sobota, 13 czerwca 2026

Rowerowa wycieczka z Warszawy do Garwolina

Mimo późnej wiosny nadal dłuższe trasy rowerowe są u mnie rzadkością. Za dużo pracy, brak w pełni wolnych dni, by móc coś takiego zrobić. Ostatnia taka ciekawsza, godna opisania trasa to na Śląsku, na Pustynię Błędowską (czytaj tu). Ale dziś jest szansa zrobić coś w okolicy Warszawy. Do pracy idę na noc, zaczynam o 22:30, mogę więc spróbować powalczyć. Rano waham się między Kozienicami, Siedlcami i Garwolinem. Jednak mocno pada, więc odpuszczam dwa pierwsze warianty. Trasa do Garwolina jest najkrótsza i gdy około godziny 13 robi się na tyle sucho i pogodnie by jechało się komfortowo, wyruszam w drogę.

Początek to przecięcie Kabat i Powsina. Zauważam, że pojawił się w kilku miejscach zupełnie nowy asfalt, dziurawa od zawsze droga zrobiła się bardzo przyjemna do jazdy. Mimo że jest sobota, to jadących w stronę Góry Kalwarii szosowców jest dość mało. Mało to rzecz jasna pojęcie względne, bo są takie dni, gdy peletony amatorów kolarstwa wręcz uniemożliwiają spokojną, samotną jazdę przez tzw. "Gassy". Tak zwane, bo od jednej małej miejscowości potocznie tak określa się cały ten rejon. Mijam ujście Jeziorki do Wisły.

Pierwotnie chciałem dotrzeć do Góry Kalwarii i tam przejechać na drugą stronę rzeki. Jednak serdecznie nienawidzę tamtejszego mostu, więc zmieniam koncept i docieram do promu w Gassach. Czekam kilka minut, płacę 7 zł i w krótkim czasie jestem po wschodniej stronie Wisły.




Kawałek jazdy drogą z betonowych płyt, mijam wiślany wał. Ciekawe, bo dalszy odcinek w stronę Karczewa również ma zupełnie nową, idealnie gładką nawierzchnię. Czemu odnowiono ten fragment, to przecież droga do promu, który nie dość, że miano zlikwidować, to i tak nigdy nie był jakimś poważnym środkiem transportu dla pojazdów. Obsługiwał głównie pieszych i rowerzystów. Jednak przebudowie uległa cała droga nr 801, czyli dawna "droga po płytach", lub "nadwiślanka". Możliwe więc, że robione jest wszystko wokół niej. Utwierdzam się w tym, gdy skręcam właśnie w nią, kierując się na południe. Droga ma szerokie pobocza, jedzie się bezpiecznie, mimo sporego ruchu. A za rondem w Otwocku Małym w ogóle pojawiają się po obu stronach równoległe, asfaltowe drogi techniczne. Niczym przy jakiejś autostradzie, a nie zwykłej drodze wojewódzkiej.


Korzystam z jednej z takich równoległych dróg. Jest bardzo dobra, do momentu gdy nagle... znika na odcinku jakiś 500 m. Muszę przenieść rower przez głęboki w tym miejscu rów biegnący wzdłuż drogi. Do ronda, gdzie jest skrzyżowanie z drogą nr 50 jadę już szerokim poboczem. Czeka mnie jeszcze kilka kilometrów w kierunku Puław, bym w Dziecinowie mógł odbić na wschód. Ten odcinek jest już stary - widać pęknięcia asfaltu tam gdzie pod spodem leżą betonowe płyty, od których droga uzyskała swoją nieformalną nazwę. Co więcej, tu znacznie wzrasta ruch samochodowy. Na szczęście po chwili skręcam w lewo, w drogę nr 805. Nawierzchnia również jest odnowiona. Jedzie się nią bardzo przyjemnie, szczególnie, że wiatr dmucha w plecy i z łatwością trzymam powyżej 30 km/h. Droga jest bardzo malownicza, taka typowo "mazowiecka".


Po jakiś 10 km jazdy docieram do miejscowości Osieck. Fotografuję całkiem ładny kościół, odbijam w lokalną drogę prowadzącą na południe. Teren staje się bardziej falisty, co dodaje trasie uroku. Są tu głównie lasy, które osłaniają od silnego, zachodniego wiatru. Mijam Natolin i kieruję się już wprost na Garwolin, którego co prawda nie ma zaznaczonego na żadnej tablicy z odległościami. Same jakieś lokalne wsie. Wyjeżdżam w końcu z lasu i po długim zjeździe docieram do lini kolejowej. To garwoliński dworzec, położony kilka kilometrów od samego miasta. Przechodzę podziemnym przejściem.


Muszę teraz przejechać nad ruchliwą ekspresówką S17, a potem ciągłym zjazdem docieram na ulice Garwolina. Mijam jakieś osiedla, szkoły, zabudowa jest typowo miejska i dość gęsta. Jestem w końcu w centrum, przy dawnej drodze Warszawa - Lubin, która w tym miejscu potrafiła się strasznie korkować. Zerkam na mapę w telefonie, próbując odnaleźć jakąkolwiek atrakcję, rynek czy coś takiego. Właściwie... nic takiego tu nie ma. Jest niedaleko jakiś skwer i duży kościół. Docieram tam, ale miejsce nie powala, trudno to nazwać centralnym punktem miasta. Nieco rozczarowany wracam do dawnej drogi "lubelskiej" i kieruję się nią na północ. W pewnym momencie mijam cmentarz wojenny z czasów II wojny światowej, na którym jednak leżą głównie czerwonoarmiści polegli w latach 1944-45. 







Przy wylocie na drogę S17 jest już właściwie pod miastem spore centrum handlowe, a w nim restauracja pod Złotymi Łukami. Postanawiam zatrzymać się na moment i zjeść burgera z frytkami. Jest tu pełno dzieciaków, ciężko o spokój, no ale taki urok tych restauracji. Na szczęście mój zestaw dociera do mnie szybko. Po posiłku ruszam w drogę powrotną, wiedząc że teraz przyjdzie mi jechać pod wiatr. Do domu jakieś 65 km, więc minimum 2,5 h jazdy.

Kawałek jadę starą drogą, która przechodzi płynnie w drogę techniczną przy S17. Potem wiaduktem przedostaję się na jej zachodnią stronę. To miejscowość Pilawa, mam wrażenie, że znacznie bardziej zadbana niż Garwolin. Ładny urząd miejski, dom kultury, nawet jakieś fontanny. Zaczynam się jednak już spieszyć i specjalnie się nie zatrzymuję. W dodatku wiatr nieźle daje się we znaki.

W Jaźwinach skręcam z drogi nr 805 na północ, znów w spokojne, lokalne drogi. Zatrzymuję się, bo tuż przy poboczu spaceruje sobie spokojnie para bocianów. Robię kilka zdjęć. Dalej przecinam tory kolejowe, a w Kątach skręcam znów lekko na zachód. Przecinam drogę nr 50 w okolicy Kołbieli, jest tu aktualnie plac budowy. Kilka miast przy tej trasie zyskało obwodnice np. Góra Kalwaria czy Chynów. Widocznie i tu coś robią. Jadę kawałeczek na zachód i odbijam w lokalną drogę w kierunku Celestynowa. Po prawej jakaś jednostka wojskowa, zasieki z drutu kolczastego. Co tu takiego jest? Sprawa wyjaśnia się po chwili, gdy mijam bramę - Wojskowy Ośrodek Farmacji i Techniki Medycznej. Ciekawe, jednostka zajmująca się lekami musi być skryta w głębokim lesie? A może wcale się nie zajmują lekami, to tylko przykrywka do badań nad czymś poważniejszym?


W Celestynowie znów przecinam tory kolejowe. Teraz już jadę na pamięć, nie raz bywałem w tej okolicy. Droga w kierunku Otwocka ma wygodną, szeroką ścieżkę rowerową. Las osłania od wiatru, więc choć na liczniku mam już 100 km, to bez problemów utrzymuje prędkość powyżej 25 km/h. W końcu Otwock, tu jeszcze fotografuję pomnik przedstawiający samolot "Iskra", upamiętniający dwóch pilotów, którzy zginęli w katastrofie podczas przygotowań parady 11 listopada 1998 roku, z okazji 80-tej rocznicy odzyskania niepodległości.



Mijam centrum miasta, co ciekawe na głównym skwerze jest przygotowana specjalna strefa kibica dla oglądających aktualny Mundial. Niepokoją mnie coraz bardziej ciemne chmury na zachodzie. Została mi jakaś godzina jazdy i to właśnie wprost pod nie. Przebijam się przez Otwock i docieram znów do drogi nr 801. Tu ruch jest już spory, ale po pewnym czasie pojawia się wygodna i bezpieczna ścieżka rowerowa. Jest ona... prawie do końca, bo z dziwnych przyczyn zanika w pobliżu granicy z Warszawą. Stan ten utrzymuje się od zawsze, pewnie oba miasta nie mogą dojść do porozumienia.

W końcu Południowa Obwodnica Warszawy. Skręcam na most. Wiatr szaleje, a ja już wiem, że nie minę deszczu. Zaczyna padać. Na moście robię szybkie zdjęcie Wisły i ubieram się w przeciwdeszczową kurtkę. Po chwili już nie pada, a leje, a ja jestem zupełnie przemoczony. Deszcz robi sobie małą przerwę przed Wilanowem, by na kolejnym, ostatnim już odcinku uderzyć ze zdwojoną mocą. Ale w sumie już mi wszystko jedno, bardziej mokry i tak nie będę. Dobrze że teraz, a nie w połowie trasy. W końcu docieram pod swój blok. Mam 2,5 h by się ogarnąć, potem niestety na całą noc do pracy.


Trasa to 124 km, praktycznie w całości dobrej jakości asfaltowymi drogami. W wielu miejscach ruch samochodowy był niemal żaden. Mimo, że sam Garwolin mocno mnie rozczarował, to trasa sama w sobie już nie. 


Załączam mapkę wycieczki.

piątek, 22 maja 2026

Ślonsko rajza na kole - rowerowa wycieczka z Dąbrowy Górniczej na Pustynię Błędowską

Dziś rano ruszam z Warszawy do Ewy, ale mam się nie spieszyć i być dopiero wieczorem. Uznaję, że skoro i tak mam wolny dzień, to należy go wykorzystać i jakoś produktywnie wykorzystać czas poza moim rodzinnym miastem. Pogoda ma być ładna, więc biorę do samochodu rower górski. Planuję zostawić auto nad jeziorem Pogoria na przedmieściach Dąbrowy Górniczej i objeżdżając przemysłowe giganty Zagłębia dotrzeć na Pustynię Błędowską, gdzie od niedawna funkcjonuje wygodna i ciekawa trasa rowerowa wokół południowej części pustyni.


Ruszam o 10:30 rano, ruch jest dość spory, ale nie spieszę się zupełnie. Planuję dotrzeć na miejsce około 14, tak by samą trasę zamknąć w jakiś 4 godzinach i około 19 być u Ewy. Próbuję zatrzymać się dwukrotnie aby coś zjeść, ale ogromne tłumy w restauracjach pod Złotymi Łukami na autostradzie A1 odstraszają. Uznaję, że zjem przy drodze S1, tuż przed Dąbrową Górniczą. Tam jest niemal pusto, a posiłek wypada tuż przed rozpoczęciem wycieczki, więc będzie idealnie. Orientuję się, że nie zabrałem ze sobą zapasowej dętki. No cóż, jest ryzyko, jest zabawa. To ponad 30 km w jedną stronę, w dużej mierze lasami. Jak złapię kapcia to znalezienie sklepu rowerowego by zdążyć do niego dojść będzie wyczynem. Ale myślę pozytywnie i w sumie statystyka jest po mojej stronie.

Docieram na parking nad jeziorem Pogoria I. To sztuczny zbiornik, obok jest jeszcze kilka podobnych. To zalane dawne wyrobiska kopalniane, obecnie pełniące rolę rekreacyjną. Są tu jakieś hotele, a po wodzie pływają żaglówki. Przebieram się, biorę plecak z kurtką od deszczu i zapasem wody. Jedzenia nie mam, dopiero co jadłem, a zakup czegoś na trasie będzie raczej bezproblemowy, zresztą to raptem 4 godziny jazdy, nie umrę z głodu.


Objeżdżam jezioro od zachodniej strony, w oczy rzucają się od razu nieodłączne industrialne elementy tych okolic. Po drugiej stronie widać kominy Huty "Katowice", niegdyś wielkiej budowy czasów Gierka. Jest to największy kombinat na terenie Śląska i Zagłębia i w ogóle jeden z największych zakładów przemysłowych Polski. Obecnie huta należy do koncernu ArcelorMittal, światowego potentata w hutnictwie żelaza. Co ciekawe, gdy zakład budowano, doprowadzono tu specjalnie z ZSRR szerokotorową linię kolejową zwaną Linią Hutniczo-Siarkową. Przywożono nią rudę żelaza z Ukrainy, a zabierano siarkę z Tarnobrzega, nie zmieniając na granicy podwozi wagonów.

Tuż obok jest coś, co chciałem zobaczyć, o istnieniu tego dowiedziałem się przypadkiem. To ruiny kawiarni "Arizona" zwanej też z racji kształtu - UFO. No cóż, wygląda ciekawie, szkoda że już nie działa.

Jadę na południe, do bardziej zabudowanej i miejskiej części Dąbrowy Górniczej. Skręcam na wschód, przejeżdżając pod trasą S1 i kierując się wprost do głównej bramy huty. Nie dojeżdżam jednak aż do niej, tylko zgodnie z zaplanowaną wcześniej trasą odbijam na południe. Tu ruch niemal znika, jedzie się przyjemnie, choć tereny są mocno przemysłowe - jakieś place przeładowcze, ogrodzenia, bocznice kolejowe. Wszystko stare i zaniedbane. Pagórkowatość terenu daje się odczuć, raz wspinam się na jakąś górkę, a raz rozpędzam lekko na zjeździe. W końcu rondo a za nim - niezwykła górnicza kolejka, gigantyczny taśmociąg, którym coś się transportuje do huty. Najprawdopodobniej rudę z stacji kolejowej LHS, ale może i koks? Nie wiem sam, ale budowla ciągnie się kilometrami i robi wielkie wrażenie. 


W pewnym momencie pojawia się jakaś mała miejscowość i jest już o wiele ładniej. Chwilę później asfalt znika i szutrową drogą, pnąc się ostro w górę, docieram do torów kolejowych i bocznic. Tu już jest dużo żwiru i błogosławię w myślach, że wziąłem rower górski, a nie szosowy.

Bocznice ciągną się przez kilka kilometrów, teren przypomina mi dosłownie okolice Czarnobyla i Prypeci. Jakby od bardzo dawna nikt tędy nie jeździł, bo na niektórych torach wyrosły nawet drzewa. Stoją jakieś wagony, ale też mam wrażenie, że od lat. W końcu tory odbijają w lewo, a szuter się kończy i zaczyna ślad kół na trawiastej łące, prowadzący w dół. No to już by nie było do pokonania rowerem szosowym, nawet gravel nie byłby idealną opcją. Zjazd jest stromy, robi się wokoło dość mokro - nieomylny znak, że zbliżam się do koryta Przemszy. Jednak najpierw muszę przejechać pod wysokim nasypem kolejowym. Jest tu niesamowita rzecz - wąski tunel, o długości dobrych 150 m. Gdzieś w oddali majaczy światełko na drugim końcu. Jadę bez lampek i w środku robi się na tyle ciemno, że mocno zwalniam, bo nie chcę wpaść w jakąś niezauważoną dziurę.




Za tunelem jest bardzo ładna okolica, są tu zadbane domy. Mijam mostek na Przemszy, znów wspinam się pod górę. Po chwili skręt w lewo i niesamowita rzecz, coś jakby wąwóz lessowy. Krótko, na przestrzeni może 100 m, ale nie spodziewałem się takiej atrakcji. Okolica przypomina mi podkrakowskie jurajskie dolinki w okolicy Ojcowa.


Potem znów kawałek asfaltu, lekko na zachód i odbijam w prawo, w szutrową drogę, która lekko opada, pozwalając mi się rozpędzić do ponad 30 km/h. Jak miło po ostatnich podjazdach. Szybko docieram do kolejnego mostku na Białej, czuję że rzeczki będą mi cały czas towarzyszyć, w końcu Biała Przemsza przecina Pustynię Błędowską, do której mam coraz bliżej. Obecnie jadę pomiędzy Białą i Białą Przemszą, pojawiają się wspaniałe sosnowe lasy rosnące na piaszczystych wydmach. Niemal jak nad Bałtykiem. Mogę powiedzieć że idealne tereny na rower gravelowy. Szutry klasy "premium".

Kilka kolejnych kilometrów przez Lasy Błędowskie jest niezwykle pięknym odcinkiem trasy. Jedzie się szybko, lekko, cisza zupełna, mijam pojedynczych rowerzystów. Pojawiają się oficjalne oznaczenia szlaku Velo Przemsza. W końcu docieram na skraj pustyni, gdzie zaczynają się już betonowe płyty, również określiłbym je klasą premium. To nowo wybudowana trasa wokół południowej części pustyni, wiedzie dokładnie jej skrajem, więc widok są kapitalne. 




Kilka razy zatrzymuję się na zdjęcia. Ta część Pustymi Błędowskiej została chyba oczyszczona niedawno z roślinności, bo jest to zupełny piasek. Wiadomo, nie jest to pustynia Wadi-Rum na której byliśmy w styczniu (patrz tu), ale jak na polskie warunki jest unikatowa. Choć warto podkreślić - nie jedyna. Podobny, albo i ciekawszy klimat ma Mierzeja Łebska, a większy powierzchniowo piaszczysty teren to poligon czołgowy Żagań-Świętoszów, choć nie jest dostępny dla każdego. W skali europejskiej znacznie większe są położone na Ukrainie Oleszkowskie Piaski i hiszpańska pustynia Tabernas, ale i tak Pustynia Błędowska jest jedną z niewielu w Europie w ogóle.

W pewnym miejscu jest możliwość odbicia na północ, na tzw. Ścieżkę po Palach. Oczywiście jadę tam, bo z tego co wiem to nowo oddany obiekt. Trasa przecina długimi kładkami dolinę Białej Przemszy i docieram nią aż na północną, większą część pustyni. Mimo że jest tu zakaz robienia zdjęć (poligon wojskowy, są tu zapewne niezwykle tajne instalacje i zrobienie zdjęcia piachu po horyzont jest poważnym przestępstwem) nic sobie z niego nie robię. Jakoś nie widać ukrytych wyrzutni rakiet miedzykontynentalnych. A trzeba przyznać, Pustynia Błędowska była poligonem jeszcze przez II wojną światową, trenowali tu potem Niemcy ze swoim Afrika Korps, a potem odbywały się próby rakiet do badań atmosfery. Czasem też zrzucano tu spadochroniarzy. Ot taki tam poligon. Tu nie ma już drogi betonowej, ale bardzo porządna ubita trasa do Chechła. Ja jednak wracam pomostami na południową część pustyni.




Teraz objeżdżam wschodni jej kraniec, rowerzystów pojawiło się nieco więcej, ale ogólnie jest bardzo pusto. Tu ścieżka ma nawet oświetlenie. Jest to nie tylko rowerowy, ale również pieszy szlak. Kieruję się na zachód i docieram w końcu do Róży Wiatrów. To ileś tarasów widokowych, jakieś niemieckie armaty, można tu coś zjeść. Widać, że teren ma duży potencjał turystyczny i świetnie, że coś się tu rozwija. Obok powstaje wielki parking.



Kieruję się na południe, a potem asfaltową drogą na zachód, do miejscowości Bolesław. Cały czas przez piękne lasy, więc mimo że asfaltem, to jedzie się bardzo przyjemnie. W miejscowości Hutki jest zniszczony most, trwa przebudowa, muszę objechać bokiem, a tworzy się tu potężny korek. Do Bolesławia jadę w bardzo konkretnym celu. Jest tam niezwykłe miejsce, pokazujące jak mocno działalność górnicza może odbić się na powierzchni. Kilka lat temu wybudowano obwodnicę miasteczka, ale w wyniku szkód górniczych powstało wielkie zapadlisko i trasę i okoliczny las zalała woda. Miejsce unikatowe w skali Polski. Przejeżdżam wiaduktem nad drogą krajową nr 94 i po chwili jestem. Niby zakaz wjazdu, ale oczywiście wchodzę i to nie tylko ja. Wygląda to ciekawie i przerażająco zarazem. Lokalni mieszkańcy nazwali zalaną obwodnicę "podwodnicą"... no trudno ująć to lepiej.



Jadę na zachód, najpierw lokalnymi drogami, a potem drogą prowadzącą wzdłuż ruchliwej drogi 94, łączącej GOP z Krakowem. Głośno, w dodatku sporo długich i ciężkich podjazdów, a powoli wychodzi zmęczenie, na liczniku już ponad 50 km. W pewnym momencie asfalt znika i jadę zupełnie kamienistą, a potem polną drogą, gdzie o dziwo, na szczycie wzniesienia jest pełno błota. Nie w dołku, a na szczycie... dziwne. Na szczęście potem znów asfalt i pojawia się wreszcie tabliczka "Dąbrowa Górnicza". To jednak złudna informacja, teren miasta jest rozległy i do samochodu mam minimum 10 km. Znów przejeżdżam pod kolejką-taśmociągiem prowadzącym do huty. 



Teraz zaczyna się już miasto. Na szczęście to boczne ulice, ruch niewielki. Góra-dół cały czas, wychodzi już zmęczenie. W końcu znów droga prowadząca do bram huty. Ostatnie kilometry do parkingu przy Pogorii. W końcu jestem. Jeszcze jakieś ostatnie zdjęcia z plaży.


Chwila odpoczynku, dopijam resztkę wody, pisze do Ewy, że przebieram się i ruszam. Upycham rower w bagażniku. Pozostało mi do dojechania jakieś 50 km, ale jeszcze zakupy, robi się późno. W końcu jestem w domu, powoli już się ściemnia.

Wycieczka okazała się strzałem w dziesiątkę. Przejechałem 67 km w bardzo zróżnicowanym terenie, zobaczyłem masę fantastycznych miejsc. Obecnie Pustynia Błędowska jest świetnie przygotowana na odwiedzenie jej rowerem, choć polecałbym minimum rower gravelowy, a jeszcze lepiej MTB.

Załączam mapkę mojej wycieczki.