Dwa lata temu wybraliśmy się do Innsbrucku, na bożonarodzeniowy jarmark
(czytaj tu). Od pewnego czasu planowaliśmy coś podobnego, ale wraz z synami
Ewy i tym razem korzystając z oferty ekspresowej, jednodniowej wycieczki z
biurem podróży. Uznaliśmy, że koszty będą niższe, a komfort podróży większy.
Naszym celem jest stolica Słowenii - Lublana.
Wyjazd mamy po godzinie 23 z Bielska-Białej. W efekcie dość mocno nudzimy się,
czekając cały wieczór. W normalnych warunkach poszlibyśmy spać, a tu trzeba
jednak jakoś wytrwać. W końcu zbieramy się, wsiadamy w samochód i jedziemy. Jest
gęsta mgła, nie jedzie mi się zbyt komfortowo, ale do centrum Bielska docieramy
20 minut przed czasem. Parkuję i dłuższą chwilę czekamy. Jak się okazuje,
autokar już na nas czeka, tylko nie zauważyliśmy małego napisu. Wyruszył z
Katowic i większość uczestników wsiadła właśnie tam.
W Cieszynie krótki postój, dosiadają się ostatnie dwie osoby. Jest już północ,
więc pora spać. Udaje mi się zasnąć, choć trudno mówić o wielkim komforcie.
Jest zimno, szczelnie nakrywamy się kurtkami. Stajemy po drodze gdzieś w
Austrii, a potem budzimy się około 7 rano już w Słowenii, kilkanaście
kilometrów od Lublany. Tu o dziwo postój na śniadanie, aż półtorej godziny. Po
co aż tyle? To stacja benzynowa przy autostradzie, jest zimno, wszyscy i tak w
środku się nie zmieszczą. Jemy coś co wzięliśmy ze sobą z Polski, pijemy kawę.
Na szczęście można usiąść w autokarze, gdzie jest znacznie cieplej. W końcu
ruszamy.
Pilotka opowiada nieco ogólnych informacji o Słowenii, jej historii i
geografii. Lublana jest miastem bardzo starym, osadnictwo sięga 2000 p.n.e.
Była tu również rzymska osada, bo było to skrzyżowanie bardzo ważnych szlaków
handlowych, w tym słynnego Szlaku Bursztynowego. Na przestrzeni dziejów
znajdowała się pod różnymi władzami. Gdy po I wojnie światowej powstała
Jugosławia, utrwalona po II wojnie światowej rządami Josipa Broz Tity,
Słowenia była jedną z federacyjnych republik tego kraju. Jednak znacznie
bliżej było jej do krajów alpejskich niż bałkańskich. Była bardzo rozwinięta
gospodarczo i generowała znaczną część PKB Jugosławii. Po śmierci Tity w 1980
roku nastąpił ogólnokrajowy kryzys, który doprowadził w początku lat 90-tych
do rozpadu kraju i niezwykle krwawej wojny domowej. Słowenia ogłosiła
niepodległość jako jedna z pierwszych. Władze w Belgradzie wysłały wojska, by
powstrzymać ten separatystyczny ruch, ale Słoweńcy stawili bardzo skuteczny
opór. Walki potrwały zaledwie 10 dni, a ofiar po obu stronach było 63, czyli
bardzo niewiele. Podpisano rozejm i Słowenia stała się niepodległym krajem. W
2004 roku weszła do UE, jest również członkiem NATO.
Z okien autokaru widzimy mieszkaniowe dzielnice miasta. Jest niewielkie, liczy
ok. 280 tys. mieszkańców. Czyli coś porównywalne z Lublinem czy Sosnowcem. I
faktycznie, zabudowa przypomina Sosnowiec lub Tychy. Dużo bloków, dość
szerokie ulice. Jednak w centrum jest nieco wysokich biurowców. Wysiadamy na
przystanku autobusowym. Teraz krótki spacer z pliotką na Plac Kongresowy. Tu
mamy wyznaczone miejsce zbiórki gdy będziemy wracać. Spotykamy się z lokalnym
przewodnikiem. To Polak, ma dużą wiedzę na temat samej Słowenii, ale również
wielu historycznych ciekawostek. Na wspólne zwiedzanie przeznaczone jest
półtorej godziny. Jednak jest to spacer w wolnym tempie. Kawałek marszu i
długie stanie przy jakimś pomniku i opowiadanie. Znów kilka kroków i znów
opowiadanie. Robi nam się coraz zimniej, mimo zimowej odzieży. Ponadto spacer
przedłuża się, już niemal dwie godziny. W końcu mamy dość, za dużo
przynudzania. Pytam pilotkę o której godzinie mamy zbiórkę i urywamy się.
Gdy w końcu jesteśmy sami, to zwiedzanie nabiera tempa i nieco udaje się
rozgrzać. Wchodzimy na górujące ponad centrum miasta wzgórze zamkowe. Nie
dość, że robi się nam cieplej, to również udaje się rozruszać zastałe od
wielogodzinnego siedzenia mięśnie. Na sam zamek nie wchodzimy, bo jego
zwiedzanie to droga sprawa, a mamy pewne doświadczenie, które pozwala
przypuszczać, że nie będzie tam nic porywającego. Samo wzgórze jest ciekawe,
jest na nim pomnik wielu powstań chłopskich na przestrzeni wieków. W dodatku
roztacza się ciekawa panorama na miasto, choć obecnie dość ograniczona przez
pogodę. Na horyzoncie rysują się nawet ośnieżone zbocza odległych o
kilkadziesiąt kilometrów Alp Julijskich i Karnickich. Niestety, pułap chmur
wyklucza zobaczenie ich szczytów. Liczyłem po cichu, że dostrzegę najwyższy
szczyt Słoweni, czyli Triglav, ale nic z tego.
Schodzimy na dół i kierujemy się nad rzekę Ljubljanicę. Właściwie całe
historyczne centrum miasta rozciąga się wzdłuż jej brzegów. Po obu stronach są
ciekawe kamienice, jest tu kilka malowniczych mostków. Ale szczerze
przyznajemy, że nie ma tu nic porywającego. Idziemy do pizzerii, którą i tak
mieliśmy w planach. Kuchnia słoweńska nie jest jakaś odmienna od kuchni krajów
alpejskich, więc nie są to zbyt wyszukane dania. Chyba że wołowy rosół zalicza
się do takich. Pizze które dostajemy są spore i smaczne, choć szczególnie
tanio tu nie jest.
Idziemy teraz na zachód, chcemy zobaczyć ruiny dawnych zabudowań z czasów
rzymskich. Mijamy jakieś dziwne budynki wyglądające jak "sen szalonego
architekta". Docieramy do dzielnicy ambasad i konsulatów. Tu są rzymskie mury
i resztki zabudowań z czasów, gdy istniała tu osada Emona. Robimy nieco zdjęć,
ale nie jest to nic specjalnego. Naszym kolejnym celem jest spacer na południe
wzdłuż rzeki. Jest tu sporo straganów, które pewne ożywią się pod wieczór, gdy
rozpocznie się jarmark. Mijamy most ze smokami i most gdzie jest cała masa
przypiętych do balustrad kłódek. Spacer nuży nas coraz bardziej, a do powrotu
jeszcze ponad 4 godziny. Szukamy atrakcji nieco na siłę, ale atrakcji nie
ma.








Wracamy na plac położony przy potrójnym moście. Tu stoi wielka choinka, tu
również jest sporo straganów. Znów idziemy na północ, kupujemy porcję
pieczonych kasztanów. Każdy próbuje i zgodnie stwierdzamy, że nie da się tego
jeść. No może takie największe są do przełknięcia, bo są dość miękkie i
słodkie. Nie możemy sobie znaleźć miejsca, robi się bardzo zimno gdy zapada
zmrok. Kupuję jakieś gorące czekolady, grzane wino. Ale to małe porcje,
dosłownie kilka łyków. Siadamy na murku na Placu Kongresowym. Co robić?
Ewa w końcu wpada na genialny pomysł. Przecież pewnie jest tu gdzieś
restauracja pod złotymi łukami. Oczywiście, jest i to całkiem niedaleko. Z
ulgą siadamy w cieple. Nieważne że nie są to żadne bożonarodzeniowe smakołyki
(wątpliwe, jak zdążyliśmy stwierdzić po obejściu wszystkich straganów
rozrzuconych po centrum) a zwykłe frytki. Najważniejsze, że jest ciepło!
Siedzimy tu ostatnie półtorej godziny i wracamy na zbiórkę.
Pozostało kilka minut marszu i chwila oczekiwania na autokar. Tu na szczęście
jest bardzo ciepło, można się w końcu zrelaksować. Nie jest za specjalnie
wygodnie, czeka nas wiele godzin jazdy. Ale zmęczenie bierze górę, zasypiamy z
łatwością.
Budzę się kilka razy na krótko. Przejście graniczne Słowenia-Austria, gdzieś
pod Wiedniem, potem już w Cieszynie. Tu jeszcze 20 minut przerwy. W końcu
Bielsko-Biała. Jest kilka minut po 4 nad ranem. Wsiadamy w samochód, jeszcze
pół godziny jazdy i w końcu jesteśmy w domu. Kładziemy się od razu i śpimy do
godziny 11. Czujemy się lepiej, ale właściwie cała niedziela jest rozbita.
Lublana
okazała się dość mało ciekawym miastem, raczej bym nikomu nie polecał
specjalnie tam jechać. Jarmark też okazał się dziwny, mocno rozproszony.
Słyszeliśmy, że Słowenia jako kraj jest już znacznie lepsza, tu w ogóle
planowaliśmy pojechać zaraz po tym jak się poznaliśmy, ale pomysł wyewoluował
do świetnego wypadu do Gruzji (czytaj tu). Stwierdzamy jednogłośnie, że
zdecydowanie starczy takich wyjazdów, bez noclegu, w zorganizowanej grupie,
gdzie trzeba czekać godziny na zimnie, nie mając co ze sobą zrobić. Jeśli
cokolwiek podobnego to latem albo w cieplejszym kraju. Po oszacowaniu
kosztów... samochodem wyszłoby nawet taniej, zobaczylibyśmy coś pod drodze.
Choć kosztowałoby to znacznie więcej wysiłku i jazdy na zmianę, gdy tu
mogliśmy niezbyt komfortowo, ale jednak spać.