Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2026

Rowerowa wycieczka śladami Bitwy Warszawskiej

W sobotę nareszcie zelżały potężne upały. Jest 25 stopni, wręcz rześko, w dodatku wieje wiatr. Postanawiam, że po powrocie z pracy wybiorę się na jakąś nieco dłuższą, klikugodzinną przejażdżkę rowerem. Ostatni czas zupełnie nie sprzyjał takim wycieczkom.

Ruszam około 15. Jadę wzdłuż Południowej Obwodnicy Warszawy, co pozwala łatwo i bez zbędnej nawigacji znaleźć się po drugiej stronie Wisły. Niestety jest to jazda połączona z denerwującym hałasem pędzących samochodów. Zatrzymuję się chwilę na Moście Południowym i robię zdjęcie Wisły, w której obecnie jest bardzo mało wody - mam wrażenie, że to jakaś mała rzeczka wijąca się wśród piaszczystych łach. Mijam Wał Miedzeszyński, linię kolejową i jadąc jeszcze kawałek asfaltem, a potem kamienistą szutrówką docieram do drogi S17. No właśnie... cały czas mijały mnie jakieś konwoje wojskowych pojazdów, teraz też. Albo jakieś wielkie ćwiczenia, no albo ćwiczenia przed defiladą związanych ze świętem Wojska Polskiego, które będzie za kilka dni.


Za ekspresówką robi się wreszcie dość cicho. Mijam miejscowość Izabela i skręcam na północ, kierując się na Sulejówek. Lokalne drogi są puste, w dodatku jest tu dobrze rozwinięta infrastruktura asfaltowych ścieżek rowerowych. Przecinam drogę na Mińsk Mazowiecki i po kilku minutach docieram do Sulejówka, gdzie przejeżdżam przez ładny i zadbany park.


Teraz jadę wzdłuż drogi nr 637 do Okuniewa. Tu również jest dobra ścieżka rowerowa, choć w samym środku miasteczka zanika na sporych fragmentach. Znów odbijam na północ, kierując się na Wołomin. Tą drogę przebudowano na bardzo przyjazną dla rowerzystów. Ścieżka jest - nowa, gładka, oddalona od głównej jezdni. W dodatku otoczenie jest piękne - lasy rosnące na piaszczystych wydmach.



Niestety luksusowa jazda kończy się w Zabrańcu, gdzie skręcam na zachód. Tu już asfalt jest popękany i choć jest ciąg pieszo-rowerowy, to zrobiony z kostki i nie jedzie się po nim już tak przyjemnie. Nad drogą rozpościera się transparent przypominający o obchodach 106 rocznicy Bitwy Warszawskiej, która rozegrała się na na okolicznych terenach. W Majdanie skręcam znów w lewo, jadąc prosto na Ossów. W końcu docieram pod rozległe muzeum Bitwy Warszawskiej. Nigdy tu nie byłem, nie wiedziałem że to tak wielki obiekt. To znaczy samo muzeum może nie jest wielkie, ale powierzchnia całości robi wrażenie. Objeżdżam wszystko i robię kilka zdjęć.









Jadę jeszcze na tyły, gdzie jest mały cmentarz na którym są tablice pamiątkowe, kaplica i co mnie zaskakuje - pomnik ofiar katastrofy Smoleńskiej. Tu również spędzam kilka minut. Jadę kierując się na Kobyłkę, mijając jeszcze punkt informacji turystycznej.






W Kobyłce zaskoczenie. Droga, która była niebezpieczna dla rowerzystów z racji braku pobocza i ogromnego ruchu, została całkiem przebudowana. Są wygodne ścieżki rowerowe. Szybko docieram do Zielonki i skręcam dobrze mi znaną drogą na Rembertów. Mijam Akademię Sztuki Wojennej i kompletnie rozgrzebane, będące w przebudowie okolice dworca kolejowego i ulicy Cyrulików. Słońce chyli się ku zachodowi, więc już bez zatrzymań jadę Trasą Siekierkowską. Jeszcze tylko jedno zdjęcie na moście. Pozostało mi 45 minut jazdy. Przy Czerniakowskiej znów mija mnie kolumna wioząca wojskowe pojazdy na defiladę.



Do swojego bloku docieram łącznie po ponad 4 godzinach niespiesznej jazdy. Miło było produktywnie wykorzystać sobotnie popołudnie.

Cała trasa to 75 km. Załączam mapkę.

sobota, 13 czerwca 2026

Rowerowa wycieczka z Warszawy do Garwolina

Mimo późnej wiosny nadal dłuższe trasy rowerowe są u mnie rzadkością. Za dużo pracy, brak w pełni wolnych dni, by móc coś takiego zrobić. Ostatnia taka ciekawsza, godna opisania trasa to na Śląsku, na Pustynię Błędowską (czytaj tu). Ale dziś jest szansa zrobić coś w okolicy Warszawy. Do pracy idę na noc, zaczynam o 22:30, mogę więc spróbować powalczyć. Rano waham się między Kozienicami, Siedlcami i Garwolinem. Jednak mocno pada, więc odpuszczam dwa pierwsze warianty. Trasa do Garwolina jest najkrótsza i gdy około godziny 13 robi się na tyle sucho i pogodnie by jechało się komfortowo, wyruszam w drogę.

Początek to przecięcie Kabat i Powsina. Zauważam, że pojawił się w kilku miejscach zupełnie nowy asfalt, dziurawa od zawsze droga zrobiła się bardzo przyjemna do jazdy. Mimo że jest sobota, to jadących w stronę Góry Kalwarii szosowców jest dość mało. Mało to rzecz jasna pojęcie względne, bo są takie dni, gdy peletony amatorów kolarstwa wręcz uniemożliwiają spokojną, samotną jazdę przez tzw. "Gassy". Tak zwane, bo od jednej małej miejscowości potocznie tak określa się cały ten rejon. Mijam ujście Jeziorki do Wisły.

Pierwotnie chciałem dotrzeć do Góry Kalwarii i tam przejechać na drugą stronę rzeki. Jednak serdecznie nienawidzę tamtejszego mostu, więc zmieniam koncept i docieram do promu w Gassach. Czekam kilka minut, płacę 7 zł i w krótkim czasie jestem po wschodniej stronie Wisły.




Kawałek jazdy drogą z betonowych płyt, mijam wiślany wał. Ciekawe, bo dalszy odcinek w stronę Karczewa również ma zupełnie nową, idealnie gładką nawierzchnię. Czemu odnowiono ten fragment, to przecież droga do promu, który nie dość, że miano zlikwidować, to i tak nigdy nie był jakimś poważnym środkiem transportu dla pojazdów. Obsługiwał głównie pieszych i rowerzystów. Jednak przebudowie uległa cała droga nr 801, czyli dawna "droga po płytach", lub "nadwiślanka". Możliwe więc, że robione jest wszystko wokół niej. Utwierdzam się w tym, gdy skręcam właśnie w nią, kierując się na południe. Droga ma szerokie pobocza, jedzie się bezpiecznie, mimo sporego ruchu. A za rondem w Otwocku Małym w ogóle pojawiają się po obu stronach równoległe, asfaltowe drogi techniczne. Niczym przy jakiejś autostradzie, a nie zwykłej drodze wojewódzkiej.


Korzystam z jednej z takich równoległych dróg. Jest bardzo dobra, do momentu gdy nagle... znika na odcinku jakiś 500 m. Muszę przenieść rower przez głęboki w tym miejscu rów biegnący wzdłuż drogi. Do ronda, gdzie jest skrzyżowanie z drogą nr 50 jadę już szerokim poboczem. Czeka mnie jeszcze kilka kilometrów w kierunku Puław, bym w Dziecinowie mógł odbić na wschód. Ten odcinek jest już stary - widać pęknięcia asfaltu tam gdzie pod spodem leżą betonowe płyty, od których droga uzyskała swoją nieformalną nazwę. Co więcej, tu znacznie wzrasta ruch samochodowy. Na szczęście po chwili skręcam w lewo, w drogę nr 805. Nawierzchnia również jest odnowiona. Jedzie się nią bardzo przyjemnie, szczególnie, że wiatr dmucha w plecy i z łatwością trzymam powyżej 30 km/h. Droga jest bardzo malownicza, taka typowo "mazowiecka".


Po jakiś 10 km jazdy docieram do miejscowości Osieck. Fotografuję całkiem ładny kościół, odbijam w lokalną drogę prowadzącą na południe. Teren staje się bardziej falisty, co dodaje trasie uroku. Są tu głównie lasy, które osłaniają od silnego, zachodniego wiatru. Mijam Natolin i kieruję się już wprost na Garwolin, którego co prawda nie ma zaznaczonego na żadnej tablicy z odległościami. Same jakieś lokalne wsie. Wyjeżdżam w końcu z lasu i po długim zjeździe docieram do lini kolejowej. To garwoliński dworzec, położony kilka kilometrów od samego miasta. Przechodzę podziemnym przejściem.


Muszę teraz przejechać nad ruchliwą ekspresówką S17, a potem ciągłym zjazdem docieram na ulice Garwolina. Mijam jakieś osiedla, szkoły, zabudowa jest typowo miejska i dość gęsta. Jestem w końcu w centrum, przy dawnej drodze Warszawa - Lubin, która w tym miejscu potrafiła się strasznie korkować. Zerkam na mapę w telefonie, próbując odnaleźć jakąkolwiek atrakcję, rynek czy coś takiego. Właściwie... nic takiego tu nie ma. Jest niedaleko jakiś skwer i duży kościół. Docieram tam, ale miejsce nie powala, trudno to nazwać centralnym punktem miasta. Nieco rozczarowany wracam do dawnej drogi "lubelskiej" i kieruję się nią na północ. W pewnym momencie mijam cmentarz wojenny z czasów II wojny światowej, na którym jednak leżą głównie czerwonoarmiści polegli w latach 1944-45. 







Przy wylocie na drogę S17 jest już właściwie pod miastem spore centrum handlowe, a w nim restauracja pod Złotymi Łukami. Postanawiam zatrzymać się na moment i zjeść burgera z frytkami. Jest tu pełno dzieciaków, ciężko o spokój, no ale taki urok tych restauracji. Na szczęście mój zestaw dociera do mnie szybko. Po posiłku ruszam w drogę powrotną, wiedząc że teraz przyjdzie mi jechać pod wiatr. Do domu jakieś 65 km, więc minimum 2,5 h jazdy.

Kawałek jadę starą drogą, która przechodzi płynnie w drogę techniczną przy S17. Potem wiaduktem przedostaję się na jej zachodnią stronę. To miejscowość Pilawa, mam wrażenie, że znacznie bardziej zadbana niż Garwolin. Ładny urząd miejski, dom kultury, nawet jakieś fontanny. Zaczynam się jednak już spieszyć i specjalnie się nie zatrzymuję. W dodatku wiatr nieźle daje się we znaki.

W Jaźwinach skręcam z drogi nr 805 na północ, znów w spokojne, lokalne drogi. Zatrzymuję się, bo tuż przy poboczu spaceruje sobie spokojnie para bocianów. Robię kilka zdjęć. Dalej przecinam tory kolejowe, a w Kątach skręcam znów lekko na zachód. Przecinam drogę nr 50 w okolicy Kołbieli, jest tu aktualnie plac budowy. Kilka miast przy tej trasie zyskało obwodnice np. Góra Kalwaria czy Chynów. Widocznie i tu coś robią. Jadę kawałeczek na zachód i odbijam w lokalną drogę w kierunku Celestynowa. Po prawej jakaś jednostka wojskowa, zasieki z drutu kolczastego. Co tu takiego jest? Sprawa wyjaśnia się po chwili, gdy mijam bramę - Wojskowy Ośrodek Farmacji i Techniki Medycznej. Ciekawe, jednostka zajmująca się lekami musi być skryta w głębokim lesie? A może wcale się nie zajmują lekami, to tylko przykrywka do badań nad czymś poważniejszym?


W Celestynowie znów przecinam tory kolejowe. Teraz już jadę na pamięć, nie raz bywałem w tej okolicy. Droga w kierunku Otwocka ma wygodną, szeroką ścieżkę rowerową. Las osłania od wiatru, więc choć na liczniku mam już 100 km, to bez problemów utrzymuje prędkość powyżej 25 km/h. W końcu Otwock, tu jeszcze fotografuję pomnik przedstawiający samolot "Iskra", upamiętniający dwóch pilotów, którzy zginęli w katastrofie podczas przygotowań parady 11 listopada 1998 roku, z okazji 80-tej rocznicy odzyskania niepodległości.



Mijam centrum miasta, co ciekawe na głównym skwerze jest przygotowana specjalna strefa kibica dla oglądających aktualny Mundial. Niepokoją mnie coraz bardziej ciemne chmury na zachodzie. Została mi jakaś godzina jazdy i to właśnie wprost pod nie. Przebijam się przez Otwock i docieram znów do drogi nr 801. Tu ruch jest już spory, ale po pewnym czasie pojawia się wygodna i bezpieczna ścieżka rowerowa. Jest ona... prawie do końca, bo z dziwnych przyczyn zanika w pobliżu granicy z Warszawą. Stan ten utrzymuje się od zawsze, pewnie oba miasta nie mogą dojść do porozumienia.

W końcu Południowa Obwodnica Warszawy. Skręcam na most. Wiatr szaleje, a ja już wiem, że nie minę deszczu. Zaczyna padać. Na moście robię szybkie zdjęcie Wisły i ubieram się w przeciwdeszczową kurtkę. Po chwili już nie pada, a leje, a ja jestem zupełnie przemoczony. Deszcz robi sobie małą przerwę przed Wilanowem, by na kolejnym, ostatnim już odcinku uderzyć ze zdwojoną mocą. Ale w sumie już mi wszystko jedno, bardziej mokry i tak nie będę. Dobrze że teraz, a nie w połowie trasy. W końcu docieram pod swój blok. Mam 2,5 h by się ogarnąć, potem niestety na całą noc do pracy.


Trasa to 124 km, praktycznie w całości dobrej jakości asfaltowymi drogami. W wielu miejscach ruch samochodowy był niemal żaden. Mimo, że sam Garwolin mocno mnie rozczarował, to trasa sama w sobie już nie. 


Załączam mapkę wycieczki.