Mimo późnej wiosny nadal dłuższe trasy rowerowe są u mnie rzadkością. Za dużo
pracy, brak w pełni wolnych dni, by móc coś takiego zrobić. Ostatnia taka ciekawsza, godna opisania trasa to na Śląsku, na Pustynię Błędowską (czytaj tu). Ale dziś jest
szansa zrobić coś w okolicy Warszawy. Do pracy idę na noc, zaczynam o 22:30, mogę więc spróbować powalczyć.
Rano waham się między Kozienicami, Siedlcami i Garwolinem. Jednak mocno pada, więc odpuszczam dwa pierwsze warianty. Trasa do Garwolina jest
najkrótsza i gdy około godziny 13 robi się na tyle sucho i pogodnie by jechało
się komfortowo, wyruszam w drogę.
Początek to przecięcie Kabat i Powsina. Zauważam, że pojawił się w kilku
miejscach zupełnie nowy asfalt, dziurawa od zawsze droga zrobiła się bardzo
przyjemna do jazdy. Mimo że jest sobota, to jadących w stronę Góry Kalwarii
szosowców jest dość mało. Mało to rzecz jasna pojęcie względne, bo są takie dni,
gdy peletony amatorów kolarstwa wręcz uniemożliwiają spokojną, samotną jazdę
przez tzw. "Gassy". Tak zwane, bo od jednej małej miejscowości potocznie tak
określa się cały ten rejon. Mijam ujście Jeziorki do Wisły.
Pierwotnie chciałem dotrzeć do Góry Kalwarii i tam przejechać na drugą stronę
rzeki. Jednak serdecznie nienawidzę tamtejszego mostu, więc zmieniam koncept i
docieram do promu w Gassach. Czekam kilka minut, płacę 7 zł i w krótkim czasie
jestem po wschodniej stronie Wisły.
Kawałek jazdy drogą z betonowych płyt, mijam wiślany wał. Ciekawe, bo dalszy
odcinek w stronę Karczewa również ma zupełnie nową, idealnie gładką
nawierzchnię. Czemu odnowiono ten fragment, to przecież droga do promu, który
nie dość, że miano zlikwidować, to i tak nigdy nie był jakimś poważnym
środkiem transportu dla pojazdów. Obsługiwał głównie pieszych i rowerzystów.
Jednak przebudowie uległa cała droga nr 801, czyli dawna "droga po płytach",
lub "nadwiślanka". Możliwe więc, że robione jest wszystko wokół niej.
Utwierdzam się w tym, gdy skręcam właśnie w nią, kierując się na południe.
Droga ma szerokie pobocza, jedzie się bezpiecznie, mimo sporego ruchu. A za
rondem w Otwocku Małym w ogóle pojawiają się po obu stronach równoległe,
asfaltowe drogi techniczne. Niczym przy jakiejś autostradzie, a nie zwykłej
drodze wojewódzkiej.
Korzystam z jednej z takich równoległych dróg. Jest bardzo dobra, do
momentu gdy nagle... znika na odcinku jakiś 500 m. Muszę przenieść rower przez
głęboki w tym miejscu rów biegnący wzdłuż drogi. Do ronda, gdzie jest skrzyżowanie z
drogą nr 50 jadę już szerokim poboczem. Czeka mnie jeszcze kilka kilometrów w
kierunku Puław, bym w Dziecinowie mógł odbić na wschód. Ten odcinek jest już
stary - widać pęknięcia asfaltu tam gdzie pod spodem leżą betonowe płyty, od
których droga uzyskała swoją nieformalną nazwę. Co więcej, tu znacznie wzrasta
ruch samochodowy. Na szczęście po chwili skręcam w lewo, w drogę nr 805.
Nawierzchnia również jest odnowiona. Jedzie się nią bardzo przyjemnie,
szczególnie, że wiatr dmucha w plecy i z łatwością trzymam powyżej 30 km/h.
Droga jest bardzo malownicza, taka typowo "mazowiecka".
Po jakiś 10 km jazdy docieram do miejscowości Osieck. Fotografuję całkiem
ładny kościół, odbijam w lokalną drogę prowadzącą na południe. Teren staje się
bardziej falisty, co dodaje trasie uroku. Są tu głównie lasy, które osłaniają
od silnego, zachodniego wiatru. Mijam Natolin i kieruję się już wprost na
Garwolin, którego co prawda nie ma zaznaczonego na żadnej tablicy z
odległościami. Same jakieś lokalne wsie. Wyjeżdżam w końcu z lasu i po długim
zjeździe docieram do lini kolejowej. To garwoliński dworzec, położony kilka kilometrów od samego miasta. Przechodzę podziemnym przejściem.
Muszę teraz przejechać nad ruchliwą ekspresówką S17, a potem ciągłym zjazdem
docieram na ulice Garwolina. Mijam jakieś osiedla, szkoły, zabudowa jest
typowo miejska i dość gęsta. Jestem w końcu w centrum, przy dawnej drodze
Warszawa - Lubin, która w tym miejscu potrafiła się strasznie korkować. Zerkam
na mapę w telefonie, próbując odnaleźć jakąkolwiek atrakcję, rynek czy coś
takiego. Właściwie... nic takiego tu nie ma. Jest niedaleko jakiś skwer i duży
kościół. Docieram tam, ale miejsce nie powala, trudno to nazwać centralnym
punktem miasta. Nieco rozczarowany wracam do dawnej drogi "lubelskiej" i
kieruję się nią na północ. W pewnym momencie mijam cmentarz wojenny z czasów
II wojny światowej, na którym jednak leżą głównie czerwonoarmiści polegli w
latach 1944-45.
Przy wylocie na drogę S17 jest już właściwie pod miastem spore centrum
handlowe, a w nim restauracja pod Złotymi Łukami. Postanawiam zatrzymać się na
moment i zjeść burgera z frytkami. Jest tu pełno dzieciaków, ciężko o spokój,
no ale taki urok tych restauracji. Na szczęście mój zestaw dociera do mnie
szybko. Po posiłku ruszam w drogę powrotną, wiedząc że teraz przyjdzie mi
jechać pod wiatr. Do domu jakieś 65 km, więc minimum 2,5 h jazdy.
Kawałek jadę starą drogą, która przechodzi płynnie w drogę techniczną przy
S17. Potem wiaduktem przedostaję się na jej zachodnią stronę. To miejscowość
Pilawa, mam wrażenie, że znacznie bardziej zadbana niż Garwolin. Ładny urząd
miejski, dom kultury, nawet jakieś fontanny. Zaczynam się jednak już spieszyć
i specjalnie się nie zatrzymuję. W dodatku wiatr nieźle daje się we znaki.
W Jaźwinach skręcam z drogi nr 805 na północ, znów w spokojne, lokalne drogi.
Zatrzymuję się, bo tuż przy poboczu spaceruje sobie spokojnie para bocianów.
Robię kilka zdjęć. Dalej przecinam tory kolejowe, a w Kątach skręcam znów
lekko na zachód. Przecinam drogę nr 50 w okolicy Kołbieli, jest tu aktualnie
plac budowy. Kilka miast przy tej trasie zyskało obwodnice np. Góra Kalwaria
czy Chynów. Widocznie i tu coś robią. Jadę kawałeczek na zachód i odbijam w
lokalną drogę w kierunku Celestynowa. Po prawej jakaś jednostka wojskowa,
zasieki z drutu kolczastego. Co tu takiego jest? Sprawa wyjaśnia się po
chwili, gdy mijam bramę - Wojskowy Ośrodek Farmacji i Techniki Medycznej.
Ciekawe, jednostka zajmująca się lekami musi być skryta w głębokim lesie? A
może wcale się nie zajmują lekami, to tylko przykrywka do badań nad czymś
poważniejszym?
W Celestynowie znów przecinam tory kolejowe. Teraz już jadę na pamięć, nie raz
bywałem w tej okolicy. Droga w kierunku Otwocka ma wygodną, szeroką ścieżkę
rowerową. Las osłania od wiatru, więc choć na liczniku mam już 100 km, to bez
problemów utrzymuje prędkość powyżej 25 km/h. W końcu Otwock, tu jeszcze
fotografuję pomnik przedstawiający samolot "Iskra", upamiętniający dwóch
pilotów, którzy zginęli w katastrofie podczas przygotowań parady 11 listopada
1998 roku, z okazji 80-tej rocznicy odzyskania niepodległości.
Mijam centrum miasta, co ciekawe na głównym skwerze jest przygotowana
specjalna strefa kibica dla oglądających aktualny Mundial. Niepokoją mnie coraz
bardziej ciemne chmury na zachodzie. Została mi jakaś godzina jazdy i to właśnie
wprost pod nie. Przebijam się przez Otwock i docieram znów do drogi nr 801. Tu
ruch jest już spory, ale po pewnym czasie pojawia się wygodna i bezpieczna
ścieżka rowerowa. Jest ona... prawie do końca, bo z dziwnych przyczyn zanika w
pobliżu granicy z Warszawą. Stan ten utrzymuje się od zawsze, pewnie oba miasta
nie mogą dojść do porozumienia.
W końcu Południowa Obwodnica Warszawy. Skręcam na most. Wiatr szaleje, a ja
już wiem, że nie minę deszczu. Zaczyna padać. Na moście robię szybkie zdjęcie Wisły
i ubieram się w przeciwdeszczową kurtkę. Po chwili już nie pada, a leje, a ja
jestem zupełnie przemoczony. Deszcz robi sobie małą przerwę przed Wilanowem,
by na kolejnym, ostatnim już odcinku uderzyć ze zdwojoną mocą. Ale w sumie już
mi wszystko jedno, bardziej mokry i tak nie będę. Dobrze że teraz, a nie w
połowie trasy. W końcu docieram pod swój blok. Mam 2,5 h by się ogarnąć, potem
niestety na całą noc do pracy.
Trasa to 124 km, praktycznie w całości dobrej jakości asfaltowymi drogami. W
wielu miejscach ruch samochodowy był niemal żaden. Mimo, że sam Garwolin mocno
mnie rozczarował, to trasa sama w sobie już nie.
Załączam mapkę wycieczki.