłem w pracy) powodują jednak, że szybko zasypiam.


Rano już nie pada, ale za to jest minimalnie powyżej zera. Śnieg zaczyna się topić i jest dość mokry. To źle wróży - będzie błotniście i ślisko. No cóż, bieg jest przeznaczony dla ludzi nie bojących się wyzwań, więc nie ma co narzekać. W biurze zawodów jest spory tłum - część jeszcze odbiera swoje pakiety startowe, ustawiła się już też długa kolejka do wagi, gdzie sędziowie ważą plecaki i odkładają je do specjalnej strefy. Zawodnicy na półmetku umieszczają swoje rzeczy które uzupełnią po pokonaniu pierwszej pętli. W moim przypadku mam w torbie butelkę izotonika, butelkę wody, kilka bananów i batoników. Na pierwszej pętli polegam raczej na żelach energetycznych w kieszeniach spodni i samej wodzie, którą mam w bukłaku. 


Pada wreszcie komenda do pobrania plecaków i wszyscy ruszają na pobliską polanę, na której odbywa się start. Jeszcze kilka słów od organizatorów, odliczanie i... ruszamy! Wiem z doświadczenia, że ten bieg bardzo uczy pokory jeśli ktoś za szybko się wyrwie próbując gonić mocniejszych od siebie. Prawdziwa walka z własnymi słabościami zaczyna się na drugiej pętli. Pierwszą należy pokonać w założonym tempie i nie przejmować się że ktoś nas wyprzedza. Druga i tak wszystko zweryfikuje. 


Dziś jednak dochodzi czynnik, który różnicuje i weryfikuje stopień przygotowania jeszcze mocniej - ciężkie warunki pogodowe na trasie. Nie pada, ale nawet na pierwszej asfaltowej drodze jest masa topiącego się śniegu i wielkie kałuże. Już tu, jak nawet lekko przemoczy się buty - to zdecyduje o dyskomforcie na całej pozostałej trasie. A dziś by butów nie przemoczyć to trzeba by chyba biec w kaloszach. Nie da się tego chyba uniknąć, pytanie tylko kiedy to nastąpi. Gdy asfaltówka się kończy i grupa już solidnie się rozciąga, kierujemy się groblą między stawami, a potem leśnymi piaszczystymi szutrówkami. Piach wymieszany ze śniegiem - nawierzchnia jest śliska, każdy krok kosztuje nieco więcej sił niż w warunkach suchych. Czuję już wyraźnie, że moje tempo zaczyna spadać i chyba nie zmieszczę się w tym zakładanym przed biegiem. Zresztą - już tu, po kilku kilometrach - część zawodników przechodzi w szybki marsz. Ja zawsze dobiegałem w okolice 25-30 km i dopiero tam przechodziłem w marsz. Ani razu nie udało mi się przebiec całości trasy :/. Dziś jednak może być gorzej niż zazwyczaj.  



Gdy trasa zbliża się do zabudowań Lublińca, droga staje się niezwykle błotnista. Błoto jest po kostki i nie da się go w żaden sposób uniknąć. Tu już czuję wilgoć w butach, od teraz o komforcie mogę zapomnieć. Potem kawałek twardej drogi na zachód, momentami wychodzi słońce i ukazuje się błękit nieba. Tu biegnę w miarę równym, nie za szybkim tempem. A potem skręt na północ w podmokłą łąkę. Szczególnie jej początek jest fatalny. Błoto wręcz oblepia buty i ślizgam się w nim. Przypomina dosłownie błoto z Biegu Katorżnika! No takich warunków nigdy jeszcze ma Maratonie Komandosa nie miałem. Przez łąkę nie da się biec, maszeruję szybkim tempem. Potem znów kawałek na zachód i skręt na południe. Słońce świeci prosto w oczy, ale ten odcinek jest już o wiele mniej błotnisty. Pojawiają się za to kamienie, którymi wzmocniono drogę. Kamienie są dość duże i luźne i też mało przyjemne do pokonywania. Około 15 kilometra trasy znów przechodzę w marsz. Jest wolniej, ale oddech się normuje. Oj, formy nie mam, w dodatku te dzisiejsze warunki dały popalić. Znów biegnę i znów maszeruję. Nie spodziewałem się, że do kryzysu dojdzie już na pierwszej pętli.  

 

Trasa odbija na zachód, potem na południe i na wschód, robiąc tu kilkukilometrowy zawijas. Już nie tylko ja maszeruję, momentami podbiegając, ale niemal każdy w okolicy. Trasa i warunki dokonały selekcji - mocniejsi są już z przodu i dalej gdzieś tam biegną, a Ci co mają podobny czas i formę jak ja - już tylko podbiegają. Przechodzę w końcu w ciągły marsz, wiedząc, że podbieganie zasadniczo niewiele powiększa średnią, ale kosztuje o wiele więcej sił. Droga skręca nad jezioro Posmyk i docieram do półmetka przed hotelem. 



Cholera! Nieco ponad 3 godziny! A na biegach gdzie poszło mi lepiej miałem tu około 2:30-2:40. Czas jest fatalny i stawia pod znakiem zapytania nie tylko jakiś sensowny wynik jak na mnie, ale w ogóle ukończenie trasy w limicie! Szybko dolewam do bukłaka izotonik i wodę, zjadam banana i bez ociągania ruszam na drugą pętlę.

Tu o dziwo idzie mi się lepiej niż pod koniec pierwszej. Tempo rośnie, choć to nadal marsz. Uspokajam się, bo jeśli je utrzymam, to ukończenie w limicie nie jest zagrożone, choć wynik będzie beznadziejny. Trudno, trzeba ukończyć, byle tylko sprawnie pokonać błotniste odcinki. Okazuje się, że nie jestem na jakimś szarym końcu, bo za mną jest całkiem dużo osób w granicach wzroku. Nie tylko mi ta trasa dała popalić. Mobilizuję się, staram się trzymać tempo i nie zwalniać. 


Znów szutrówki, znów łąka z oblepiającym błockiem. Tu nieco mnie spowalnia, ale na twardszej nawierzchni przyspieszam. Mniej więcej równolegle ze mną porusza się młody chłopak. Cały czas twardo walczy z własnymi słabościami - podbiega kawałek wyprzedzając mnie, ale gdy przechodzi do marszu, to ja wyprzedam jego. I tak kilka razy. W końcu zaczynamy rozmawiać i dochodzi do wniosku, że walczy już tylko o ukończenie w limicie czasowym, bo i tak nie ma co liczyć na dobry wynik. Ja dążę do tego samego i obliczyłem, że będziemy w czasie 6:45-6:50. Idziemy już razem, co jakiś czas wychodzę na prowadzenie i mobilizuję go do dalszego przyspieszania, by nie zostawał z tyłu. Startuje po raz pierwszy, nie ma jeszcze doświadczenia z tej trasy, ale zaimponował mi właśnie walką z własnymi słabościami. Daję mu swój ostatni żel, ja mam jeszcze batonik w zapasie, a on już nic. 


Już końcówka. 5, 4, 3, 2 kilometry. Już jest jasne że zdążymy, choć zaczyna dość mocno sypać śnieg, w dodatku w twarz. Przed samą metą wyprzedza nas jeszcze dwóch żołnierzy. Mój kolega na ostatniej górce zrywa się do biegu, przez co ma czas lepszy ode mnie o kilka sekund. Ale co tam, za taką walkę należy mu się. Nie poddał się do końca i obaj docieramy na metę z czasem 6 godzin 55 minut. Jak dla mnie - dramat. Czas gorszy o godzinę i siedem minut od mojego najlepszego wyniku. Dla niego - wielka satysfakcja z ukończenia tego maratonu. A dla nas obu, ale też zapewne dla wszystkich, którzy bieg ukończyli - radość z pokonania własnych słabości w tak ciężkich warunkach. Na mecie jeszcze obowiązkowe ważenie plecaków. Wszystko się zgadza, więc medal za ukończenie biegu i wreszcie koniec wysiłku. 


Teraz jak najszybciej do ciepłego pomieszczenia. Wszystko co mam na sobie - mundur, buff, buty, nawet plecak - jest totalnie mokre i za kilka minut zacznę dygotać z zimna. Na sali gimnastycznej, gdzie trwa dekoracja zwycięzców, dostaję ciepły posiłek. Robi mi się nieco lepiej, ale i tak muszę się szybko przebrać w suche rzeczy. A te mam w samochodzie, dobre 500 m dalej. Żegnam się z moim towarzyszem z ostatnich kilometrów trasy i ruszam na zaśnieżony parking. 

Marsz jest już mało przyjemny, robi się lodowato. W dodatku nie chcąc się przeziębić przebieram się w samochodzie, co na dużym zmęczeniu i przy bolących mięśniach jest dość skomplikowane. Wreszcie jednak mogę ruszać w drogę powrotną. Na szczęście teraz śnieg nie pada, a drogi są względnie suche. Trasa też jest znacznie bardziej pusta niż wczoraj. Powrót do Warszawy zajmuje mi 3 godziny. Mięśnie bolą, stopy bolą. Nie boli jednak kręgosłup, a jedynie miejsca gdzie plecak stykał się z ramionami. Pewnie trudy trasy będę odczuwał jeszcze dzień lub dwa. Zasypiam znów szybko.

To był już siódmy Maraton Komandosa jaki ukończyłem. W tym roku nie ukończyłem pełnego Szlema Komandosa. Nie biegłem Setki Komandosa, którą wyjątkowo rozegrano w czerwcu, w czasie ogromnych upałów. Takie warunki są zdecydowanie nie dla mnie i odpuściłem. Potem z racji dużego zamieszania w pracy odpuściłem też Bieg o Nóż Komandosa i Ćwierćmaraton Komandosa. Ukończyłem tylko Półmaraton i Maraton (oraz nie wchodzący w skład Szlema - Bieg Katorżnika). Mimo, że ewidentnie moja forma biegowa jest o wiele słabsza niż kilka lat temu, to i tak zawody były wspaniałą przygodą, a najcięższe jak dotąd warunki jakie spotkałem, pokazały mi ile właśnie zależy od pogody. Na trasę Maratonu Komandosa wrócę zapewne za rok.

sobota, 14 sierpnia 2021

XVI Bieg Katorżnika w Lublińcu

Sierpień to dla mnie co roku okazja do pokonania ciekawego i niełatwego wyzwania. Startuję po raz piąty w Biegu Katorżnika - imprezie właściwie kultowej, jeśli chodzi o biegi przeszkodowe w Polsce. Relacja z poprzedniej edycji - patrz tu. Jest to chyba najstarszy z tego typu biegów, a do tego dość specyficzny. W przeciwieństwie do większości takich wydarzeń nie ma tu w zasadzie przeszkód sztucznych. Całość to przeszkody naturalne.

Bieg jest rozgrywany w Kokotku koło Lublińca. Organizują go Wojskowy Klub Biegacza "Meta" i Jednostka Wojskowa Komandosów z Lublińca. Pomysł biegu wyszedł zresztą od żołnierzy tej jednostki wiele lat temu, gdy w czasie jakiegoś ciężkiego treningu w bagiennym terenie stwierdzili, że była to istna katorga. Stąd powstała późniejsza nazwa - Bieg Katorżnika. Okolice Lublińca to rozległe lasy, a także jeziora, bagna i rowy wypełnione wodą i gęstym błotem. Idealny teren na tego typu zawody. Trasa co roku jest nieco inna, co roku bagna przecież zmieniają się, więc trasa wyznaczana jest zawsze od nowa i do końca jest swego rodzaju niespodzianką. Liczy 10-13 km, ale jej pokonanie zajmuje najlepszym ponad 2 godziny, a słabszym lub bardziej pechowym - czasem i ponad 5 godzin, czyli są to czasy zbliżone do biegu na dystansie maratońskim i kosztuje to równie dużo (albo i więcej) sił. Zresztą czystego biegu na trasie jest mało, przytłaczająca większość to przedzieranie się przez błoto, brodzenie w bagnie i pokonywanie trzcinowisk. 

Jako że jest to dla mnie już piąty start w tym biegu, to mam spore doświadczenie, wiem jak pokonywać naturalne przeszkody tak, by kosztowało to jak najmniej sił. Nie da się jednak przewidzieć wszystkiego. Przede wszystkim w gęstej, czarnej mazi w rowach nie widać co jest pod jej powierzchnią. A są zwalone pnie drzew, głębokie dziury lub śliskie strome nierówności. Właściwie niemożliwym jest pokonanie trasy by nie być po szyję umorusanym w błocie, bo regularnie się wpada pod powierzchnię. Co jakiś czas z błota trasa przechodzi do jeziora, ale tam tylko trochę opłukujemy się z najgorszego brudu... by i tak z powrotem w niego trafić. Błoto wciąga, pokonywanie trasy jest dość siłowe i wyczerpujące bardziej niż jednostajny bieg. Ja zawsze startuję też w długich spodniach i piłkarskich ochraniaczach na piszczele - części ciała najbardziej narażonej na uszkodzenia. Na dłonie obowiązkowo rękawiczki z marketu budowlanego. Najlepiej brać też stare i zniszczone ubranie, którego nie szkoda wyrzucić. Żadnych dobrych butów! Albo takie co już są zniszczone, albo najtańsze chińskie trampki. Buty można dosłownie zresztą - zostawić w bagnie. 

Jako że edycja z roku 2020 nie odbyła się przez obostrzenia związane z pandemią, to mój start został przeniesiony na rok 2021. To w ogóle mój pierwszy start w jakimkolwiek zorganizowanym biegu od listopada 2019 roku. Ruszam z samego rana, bo startuję w grupie o 13:50. Tu jeszcze mała dygresja - startujących jest bardzo dużo i aby na tak specyficznej trasie nie było zatorów, to starty odbywają się w grupach, co mniej więcej godzinę. To powoduje też, że bieg nie ma jednego zwycięzcy, bo są po prostu zwycięzcy poszczególnych grup. Sam dojazd nie zapowiada się jakoś ekspresowo i biorę na to poprawkę. Przebudowywana "Gierkówka" sprawia, że za Piotrkowem staję w sporym korku. Jedzie się strasznie wolno. Na szczęście za Radomskiem zaczyna się długo wyczekiwana obwodnica Częstochowy. Tam już bez problemów przyspieszam i około 11:30 jestem w Kokotku. Odbieram swój pakiet startowy, przebieram się, oglądam poprzedników. Do biegu pozostało ok. 45 minut.
 


Mimo że jest gorąco nie biorę ze sobą nic do picia. Wszystkie poprzednie edycje tak właśnie pokonałem. Pragnienie będzie doskwierać, ale jak dla mnie butelka z wodą na takiej trasie jest bardzo niepraktyczna, a nie chcę pić wody z mułem, a tak się skończy używanie przymocowanego gdzieś na plecach bidonu. Stajemy na starcie, jeszcze chwila, ostatnie odliczanie i wreszcie lecimy przed siebie!

Lecimy to może za dużo powiedziane, bo start zaczyna się od skoku całej grupy w brudne wody jeziora. Tu jeszcze każdy ma sporo sił, każdy jest wesoły. Wiem z doświadczenia, że tu należy być jak najbardziej z przodu. W wąskich miejscach trasy na dalszych etapach będzie bardzo trudno kogoś wyprzedzać. Wiem też, że w tym roku jestem słabo przygotowany fizycznie, mało biegałem, dużo pracowałem i raczej nie należy napinać się na ambitny wynik, a na spokojne i bezkontuzyjne pokonanie trasy. A możliwości złapania kontuzji przez bezmyślny pośpiech są tu spore - od większych stłuczeń, po złamanie sobie nogi czy nabicie się na jakiś kołek w skrajnej sytuacji. 
 

 
Pierwszy kilometr to wody jeziora, gdzie poruszamy się zwartą grupą. Ale później to już pierwsza brudna i wąska rzeczka. Nie jest zbyt głęboko, ale i tak grupa wyraźnie się rozciąga. Już tu zaczynają mnie wyprzedzać lepiej przygotowani zawodnicy. Później przechodzimy do kolejnego jeziorka, a właściwie w połowie zarośniętego trzcinami stawu. Trzcinowiska są dużym wyzwaniem i trzeba umieć je ekonomicznie pokonywać, bo potrafią dać w kość. Należy nie iść środkiem, zapadając się i do pasa, a po samym brzegu, gdzie przy dozie szczęścia zapadamy się najwyżej do kostek. 

Potem kawałek trasy zupełnie w lesie, gdzie można normalnie biec. Ale raz, że mam na nogach trampki, w których przez cienkie podeszwy mocno czuje się każdą gałązkę czy szyszkę, a dwa że... mam w trampkach sporo piachu i kilka kamyków, więc bieg jest bolesny. Lepiej chyba szybko iść, szczególnie że odcinki leśne są krótkie. Pojawia się rów z cuchnącym błockiem. Co raz do niego się wchodzi, by zaraz wyjść. I znów z powrotem do rowu. Inwencja twórców trasy budzi podziw. Mija godzina, jednak nie sposób ocenić odległości, bo mój zegarek, zanurzany co i rusz w wodzie i błocie wskazuje wręcz fantastyczne wartości. Według niego mam za sobą już... 14 km. Realnie mogę mieć 4-5 km. Jedynym wskaźnikiem będzie czas. 

Dalej znów do jeziora, gdzie woda daje nieco ochłody. Chce mi się pić, z nieba leje się żar. Co ciekawe - jezioro jest o wiele cieplejsze niż rowy z błotnistą mazią. W dodatku pod powierzchnią jest pełno przeszkód i nie raz i nie dwa udaje mi się niemal całkowicie unurzać, przywalić w coś kolanem czy wygiąć sobie nogę tak, że w zmęczone mięśnie zaczynają łapać skurcze. No ale wiem że było tak za każdym razem, więc po prostu brnę dalej, nie martwię się tym.

Kolejne odcinki oddalają mnie od jeziora. Mam wrażenie że odcinków biegowych jest więcej niż na poprzednich edycjach. Pokonuję przepust z betonowej rury i kawałek dalej jest punkt, gdzie można posilić się jogurtem. Szkoda że nie mają wody. Punkt ten jest zawsze, przy każdej edycji i wiem, że to 2/3 trasy. Więc już z górki.

Wracam z powrotem do jeziora, kawałek nawet płynę, choć w trampkach pływa się średnio. Potem pomost, na który w tym roku można się niemal komfortowo wspiąć po drewnianej konstrukcji. Poprzednio było to dość akrobatyczne kombinowanie po konstrukcji pomostu. Potem skok w wodę i znów kawałek jeziorem. Na brzeg i kolejny rów z błotem. Już ponad 2,5 h na trasie, już mam dość. Wiem jednak, że to blisko końca. Wiem też, że błoto pod sam koniec jest najgorsze.

Kawałek biegu po względnie łatwiej trasie w lesie i zaczyna się ostatnie, śliskie i wciągające bagno. Tu już nie mam w ogóle sił, idzie mi bardzo opornie, szczególnie że podwodnych przeszkód jest co niemiara. Klnę już głośno. Wreszcie zza drzew prześwituje hotel. To już niemal koniec. Piaszczysta górka (nowość na trasie) potem jedyne sztuczne przeszkody jakimi są drewniane drabinki. Górka obok hotelu. Zbiegam nad jezioro, robię okrążenie po starym pomoście i wreszcie meta. Ciężka katorżnicza podkowa na szyi, uścisk ręki i wreszcie butelka wody, którą wypijam na raz. Uff...
 




Pozostaje teraz umyć się. Najpierw muszę "ogólnie" opłukać najgorsze błocko, po prostu robiąc to w jeziorze. Potem idę do wojskowych polowych pryszniców, gdzie myję się już dokładniej. I tak muł tak silnie wchodzi w naskórek, że potrzeba będzie jeszcze kilku kąpieli i szorowania się szczotką, by nie było śladu po tym biegu. Na szczęście znów uniknąłem nachlapania sobie błotem do oczu i nie będzie problemów ze spojówkami.

Po ubraniu się zjadam jeszcze bardzo dobrą grochówkę, pakuję się do samochodu i ruszam w drogę powrotną. Postanawiam ominąć przebudowywaną "Gierkówkę" i pojechać lokalnymi drogami, kierując się na Bełchatów. Jak dopisze mi szczęście - dojadę w okolice największej polskiej elektrowni o zachodzie słońca i zrobię kilka klimatycznych zdjęć. 

W Blachowni skręcam na Kłobuck. Ruch jest tu bardzo mały, za to mijane miejscowości zadbane i urocze. Sama droga też jest bardzo malownicza, prowadzi w dużej mierze lasami. Krajoznawcza trasa okazała się strzałem w dziesiątkę. Za Ostrowami nad Okszą droga na ponad dwóch kilometrach zamienia się w pas startowy byłego drogowego odcinka lotniskowego. Niegdyś było ich sporo w całej Polsce, dziś są już nieliczne i są właściwie niewykorzystywane. W miejscowości Ważne Młyny zauważam wijącą się malowniczą rzeczkę i samochody ciągnące przyczepy kajakowe. Co to może być za rzeka i szlak? Może to ciekawe miejsce na spływ? Okazuje się że to trzecia rzeka Polski, czyli Warta! Oczywiście tu jest jej górny odcinek, gdy jest jeszcze mała i wąska. Warto zanotować sobie jednak to miejsce w pamięci.

Na punkt widokowy w Kleszczowie docieram dosłownie 5 minut po zachodzie słońca. Odrobinkę się spóźniłem. Elektrownia "Bełchatów" i kopalnia węgla brunatnego wyglądają jak zwykle imponująco, ale zauważam spore zmiany które zaszły tu w ciągu ostatnich 3 lat. Wschodnią część wyrobiska już częściowo zasypano! Z punktu widokowego nie widać przez to tak dobrze samej elektrowni, aby ją zobaczyć trzeba przejść jakieś 100 m w bok. Robię kilka zdjęć i wracam do samochodu.
 





Dalsza trasa już bez historii. Ruch maleje, mijam Bełchatów i wracam na trasę S8. To godzina jazdy do Warszawy. W domu jestem trochę po 22. Dzień dość intensywny, bo i kawał drogi za kierownicą i dość wymagający bieg. Cieszy mnie pokonanie po raz kolejny tej trasy, cieszy mnie wyrwanie się choć na jeden dzień z kołowrotu w pracy. To jednak za mało by wypocząć. Zresztą... w pracy muszę być w niedzielę już przed 7 rano, więc ciężko nawet po biegu się wyspać.

P.S. Dziękuję Monice, która jest autorką moich zdjęć z lini mety. Z oczywistych przyczyn na trasie nie miałem ze sobą żadnego telefonu czy aparatu i sam bym sobie zdjęć nie był w stanie robić. Z tego samego powodu nie zamieszczam żadnych zdjęć z samej trasy. Zresztą - żadne opisy czy zdjęcia tego nie oddadzą. To trzeba samemu przeżyć, do czego zachęcam :)

czwartek, 31 grudnia 2020

Podróżnicze i rowerowe podsumowanie roku 2020

Kończy się rok 2020, pora więc na jego podróżnicze podsumowanie. Był to rok dość szczególny, pandemia koronawirusa dość radykalnie ograniczyła możliwości organizacji dalszych wypadów. Nie oznacza to, że nic nie udało się zrobić, ale wiele planów uległo daleko idącym zmianom. Moja aktywność turystyczna skupiała się głównie na Polsce, choć byłem też w kilku najbliższych krajach. Więcej w tym roku podróżowałem z córką, byliśmy kilka razy w różnych pasmach Karpat, na Mazurach, nad węgierskim "morzem", a nawet dotarliśmy na sam Koniec Świata :)



Sporo jeździłem na rowerze. Rok zamykam całkowitym dystansem 6500 km, przy czym najdłuższa jednorazowa trasa miała 410 km. Zazwyczaj poruszałem się rowerem szosowym, choć zrobiłem też kilka bardzo ciekawych wypadów na rowerze górskim w różnych niezwykłych miejscach Polski. Taka jazda ma jednak ograniczenia co do możliwości pokonania dłuższych dystansów jednorazowo. 


Mapka pokazuje tegoroczne trasy przekraczające 100 km. Tylko dwie z nich to trasy MTB, pozostałe pokonałem rowerem szosowym.

Ciężko mi planować coś większego na rok 2021, bo będzie on wielką niewiadomą. Pandemia raczej nie skończy się z dnia na dzień i nadal będą spore utrudnienia w poruszaniu się. Mam jednak w głowie powrót na Islandię i dotarcie do jej trudniej dostępnych rejonów, myślę o powrocie do Norwegii, a także o zrealizowaniu wyprawy na Bałkany, którą miałem zaplanowaną na rok 2020, ale w końcu nie zdecydowałem się na nią. Z pewnością nadal będę dużo jeździł na rowerze i pokonywał równie długie trasy, a może i jeszcze dłuższe. Bardzo dziwny sezon biegowy 2020 spowodował, że przebiegłem tylko 600 km, co jest najmniejszym dystansem od wielu lat. Liczę że w nadchodzącym roku będzie tych kilometrów sporo więcej.

sobota, 12 grudnia 2020

Wirtualny XVII Maraton Komandosa

Jesień od paru już ładnych lat stoi dla mnie pod znakiem biegów - Maratonu Warszawskiego, Biegu o Nóż Komandosa i Maratonu Komandosa. Te trzy obowiązkowe dla mnie starty, choć znacznie różniące się od siebie, powodują jednak, że drugą połowę lata i całą jesień intensywniej biegam, choć nigdy nie trenuję z jakimś szczególnym planem ukierunkowanym na bicie rekordów. Tym niemniej jest cyklizacja, są kolejne cele, są w końcu zawody i po nich zimowe roztrenowanie.

Rok 2020 jest jednak wyjątkowy. Ostatnim biegiem w jakim wystartowałem był Półmaraton Komandosa w lutym. Już na biegu czułem się średnio, a choć czas osiągnąłem dobry jak na mnie, to kolejny tydzień mocno odchorowałem. Gdy teraz to wspominam - objawy niemal książkowo przypominały COVID-19 - bardzo silny kaszel, wysoka gorączka, ogromne osłabienie. Wkrótce w Polsce pojawiły się oficjalnie pierwsze przypadki COVID-19, ogłaszano kolejne obostrzenia. Choć przygotowałem się do Setki Komandosa, bardzo wymagającego ultramaratonu - to jednak nie pobiegłem. Dosłownie dzień przed biegiem zakazano rywalizacji sportowej. Organizatorzy, czyli Wojskowy Klub Biegacza "Meta" z Lublińca, w końcu zdecydowali że nie mogą przeprowadzić normalnych zawodów, ale każdy może ten bieg ukończyć samodzielnie - czy to w Lublińcu czy gdzieś we własnej okolicy. Bieg należało udokumentować i wysłać to organizatorom. Podjąłem decyzję by jednak nie biec. Na takiej trasie, liczącej przecież 100 km, może się wiele wydarzyć. Można sobie skręcić mogę, można się przeziębić. Może wreszcie stać się jeszcze coś gorszego. A jak biegam w swojej okolicy to nie mam zabezpieczenia medycznego. Nie ma też atmosfery rywalizacji, a zmusić się do pokonania 100 km w zupełnej samotności i tylko dla siebie nie jest łatwo. Wtedy zwykłe przeziębienie równało się co najmniej dwutygodniowej kwarantannie. Odpuściłem więc ten bieg, a jako że ukończyłem go już trzykrotnie, to korona mi z głowy nie spadnie. Później zresztą organizatorzy zaproponowali przeniesienie opłaty startowej na kolejną edycję w 2021 roku, z czego skorzystałem.

Pandemia potrwała dłużej niż mogło by się wydawać na wiosnę. Minęło względnie spokojne lato i nadeszła jesień z jej ogromną falą zachorowań. Znów odwołano większość biegów, lub zmniejszono ilość uczestników do 250 osób. Do Maratonu Warszawskiego nawet nie próbowałem się zapisywać. Chętnych kilkanaście tysięcy na 250 miejsc. Szansa jak na trafienie w totka. Reszta mogła biec bieg "wirtualnie" gdzieś w samotności, co mnie w ogóle nie pociągało. Całe jesienne coroczne przygotowania właściwie nie miały miejsca, bo i nie było pewne czy biegi będą, kiedy i w jakiej formie. Biegałem od przypadku do przypadku, bez planu i celu, raczej by podtrzymywać jakąkolwiek formę. W końcu zapadła decyzja, że Bieg o Nóż Komandosa i Maraton Komandosa odbędą się 12 i 13 grudnia, dzień po dniu. Kolejne obostrzenia zakazały również organizacji tych zawodów. Tu jednak postanowiłem już nie odpuścić i oba biegi zaliczyć wirtualnie, bo była oczywiście taka możliwość.

Zacząłem od Biegu o Nóż Komandosa. To 10 km w wojskowym mundurze i butach. Wyznaczyłem trasę w pobliskim Lesie Kabackim. Przed właściwym biegiem zrobiłem zaledwie jeden trening w takim stroju. Mimo że dawno nie biegałem w mundurze, to doświadczenie i dobrze rozbiegane buty spowodowały, że nie było większych problemów. Problemem był mój brak formy. Wszystkie niedawne treningi biegowe były poniżej 8 km i w dodatku niezbyt szybkim tempem. Jak tu uzyskać dobry czas, w dodatku pierwszy fragment biegu pokonując w masce ze względu że prowadzi przez obszar zabudowany?

Bieg zacząłem późnym popołudniem. Jako pacemaker była ze mną moja córka, która jechała na rowerze. Jej równie wirtualna szkoła i zdalna nauka nie pozwoliły zacząć biegu wcześniej. Niezbędna okazała się czołówka. Na szczęście w lesie znam każdą ścieżkę jak własną kieszeń, więc przynajmniej nad samym przebiegiem trasy nie musiałem się zastanawiać. Biegło mi się dość ciężko, nie mogłem utrzymać takiego tempa jak co roku w Lublińcu. Na koniec zaplanowałem dodatkową atrakcję, czyli trzy wbiegi pod górkę i zbiegi z niej - to miało zasymulować trasę lubliniecką, gdzie są podobne urozmaicenia. I choć nie było tu piachu, choć nie było tłoku, choć trasę doskonale znałem - to mój czas wyniósł 1 h 10 min 20 sek. To o dobre 10 minut dłużej niż czasy z Lublińca, gdzie zazwyczaj przebiegałem w około godzinę. Wyszedł brak przygotowań i brak atmosfery zawodów, brak motywacji do szybszego biegu.

Do Maratonu Komandosa przygotowałem się stosując zaledwie trzy tygodniowe mikrocykle treningowe pod ten bieg. To nie są żadne przygotowania, a jedynie coś, co ma spowodować że ciało przypomni sobie jak biega się w mundurze i z ważącym 10 kg plecakiem. Mój najdłuższy bieg w tych miniprzygotowaniach to 8 km. A przecież maraton jest ponad 5x dłuższy!

Na dzień próby wybrałem sobotę, 12 grudnia. W ten właśnie weekend miał odbyć się bieg w Lublińcu, więc uznałem, że tak będzie uczciwie. W dodatku akurat miałem wolną sobotę. Trasa miała być dowolna, zresztą organizatorzy namawiali do przebiegnięcia jej właśnie w Lublińcu, gdzie liczyła 6 pętli po 7 km. To ewenement na ten rok, bo trasa klasyczna, to dwie pętle po 21 km - tam trzeba wodę i pokarm nieść ze sobą, bo nie ma żadnych punktów odżywczych, co jest dodatkowym obciążeniem i utrudnieniem. Mając większą ilość krótkich pętli można gdzieś to sobie zostawić i co okrążenie uzupełniać braki. Taką samą taktykę postanowiłem zastosować w Warszawie. Po prostu zaparkować z samego rana przy samym wejściu do lasu i mieć wszystko w samochodowym bagażniku. Co okrążenie podbiegać tam, pić i coś zjadać. Moja pętla miała nieco ponad 5,5 km.

Pod las podjechałem jeszcze przed świtem. O dziwo było już kilku biegaczy i kilka samochodów. Założyłem plecak, który teraz, bez wody, ważył 10,4 kg i ruszyłem na swoją pętlę. Biegłem niespiesznie, zdając sobie sprawę, że tylko równe i wolne tempo jest gwarancją bezproblemowego ukończenia maratonu. Tu nie ma co się rwać. Pierwsze dwa kółka biegło mi się w sumie bardzo dobrze. Co okrążenie meldowałem się przy samochodzie, uzupełniając braki. Mimo że to zawsze zajmowało chwilę, to uznałem, że to i tak lepiej niż to dźwigać. Mój wynik czasowy był mało istotny, istotne było by bieg ukończyć i się nie przeziębić!






 

Trzecie i czwarte kółko to już powoli narastające zmęczenie. Na leśnych ścieżkach pojawiło się sporo biegaczy. Spotkałem nawet mojego kolegę ze studiów, który biegał z rodziną. Miło było chwilę pogadać, to pozwoliło na oderwanie się myślami od monotonii samego biegu. Ktoś z kolei obcy spytał czy zaliczam wirtualnie Maraton Komandosa. Potwierdziłem, a on życzył mi powodzenia. Widać że bieg jest jednak szerzej znany. Ktoś inny minął mnie kilka razy biegając w drugą stronę, ale za każdym razem unosił w górę kciuk widząc faceta z plecakiem. Jakieś małżeństwo biegło chwilę ze mną i też pogadaliśmy. Okazało się, że na wiosnę pomagali koledze zaliczać Setkę Komandosa właśnie tu, w Lesie Kabackim.

Na półmetku, czyli po 21,1 km miałem 2 h 50 min biegu. Tempo wolne, wolniejsze niż zazwyczaj w Lublińcu. Te każdorazowe postoje przy samochodzie to sprawiły. Dobiegłem do 28 km i na moment przeszedłem w marsz. Potem znów w trucht i znów w marsz. Bieg zmienił się w marszobieg. A powyżej 30 km - już tylko w bardzo szybki marsz. Już nie miałem sił, już zaczął się kryzys. Normalnie, na zawodach - zawsze był ktoś przede mną czy za mną. Była motywacja by kogoś dogonić lub nie dać się dogonić. Tu nie było żadnej motywacji poza samym dotarciem do mety. 

Po siedmiu pętlach nie ruszyłem już na ósmą, bo do mety zostało około 4 km. Poszedłem w inną ścieżkę, dotarłem do jednostki wojskowej w Pyrach i zawróciłem. Jeszcze 1,5 km, więc znów w drugą stronę, doszedłem do jakiegoś punktu i znów zawróciłem. Oszacowałem precyzyjnie, bo mój zegarek wykazał 42 km 195 m dokładnie gdy podszedłem do samochodu. Uff! Koniec. Mój "wspaniały" czas to 6 h 32 min. Maraton Komandosa ukończony, ukończony z zachowaniem wszelkich reguł i w limicie. Ale czas jest o 45 min gorszy od mojego najlepszego wyniku na tych zawodach, a to jest przepaść. Słabe przygotowanie, brak atmosfery zawodów i brak silnej motywacji do większego wysiłku zrobiły swoje. 





Całą trasę oczywiście udokumentowałem zdjęciami i danymi z zegarka. Za oba biegi otrzymam medale pocztą... no właśnie, kolejny minus biegów wirtualnych to to, że na mecie nie ma żadnej nagrody. Całego Wielkiego Szlema Komandosa za ten rok nie zdobędę, bo nie ukończyłem Setki, no ale... ale zdobyłem już trzy takie Szlemy, co i tak stawia mnie w czołówce finisherów jeśli chodzi o ilość (bo jeśli o czasy, to jestem raczej daleko z tyłu).

 



EDIT: Medale przyszły po kilku dniach. W dodatku dostałem bardzo fajny medal za ukończenie szlemów!