Wyprawa do Jordanii była w naszych planach już od dawna, ale mocno niestabilny
politycznie region był zawsze problematyczny. Trwająca od ponad 2 lat wojna, a
do tego całkiem niedawne izraelskie naloty na Iran i irańskie uderzenia
rakietowe powodowały, że choć sama Jordania była bezpieczna, to już przestrzeń
powietrzna nad nią była regularnie zamykana i biura podróży odwoływały
wyjazdy. Mimo wszystko już z końcem lata zeszłego roku wykupiliśmy objazdową
wycieczkę po tym ciekawym kraju. Cena była mocno obniżona, gdyż Jordania
bardzo chce zachęcić turystów do ponownego jej odwiedzania i nakręcenia
przychodów z tej gałęzi gospodarki.
Nasz wyjazd ma trwać tydzień, lecimy z Katowic do położonej na południu kraju
Akaby. Potem ruszamy na północ, a w planach mamy m.in. pustynię Wadi-Rum,
Petrę, starożytne zamki, Amman i Morze Martwe. Nie są to jakieś długie
dystanse, więc raczej unikniemy wstawania w środku nocy.
Wylot mamy o 7:15 rano, co oznacza pobudkę o 3:00. Musimy coś na szybko zjeść,
zapakować graty do samochodu i dojechać na lotnisko Pyrzowice, co jednak
zajmuje nieco czasu. Ustawiam się w długiej kolejce do nadania bagażu, Ewa w
międzyczasie załatwia zestawy słuchawkowe. Czekanie przeciąga się, są zaledwie
dwa czynne stanowiska, ale w końcu oddajemy walizki. Odprawa bezpieczeństwa
przebiega ekspresowo, później już czekamy i nudzimy się, o tej godzinie w
zasadzie nie ma innych lotów niż nasz i inny do Mombasy, z tego samego biura
podróży. W końcu boarding, ale start i tak opóźnia się o dobre pół godziny, bo
nasz samolot musi być odlodzony.
Lot trwa 4,5 godziny, większość czasu przesypiamy, ale jest mocno zimno i sen
jest mało komfortowy. W końcu zaczyna się zniżanie, pod nami widać
żółtobrązową pustynię i jałowe góry, miejscami przecięte korytami okresowych
rzek, obecnie pozbawionymi wody. Samolot w końcu łagodnie przyziemia na
lotnisku w Akabie - nie jest to wielki port lotniczy. Nasz samolot jest jedyny,
więc rozładunek idzie bardzo sprawnie. Musimy przejść odprawę
paszportową. Po raz pierwszy spotykam się z tym, że musimy przepuścić wszystkie bagaże przez
skaner. Człowiek z obsługi nakazuje nam wyjąć z plecaków aparaty fotograficzne. W Jordanii
nie tyle zakazane, ale niezbyt mile widziane są długie teleobiektywy czy
lornetki. Drony podobno są zakazane całkowicie. Inny pracownik robi
zdjęcia naszym aparatom i otwartym paszportom, ale puszczają nas bez słowa. Pewnie trafimy do jakiejś lokalnej bazy potencjalnych szpiegów.
Przy wyjściu z budynku czekają już piloci. My dostajemy całkiem energiczną
panią Agnieszkę, która odnajduje nasze nazwiska na liście i przydziela nam
miejsca w autokarze. Do tego towarzyszy nam lokalny przewodnik - Mizar. Ewa ma
duże doświadczenie w takich objazdówkach, ja w sumie żadnego. Już od dawna
nastawiała mnie, że ludzie lubią się przepychać, podmieniać miejsca itp. Tu
mamy przydzielone na sztywno, więc chociaż będzie porządek. Jednak zanim
zbiorą się wszyscy musimy poczekać dobre 45 minut. Z
zaciekawieniem oglądam otoczenie. W okolicy terminala jest dość pustynnie, ale
rosną palmy. Lotniska strzegą żołnierze z karabinami, co ciekawe bez podpiętych magazynków. Dziwne podejście... albo dowództwo nie ufa
ich wyszkoleniu, albo im... Po co komu broń, której w nagłej sytuacji nie można
natychmiast użyć?
Ruszamy w końcu w drogę do Akaby. Miasto leży nad Morzem Czerwonym, tuż
obok granicy z Izraelem. Za granicą jest miasto Eljat. Gdyby nie
granica, to byłyby jednym miastem. No cóż, polityka w tym rejonie świata
stwarza bardzo wiele podziałów. Granice państwowe są często trudne do
przekroczenia nawet dla lokalnych mieszkańców. Zauważam, że wzdłuż drogi, którą
jedziemy przez pustynię, stoją... wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych. Lotnisko
jest oficjalnie cywilne, ale jak widać ostrożności nigdy za wiele.
Przejeżdżamy przez miasto, mijając rezydencję rodziny królewskiej. Nasz
hotel znajduje się blisko morza, w lini prostej około 300 m. Wypakowujemy
się z autokaru i idziemy do naszego pokoju. Nawet całkiem znośny standard. Za kilkanaście
minut mamy umówione spotkanie na dole z naszą pilotką, która chce nas
oprowadzić po mieście i pokazać to i owo. Wymieniamy jeszcze pieniądze -
dolary USA na dinary jordańskie. Co ciekawe, kurs dinara jest sztywny i zawsze
za 1 USD dostaje się 0,7 dinara. Uznajemy, że wymienienie 200 USD zupełnie nam
wystarczy, zresztą tyle sugerowała pilotka. Mamy teraz 140 dinarów, ale ciężko
w sumie powiedzieć ile co tu kosztuje. Planujemy raczej skromnie, bez
wydawania pieniędzy na głupoty i bezsensowne pamiątki, poza upominkami dla
dzieci.
Grupa zbiera się i ruszamy na spacer po nadmorskiej części miasta. Pilotka
opowiada nieco o jego historii, o tym jaką rolę pełniło. Obecnie to
jest turystyczny kurort na specjalnych warunkach - jest tu strefa
bezcłowa i można np. bez problemów tanio kupić alkohol. Jak na kraj islamski,
nawet mało ortodoksyjny, to wcale nie jest takie oczywiste. Muszę
stwierdzić, że jest tu czysto i schludnie, a samo miasto wygląda ciekawie.
Tuż za nim zaczynają się spore góry, między którymi leży pustynia
Wadi-Rum - nasz jutrzejszy cel. Następnie idziemy na miejską plażę. Teoretycznie każdy może się kąpać, ale robią to w zasadzie tylko dzieci i mężczyźni.
Kobieta, która rozbierze się do stroju kąpielowego wzbudza niemałą
sensację, co niekoniecznie musi być komfortowe. Istnieją wydzielone plaże dla
turystów, znajdujące się przy lepszych hotelach i oczywiście płatne. Idziemy jeszcze na lokalny suk,
czyli miejskie targowisko. Pilotka wyjaśnia nam, że to co my w języku polskim
określamy jako bazar, to dla Arabów suk. Natomiast słowo bazar oznacza po sklep. Na targowisku znajdziemy istne mydło i powidło - orzechy, daktyle, mięso, tytoń,
pamiątki itp. Arabowie słysząc nasz język zagadują po
polsku i namawiają byśmy coś kupili. Znając jedynie kilka słów próbują nas namówić na zakupy. Zaskakująco dużo ludzi z grupy daje
się łapać na te czary i kupuje jakieś duperele. Dzięki Ewuni wiem, że to ich standardowe zagrywki. W końcu wracamy pod hotel, gdzie jeszcze w
lokalnym sklepie kupuję wodę i rozmieniam w ten sposób wyższe nominały dinarów
na drobne.
Obiadokolacja jest taka sobie. Niby szwedzki stół, ale wybór ograniczony
do ryżu, kurczaka, dwóch surówek, humusu, pity i całej masy słodyczy. Zjadam
jednak sporo. Od rana nic nie miałem w ustach prócz kanapek. Zmęczenie wychodzi
z nas szybko, więc wcześnie się kładziemy. Około północy idę jeszcze na dach
hotelu. Postawiłem sobie za cel, że zobaczę drugą co do jasności gwiazdę - Kanopusa. Z terenu Polski jest ona zupełnie niewidoczna. Tutaj około północy góruje, ale zaledwie 8 stopni ponad horyzontem. Spore zapylenie
sprawy nie ułatwia, ale jest! Widać i to całkiem wyraźnie. Jednak aby zrobić
zdjęcie, muszę bardzo mocno podbić czułość w aparacie i nie jestem zadowolony.
Uwieczniłem, ale nie o to mi chodziło. Liczę, że na koniec pobytu gdy wrócimy do
Akaby i spędzimy w niej dwie noce, poszczęści mi się z widocznością i
zdjęcia wyjdą lepiej. Wracam do pokoju i idę spać, ale sen nie chce przyjść od
razu.
Rano wczesna pobudka. Śniadanie jest podobne do kolacji, choć jest więcej twarogów i większy wybór surówek. Jest obrzydliwa kawa, znów tona humusu i jajka na twardo. Jemy żeby zapełnić żołądek, a nie dlatego że jest to smaczne. Obsługa jest
irytująca - wystarczy na moment wstać, by sobie czegoś dołożyć i zostawiony na
stole talerz z jedzeniem czy pół kubka kawy znika. Nie da się im tego
wytłumaczyć. Potrafią zabierać talerze niemal sprzed nosa..
Wracamy do pokoju. Pakujemy bagaże i schodzimy o umówionej godzinie na
dół. Ładujemy wszystko do autokaru. Na szczęście system sztywno przydzielonych
miejsc dobrze się sprawdza. Ruszamy na północny wschód, na pustynię.
Przekraczamy granicę miasta, gdzie jest posterunek kontrolny. Policja sprawdza
czy nie wywozi się większych ilości alkoholu ze strefy bezcłowej. Po
kilkudziesięciu minutach jazdy mamy pierwszy przystanek - dawna stacja kolei,
na której zachowały się wagony. Robimy kilka zdjęć, ale nie jest to
coś porywającego.
Droga jest tu w idealnym stanie, co nieco dziwi, biorąc pod uwagę warunki
naturalne. Docieramy do parkingu przy centrum turystycznym na pustyni
Wadi-Rum. Czekamy kilka minut i wsiadamy do kilku pick-upów, w grupach po 6 osób. Czeka nas kilkugodzinna wycieczka po najciekawszych miejscach
okolicy. Na szczęście jest dość chłodno, około 20 stopni - przy letnim upale
byłoby to nie do zniesienia.
Ruszamy w głąb skalnych wąwozów. Podziwiamy wykute w skale bramy i świątynie. Cała Petra pełniła rolę miasta handlowego i miejsca
schronienia się karawan. Do wnętrza prowadziły wąskie wąwozy - trudno było je zauważyć, co umożliwiało łatwą obronę. Miejsce, gdzie aktualnie
jesteśmy, to północny skraj całego kompleksu, nieco podobny do części głównej,
ale jakby w miniaturze. Zwiedzanie trwa niemal godzinę.
W czasie powrotu zatrzymujemy się w punkcie widokowym na podziwianie wspaniałego zachodu
słońca.





Docieramy do hotelu. Obiadokolacja wydaje się być bardziej wykwintna, ale
serwowane potrawy są w zasadzie takie same jak w Akabie. Co prawda obsługa
jest bardziej elegancka, ale kompletnie nie zna angielskiego. Zamówione piwo nigdy do nas nie trafia, pomimo kolejnych prób. Dopiero interwencja znającego angielski kierownika sprawia, że napoje pojawiają się na stole. Niestety, maniera zabierania talerzy
sprzed nosa wygląda podobnie, Może to kwestia szkolenia, której my nie rozumiemy. Po
kolacji szybko kładziemy się spać - jutro pobudka o świcie. Pocieszające
jest to, że prognozy pogody są bardzo dobre.
Rano po szybkim i niemal identycznym śniadaniu jak poprzednio, szykujemy
się na wielogodzinne zwiedzanie Petry. Ubieramy się w kurtki, bo jest bardzo
rześko. Prognozy pogody przewidują, że około południa zrobi się upał. Nasz hotel znajduje się kilka minut marszu od wejścia na teren Petry. Pilotka informuje nas, że
teoretycznie w cenie biletu zawarta jest jazda konna po Petrze dla leniwych, ale w
praktyce Arabowie próbują wymuszać dodatkowe opłaty. Za opłatą można nawet pojechać elektrycznymi
samochodami. Dla ludności lokalnej Petra to podstawa egzystencji i dwuletnia
przerwa w ruchu turystycznym spowodowana wojną w Gazie doprowadziła wiele
hoteli i przedsiębiorców do bankructwa. Obecnie próbują to sobie odbić z
nawiązką. Droga prowadzi łagodnie w dół, mijamy już pierwsze elementy wycinane
w skałach przez ludzi. Kawałek dalej wąwóz, którym po dużych opadach potrafi
płynąć rzeka z niezwykle silnym prądem i wtedy Petra jest zamykana, bo jest to
realne niebezpieczeństwo zagrażające życiu.


Dochodzimy do miejsca, gdzie zaczyna się właściwy długi i wąski wąwóz, którym
dochodzi się do najważniejszych świątyń. To kilka kilometrów marszu drogą
szerokości kilku metrów, gdy wysokość ścian dochodzi miejscami do 200 m. Tu
też jest wiele ciekawych miejsc, co i rusz się zatrzymujemy. Jak dla mnie i
Ewy - tempo jest dwa razy za wolne, no ale jednak idziemy z grupą, oderwiemy
się dopiero nieco później. Zrobić dobre zdjęcie jest ciężko - duże różnice
jasności, dużo ludzi. W końcu przed nami zaczynają się wyłaniać jakieś wysokie
filary, a pilotka puszcza w słuchawkach motyw muzyczny z Indiany Jonesa. No
tak, to chyba najbardziej znany fragment Petry, czyli Skarbiec. To on zagrał w
filmie Indiana Jones i Ostatnia Krucjata. Ludzi oczywiście pełno, ciężko
zrobić dobre zdjęcie, by było ich w kadrze jak najmniej.






Tu już nuży nas powolny marsz z grupą. Odrywamy się, przyspieszamy i idziemy
już swoim tempem. Robi się coraz cieplej, wąski dotąd wąwóz otwiera się
szeroko. Są tu kolejne wykute w skałach świątynie, dawny amfiteatr, nawet
resztki kościoła z okresu bizantyjskiego. Są też ruiny budowli rzymskich.
Dochodzimy w końcu do miejsca, gdzie są dwie restauracje i wygodna droga się
kończy. Mamy małą mapkę ze schematami innych szlaków. Najciekawszy wydaje się
ten na wprost, tam jest kolejna duża świątynia. Jednak trzeba podejść dużo pod
górę kamiennymi schodami. Jak dużo? No właśnie, mapka podaje absurdalny wręcz
czas 4,5 h i szlak jako bardzo trudny. Z kolei moja mapa w telefonie pokazuje,
że do świątyni jest 1,5 km w lini prostej. To co to za szlak, że ma zająć tyle
czasu?




Ruszamy pod górę, ale Ewa jakoś mi nie dowierza, że to może być tak blisko. Ja
z kolei nie dowierzam turystycznej mapce. Owszem, są schody, idzie się dość
stromo w górę, ale żeby ileś godzin? Ewa nie daje się przekonać, że według
mnie to ledwie 800 metrów. Zawraca, mówiąc że spotkamy się na dole przy
restauracjach. Obiecuję że będę szybko, maksymalnie za 45 minut.
Przyspieszam jeszcze bardziej, niemal biegnę pod górę. Mijam nawet ludzi,
którzy są tu wwożeni na grzbietach osłów. Jedno ze zwierząt ma jednak nieco
inny ładunek - dwa panele fotowoltaiczne. Coś tam się luzuje, Arabowie
poprawiają. Ale osioł zapiera się czterema kopytami i ani drgnie, mimo że obaj
próbują po popchnąć. Prawdziwie ośli upór. Końcowy odcinek drogi to co chwila
jakiś stragan z pamiątkami i co chwila opędzam się od natrętnych handlarzy.
Rzeczywiście, po chwili docieram do świątyni. Jednak miałem rację, na mapce
był podany jakiś bezsensowny czas. Ja tu wszedłem w 30 minut, załóżmy że zejdę
w podobnym czasie, więc razem godzina, a nie ponad cztery. Nawet dla osoby
idącej zupełnie powoli, to nie jest realne by spędzić tu tyle czasu.


Ruszam w dół, by Ewa jak najmniej musiała czekać. Oczywiście w tą stronę idzie
się znacznie szybciej, pod 20 minutach docieram do restauracji. Jest tu parę
osób z wycieczki, jest pilotka. Ale nie widzę nigdzie Ewy. Cholera, poszła
pewnie gdzieś, bo jej się nudziło... tylko jak się odnaleźć? Tu są tysiące
ludzi, a obszar ogromny. Ewunia ma w swoim telefonie e-sim i internet. Ja
niestety nie, ale pokombinuję. Łapię zasięgi WiFi w obu restauracjach, ale
żadna z sieci nie działa jak powinna i nie pozwala uzyskać połączenia z
internetem. Kręcę się w miejscu, bo przecież nigdzie się nie ruszę, skoro tu
się umówiliśmy. Rzecz jasna co kilka minut podchodzą ci sami Arabowie i pytają
czy mnie np. na koniu nie zawieźć na górę. Tak jakby odmówienie im pięć razy
nie wystarczało. A nuż się skuszę za szóstym. Zaczynają już mnie poważnie
irytować swoją natrętnością.
W końcu widzę Ewę. Wróciła do skarbca, porobić mu nieco zdjęć, bo uznała, że
zejdzie mi dłużej. Oboje stwierdzamy że jesteśmy idiotami i nie umówiliśmy się
jakoś sensowniej, np. od razu w hotelu, a tak oboje się nawzajem szukaliśmy.
No i jednak brak łączności jest poważną przeszkodą przy rozdzieleniu się i na
przyszłość jeśli Ewa nie daje rady - to ja też nie idę dalej i już. Górna
świątynia była ciekawa, ale nie musieliśmy się rozdzielać bym koniecznie ją
zobaczył.
Teraz wracamy już spacerkiem. Ludzi dużo, ale jakoś rozlali się na cały obszar
Petry. Zdjęcia teraz też łatwiej robić. Jest akurat południe, wierni
Muzułmanie kierują się w stronę Mekki na swoich dywanikach i modlą się. Robi
się nieznośnie gorąco, dobre 30 stopni. Całe szczęście przy Skarbcu zaczyna
się głęboki cień. Robimy jeszcze kilka zdjęć głównej atrakcji i wąwozem
ruszamy ku wyjściu.
Teraz ludzi mniej, światło lepsze, więc i w samym wąwozie zdjęcia wychodzą
lepiej. Ale powoli mamy dość, w nogach mamy kilkanaście kilometrów. Znów ktoś
usiłuje nam zaoferować podwózkę na koniu, już nawet się nie odzywamy, tylko
traktujemy ich jak powietrze. Taka taktyka działa najskuteczniej. Docieramy do
głównej bramy w Wadi Musa. Jest tu jeszcze bezpłatne niewielkie muzeum
historii samej Petry, więc poświęcamy kilkanaście minut na jego zwiedzenie.



Przed bramą jest kilka restauracji, postanawiamy coś zjeść. Tym razem falafele
i kofty i po raz pierwszy jest to coś dobrego, innego niż niejadalne posiłki w
hotelach. Zamawiamy też po piwie i choć kelner zapewnia nas że ma ono 3%
alkoholu, to jednak smakując je czujemy, że nas oczywiście nabrał, bo ma
charakterystyczny smak piwa bezalkoholowego. Po zapłaceniu za posiłek, w sumie
nie jakiś bardzo wyszukany, liczymy gotówkę i stwierdzamy, że 70 dinarów na
osobę, które według słów pilotki mają na wszystko spokojnie wystarczyć, to
bardzo szczupła kwota. Nie kupując właściwie niczego, wodę i dwa posiłki,
pozbyliśmy się połowy zapasu. Płacić można rzecz jasna kartą, ale 70 dinarów
na osobę to takie minimum socjalne by przetrwać przez tydzień. Postanawiamy
nie wydawać na zbędne posiłki, dziś akurat mieliśmy sporo ruchu i było to
uzasadnione, ale w kolejnych dniach już nie będzie to niezbędne.
W hotelu odpoczywamy, segregujemy zdjęcia, zajmujemy się sobą. W końcu
kolacja, powtórka z dnia poprzedniego. Przełykamy ją i liczymy, że w Ammanie
będzie coś ciekawszego. Na jutro niestety zapowiadane jest załamanie pogody.
Wyruszamy wcześnie rano, pogoda rzeczywiście sporo gorsza, zimno, wieje i
niebo jest zaciągnięte chmurami. Jedziemy przez obszar pustymi Moab do miasta
Al-Karak. Nieco podsypiamy, za oknami nic ciekawego, trzeba jakoś przetrwać
nieco dłuższą jazdę. Pilotka opowiada barwnie całą historię krucjat. Trzeba
przyznać, że wiedzę ma ogromną, ale ciężko skupić się na takim wykładzie w
czasie jazdy. Miasto położone jest na sporym wzgórzu, którego szczyt wieńczy
dawna twierdza Krzyżowców. Gdy wysiadamy... zaczyna całkiem mocno wiać i lać,
więc zwiedzanie ruin zamku nie jest zbyt miłe, ciężko robić sensowne zdjęcia.
Ruiny jak ruiny, na świecie takich tysiące, jakoś nas nie porywają. W oddali
widać położoną mocno w dole taflę Morza Martwego.


Wracamy do autokaru i jedziemy dalej. Po kilkudziesięciu kilometrach docieramy
do Madaby. Brzydkie arabskie miasto, tu dopiero widać, że mimo kilku
wystawnych miejsc, Jordania to zdecydowanie biedny kraj trzeciego świata. Tony
śmieci walające się po dziurawych ulicach, wraki samochodów, jakieś obdarte
dzieci, obskurne domy. Niemal jak w brazylijskich fawelach.
Kierujemy się w miejsce, które jest atrakcją raczej nie ze względu na jego
urodę, a otaczający je kult religijny. To góra Nebo, miejsce skąd Mojżesz miał
ujrzeć Ziemię Obiecaną. Jest tu nieco ruin, współczesny kościół z ciekawymi
mozaikami, jakiś ozdobny krzyż. Co z tego, jak znów leje tak, że jesteśmy
zmuszeni chronić się w kościele i nie da się z niego wyjść? W dodatku
przestaje mi kontaktować pokrętło w mokrym aparacie, więc i tak będę zmuszony
fotografować w trybach automatycznych, co podnosi mi ciśnienie, bo toleruję
tylko tryb manualny. W końcu deszcz przechodzi, a my wracamy do autokaru.
Kierowca włącza ogrzewanie, więc nieco podsychamy, ale wkrótce robi się wręcz
zbyt gorąco.
Kierujemy się w stronę Madaby, zajeżdżając jeszcze do lokalnej wytwórni
mozaik. Przypomina mi to wizytę w wytwórni szkła, którą odwiedziliśmy w
Wenecji (czytaj
tu). Właścicielką jest Polka, która opowiada nam jak przycina się kamienie, jak
układa mozaikę w lustrzanym odbiciu, po czym już we właściwej orientacji
wciska w uprzednio przygotowaną ramkę. Opowieść jest jednak krótka, możemy
poobserwować rzemieślników przy pracy. Pozostałe pół godziny to "czas wolny" w
tej cepelii. Oczywiście po to, by ludzie robili tu zakupy. Niektórzy zamawiają
sobie całe stoły czy wielkie wazony z wysyłką do Polski. No cóż, nas to
zupełnie nie interesuje, ale trzeba przyznać, że mozaiki są piękne i misterne,
a niektóre nawet zupełnie miniaturowe. Mój aparat zaczyna działać poprawnie,
co poprawia mi humor.



W końcu ruszamy się dalej, do centrum Madaby. Z parkingu idziemy w strugach
ulewnego deszczu do cerkwi Świętego Jerzego. Ulicami płyną potoki wody,
momentami nawet spadają płatki śniegu. Takiej pogody nikt się tu chyba nie
spodziewał. W cerkwi jest niezwykła rzecz, a mianowicie podłogowa mozaika,
tzw. mapa z Madaby. To najstarsza mapa Ziemi Świętej. W salce wisi na ścianie
jej kopia i pilotka ze szczegółami o niej opowiada. W końcu idziemy zobaczyć
ją na własne oczy. Robi wrażenie, choć jak zwykle - ciężko zrobić dobre
zdjęcie, bo każdy się pcha. Na szczęście Mizar załatwia możliwość by nasze
autokary podjechały bliżej świątyni i marsz w ulewie ograniczyć do minimum. Z
ulgą wracamy do autokaru.


Ruszamy już prosto do Ammanu. Stolica kraju leży na licznych wzgórzach, na
wysokości 600-800 m n.p.m. co wyraźnie kontrastuje z rowem tektonicznym, który
wypełnia Dolina Jordanu i Morze Martwe. To największa depresja na Ziemi, ma
440 m p.p.m. więc na niewielkim odcinku przewyższenie sięga ponad kilometra.
Miasto jest duże, ma ponad 4 miliony mieszkańców, choć spora ich część
przybyła w ostatnich latach jako uchodźcy z sąsiednich, ogarniętych wojnami
krajów. Są to jednak w większości ludzie przedsiębiorczy, często bogaci, którzy
po prostu zwinęli swoje biznesy z Iraku czy Syrii i przenieśli się do Ammanu.
W mieście są różne dzielnice, ale dominuje niezbyt wysoka, kilkupiętrowa
zabudowa, jedynie w centrum są wyższe budynki, ale też mała ilość, to jednak
nie Dubaj. Miasto z powodu trudnych warunków geologicznych nie ma metra ani
tramwajów, podstawą transportu publicznego są autobusy. Nasz hotel jest
względnie blisko ścisłego centrum. Ruch panuje tu duży, jak w każdym dużym
mieście.
Pokój jaki mamy jest najgorszy jak do tej pory, ale w sumie bardzo narzekać
nie możemy. Tylko okna są strasznie krzywe i nieszczelne, więc jest tu bardzo
zimno, a przemokniecie w ciągu dnia mocno nas wychłodziło. Udaje się jednak
uruchomić klimatyzator by grzał, szparę w oknie zatykamy jednym z ręczników.
Jakoś damy radę. Kolacja jest za to najlepsza jak dotąd, choć ilość potraw nie
powala, to są jednak wreszcie jakieś kofty i inna forma kurczaka niż oderwane
skrzydełka i nóżki - delikatne fragmenty w całkiem niezłym sosie. Są też
jakieś ryby, ale totalnie bez smaku.
Rano pobudka wcześnie. Idziemy na śniadanie gdy tylko otwierają stołówkę, bo
jest ona niewielka, więc i tak wszyscy naraz się tu nie zmieszczą. Dziś
jedziemy na wschód, na pustynię Arabską, zobaczyć kilka dawnych budowli
zwanych zamkami z piasku. Pogoda nieco lepsza, nie pada już, ale nadal jest
mocno chłodno. Jazda to ponad godzinę, więc nieco podsypiamy. Po prawej
stronie widać duże obozy dla uchodźców. No cóż... rzędy baraków na pustyni,
przypomina mi to nieco inne obozy, gdzie też stłaczano ludzi. A dalej jakaś
duża baza lotnicza, widać hangary i stojące na myśliwce. Jordania choć nie ma
ani ropy, ani specjalnych surowców, ma jednak nowoczesną, dobrze wyposażoną i
dość liczną armię, niewiele mniejszą od polskiej. Tu jest też spora oaza na
pustyni, pojawia się bogata roślinność. Ulokowało to się miasto Al-Azrak.
Zatrzymujemy się przy tablicach wskazujących dokąd prowadzą drogi - do Iraku i
Arabii Saudyjskiej. Kawałek dalej ruiny pierwszego z zamków z piasku. Trochę
murów, trochę pomieszczeń. Nie jest to takie jak sobie wyobrażaliśmy, może
dlatego, że zamek wcale nie jest na pustyni, a niemal w środku miasta? Robimy
nieco zdjęć, ale szybko wracamy do autokaru.




Teraz już niejako wracamy w stronę Ammanu, tylko inną drogą. Po dłuższej
chwili jazdy stajemy przy budowli, która wygląda rzeczywiście jak zamek z
piasku... albo zameczek? Nazywa się Kasr Amra. Jest malutka, jakoś inaczej ją
sobie wyobrażałem. Pochodzi z czasów rzymskich, można ją obejść i
obfotografować z każdej strony w kilka minut. No ale tym razem stoi
rzeczywiście pośrodku niczego. Aczkolwiek sklep z pamiątkami jest, w nim
większość obowiązkowo coś kupuje, co trwa dłużej niż oglądanie zabytku.
Chwila jazdy i kolejny zamek, Qasr Al-Kharenah, tym razem znacznie bardziej
okazały i robiący największe wrażenie. Też pośrodku niczego, ale mury są
okazałe, dobrze zachowane, a i w środku jest sporo dawnych pomieszczeń, gdzie
co prawda nie ma nic, ale i tak przy ostrych cieniach ładnie się prezentują.
Kierujemy się na Amman, a potem do miasta Dżarasz. To długi odcinek jazdy,
pilotka opowiada o obyczajowym życiu Arabów, o aranżowanych małżeństwach i o
ich problemach osobistych. W kraju takiej kultury życie miłosne wydaje się
trudne, ale myślę, że z naszego, europejskiego punktu widzenia. Oni w tym
wyrośli, jest tu tak od zawsze, a takie życie dla wielu kobiet jest jednak
wygodne, gdy nie muszą pracować, a mąż pracuje całe dnie by je utrzymać.
Oczywiście jest tu spora grupa kobiet dążących do wiedzy, pracujących i w tym
kraju nie mają z tym problemów, ale i tak nie zmienia to ogólnego obrazu.
Przejeżdżamy jakoś bokiem przez Amman, kierujemy się na północ. Są tu wysokie
wzgórza, pojawiają się jakieś drzewa, nawet coś w rodzaju lasów. Przejeżdżamy
mostem nad jakąś niewielką, ale stałą rzeką. Oczywiście przed Dżarasz mamy
mieć godzinny postój na obiad. Jedynym wyborem jest kosztujący ponad 20 USD od
osoby otwarty bufet, czyli coś w rodzaju naszych śniadań i obiadokolacji.
Większość to zamawia u przewodniczki. Rzecz jasna, restauracja przypadkowa nie
jest, tylko ma jakąś umowę z biurem. Jednak jak patrzymy, część osób nie
bierze obiadu i podobnie jak my czeka tą godzinę na zewnątrz, nudząc się
strasznie. Jest tu pan, który w tradycyjnym piecu wypieka chlebki pita w
ciekawy sposób. Na koniec dostajemy po kawałku, więc jest co przegryźć. Co
prawda o wiele lepiej by było, gdybyśmy nie stawali pod miastem, a w nim i
mogli sami sobie gdzieś pójść, gdzie by nam pasowało. A nie jedyny słuszny typ
posiłku w z góry zaplanowanym miejscu.
Wreszcie ruszamy i po krótkiej chwili dojeżdżamy pod ogromny kompleks ruin
pochodzących z czasów rzymskich. Wybudowane najprawdopodobniej przez
Aleksandra Wielkiego, w starożytności zwane jako Geraza, zostało zniszczone
przez silne trzęsienie ziemi w roku 749 n.e. Ruiny odkryto dopiero w XIX
wieku, a to co obecnie zwiedzamy to park archeologiczny, dość mocno
zrewitalizowany. Muszę przyznać, że robi on duże wrażenie. Przechodzimy przez
hipodrom, przez wielki plac z kolumnami wokół - forum owalne. Idziemy jedną z
monumentalnych ulic i mijamy kilka świątyń, dochodząc w końcu na okazałej
świątyni Artemidy. Są tu również ruiny kościołów chrześcijańskich. Wracamy w
końcu na południe, kierując się do wielkiego amfiteatru, obok którego rosną
drzewa pieprzowe. Co ciekawe, gra tu jakaś grupa, niby dawną muzykę ale... na
dudach, niczym na jakimś szkockim zamku. Wspinamy się na górę po stromych
schodach. Oboje stwierdzamy, że z atrakcji dzisiejszego dnia ta była
zdecydowanie najciekawsza. Powoli wracamy do autokaru i tu wreszcie na jakimś
straganie z pamiątkami, kupujemy pierwszą rzecz na tym wyjeździe, zresztą
targując cenę za lodówkowy magnes z trzech dinarów na jeden. Wszystkie
oczywiście wytworzono w Państwie Środka i są zazwyczaj dość tandetne.










Kierujemy się już do Ammanu, po drodze robiąc niby przypadkowy postój przy
sklepie sprzedającym jakieś ręcznie wyrabiane soki. Przypadkowo też wszyscy
robią tam spore zakupy, w tym nasza pilotka i nawet kierowca autobusu. No cóż,
rozumiem jak działają takie układy i w sumie ok, czemu ktoś zaprzyjaźniony nie
ma sobie zarobić, ale czemu te postoje trwają po 20-30 minut? Jedynym plusem
jest widok w dole na jakieś sztuczne jezioro.

W końcu Amman. O tej
godzinie miasto jest zakorkowane, ale pilotka mówi, że prawdziwe korki zaczną
się jutro. Muzułmanie uznają za wolne piątek i sobotę, a niedziela to już
zwykły dzień. Dlatego jutro mamy nastawić się na wczesną pobudkę. Znajdujemy
na mapie, w okolicy hotelu jakiś większy supermarket sieci Safeway. Idziemy
tam, to kilka minut piechotą. Jednak okazuje się, że plecaki trzeba zostawić w
depozycie, a trochę mi się nie uśmiecha taka opcja, mamy w nich choćby aparaty
i kilka cennych rzeczy. Ja więc czekam, a Ewa robi zakupy - wodę, chrupki i
coś słodkiego. Okazuje się, że ceny w markecie są nawet 10x niższe niż w
małych sklepach i spore zakupy wyniosły nas kilka dinarów. Przy hotelu jest
też sklep z alkoholem, więc postanawiamy kupić sobie butelkę jakiegoś
jordańskiego wina. Nie jest szczególnie dobre, no ale warto było spróbować
Rano wstajemy o godzinie 6, długo przed wschodem słońca. Szybkie i znów
niejadalne śniadanie, pakowanie walizek, bo dziś opuszczamy hotel. Potem
pakowanie się do autokaru, które zajmuje chwilę, ale w końcu ruszamy. Nie ma
rzeczywiście jeszcze korków, dopiero się rozwidnia. Jazdy też nie ma wiele, bo
docieramy na szczyt jednego ze wzgórz, na którym są również kompleksy
rzymskich ruin. Podobne jak wczoraj w Dżarasz, ale o wiele skromniejsze. Jest
tu również muzeum, ale to takie dość proste wystawy różnych dawnych naczyń,
narzędzi rzeźb itp. Nic specjalnego. Jakoś mnie to miejsce nie porywa, poza
tym, że roztaczają się stąd wspaniałe widoki na okoliczne wzgórza i gęstą
zabudowę Ammanu. Jak wyjaśnia pilotka, jest to dzielnica zamieszkiwana głównie
przez Palestyńczyków. Po dobrej godzinie wracamy do autokaru.









Jazdy mamy dosłownie kilka minut, po prostu zjeżdżamy na dół wzgórza, gdzie
jest monumentalny amfiteatr, największy z dotąd widzianych. Wchodzimy na górę
stromymi schodkami, robimy nieco zdjęć. Dość dziwnie wygląda taka antyczna
budowla otoczona współczesnymi, zapuszczonymi domami. Na dole jest jeszcze
muzeum, które okazuje się bardzo ciekawe - są tu stroje, tkaniny, dawna broń
itp. Niestety, na to miejsce dostaliśmy jakoś mało czasu, więc jeszcze tylko
biegiem do małego odeonu i potem szybko do autokaru, bo już musimy jechać. Mam
wrażenie, że czasem więcej czasu spędzaliśmy w sklepach z pamiątkami niż w
tym, naprawdę ciekawym miejscu.




Teraz ulice korkują się już mocno, autokar pełznie, a ja patrzę z ciekawością
na coś co pilotka określa jako "Chinatown", bo wszystkim się tu handluje, jest
dość obskurnie, ale kolorowo. To właśnie centrum tej palestyńskiej dzielnicy.
Zauważam nawet... sklep z bronią. Widzę jakieś strzelby i karabiny. Ciekawe w
sumie jak wygląda sprawa posiadania broni palnej przez cywila w Jordanii (jak
po powrocie doczytałem - ukończone 21 lat, obywatelstwo jordańskie,
niekaralność i pozwolenie, choć nie wiem dokładnie jak się je wydaje; w kraju
jest duży problem z bronią nielegalną i niezarejestrowaną, ale taka uroda tego
rejonu świata).
W końcu wyjeżdżamy z Ammanu i kierujemy się na zachód, w kierunku rowu
tektonicznego, na którego dnie leży Morze Martwe i gdzie płynie rzeka Jordan.
To może 30 km jazdy, ale spadek terenu jest ogromny, jedzie się non-stop w
dół. W pewnym momencie mijamy tablicę z napisem "sea level". Czyli teraz już
oficjalnie jesteśmy w depresji, pod poziomem morza. A końca zjazdu nie widać.
Co ciekawe, w Ammanie było maksymalnie 12 stopni, a tu jest już 25. Nad samym
Morzem Martwym, 440 metrów poniżej poziomu morza będzie najcieplej. Będzie tam
też najwyższe średnie ciśnienie powietrza na świecie, wynoszące 1063 hPa. To
podobno dobrze wpływa na niektóre schorzenia i mikroklimat i powietrze
przesycone solą mają działanie lecznicze.
Docieramy wreszcie do miejsca, gdzie robi się płasko. Kierujemy się do strefy
nadgranicznej z Izraelem, a właściwie Zachodnim Brzegiem Jordanu, czyli
częścią Autonomii Palestyńskiej. Jak wiadomo, rejon od zawsze zapalny,
niebezpieczny, ale jednocześnie święty dla wyznawców wszystkich religii. Aby
umożliwić pielgrzymki do miejsc świętych nawet Izrael musiał poczynić jakieś
ustępstwa. Jednak wjeżdżając od strony Jordanii i tak trzeba mieć specjalne
pozwolenie, które Mizar załatwia na wojskowym posterunku. Trwa to dłuższą
chwilę, a i tak musimy wrócić, bo czegoś tam nie dopatrzono.
Od parkingu prowadzi niby Agnieszka, ale Mizar prosi nas, byśmy trzymali się w
kupie, by nikt nie zostawał z tyłu. Strefa nadgraniczna, po obu stronach co
chwila uzbrojone wojsko, pewnie wszędzie kamery i drony nad głowami. Po prostu
podstawowe zasady by nie robić nic głupiego i tyle. Idziemy do miejsca, gdzie
Jezus był ochrzczony przez zanurzenie w rzece Jordan. Jest tu coś w rodzaju
ścieżki edukacyjnej z kilkoma stacjami. Nad samym Jordanem stoi ciekawa
cerkiew.

Rzeka Jordan okazuje się rozczarowująco mała. Ma szerokość kilkunastu metrów.
Jest tu zejście do wody, gdzie pielgrzymi mogą zanurzyć rękę czy stopę. Mniej
więcej pięć metrów dalej kończy się dozwolony obszar, wyznaczony bojkami.
Podobnie jest z drugiej strony, z brzegu należącego do Izraela, gdzie też jest
sporo ludzi. A obie wyznaczone strefy oddziela jakieś pięć metrów "wody
niczyjej". Rzeka jest ponadto całkowicie żółta i zamulona. Kiedyś była
szersza, ale wraz z zajęciem przez Izrael Wzgórz Golan i pobudowaniu tam
wodociągów, w rzece zaczęło brakować wody. Przypomina mi się historia Morza
Aralskiego, które wyschło z powodu zabierania wody z Syr-Darii i Amu-Darii w
celu nawadniania plantacji bawełny. Rzeki zamieniły się w błotniste ścieki, a
ogromne jezioro wyschło. Tu jest podobnie - Jordan wysycha, a poziom Morza
Martwego opada o około metr rocznie!


Znów trzymamy się w kupie, Mizar dwa razy liczy wszystkich i wracamy na
parking do autokaru. Teraz atrakcja, na którą czekali chyba wszyscy - jedziemy
nad samo Morze Martwe gdzie mamy zaplanowane plażowanie i kąpiel w tym
niezwykłym zbiorniku. Jest to jedno z najsilniej zasolonych jezior świata,
przewyższa je tylko niewielkie jezioro Patience w Kanadzie, jezioro Lac Retba
w Senegalu (które zresztą Ewa miała okazję oglądać i wykąpać się w nim), jezioro Assal w Dżibutti
i jezioro Don Juan na Antarktydzie. Morze Martwe jest jednak o wiele większe i
znacznie bardziej znane, w dodatku leży w najgłębszej depresji świata i jest
łatwo dostępne. Zasolenie wynika z pokładów soli zalegających jego dno. Na
powierzchni jest to ponad 22%, ale w głębinach nawet 36%, więc są to stężenia
śmiertelne dla niemal wszystkich organizmów żywych. Co więcej, w wyniku
opadania poziomu, stężenie soli rośnie. W jeziorze można znaleźć pływające
słupy solne. Pływanie w tak słonej wodzie nie wymaga niczego - wypór jest tak
silny, że można siedzieć na powierzchni, zanurzając się tylko trochę. Tak
zresztą turyści robią sobie zdjęcia - siedząc w wodzie i czytając gazetę czy
książkę.
Nie będziemy kąpać się na dziko, jedziemy do jakiegoś hotelu, który posiada
ileś basenów, SPA i innych głupot. Można się normalnie przebrać, a po kąpieli
umyć z soli. Przeraża nas nieco czas jaki mamy do dyspozycji - aż 2,5 godziny.
Na kąpiel trwającą 15 minut? Co robić z resztą? Nie pójdziemy moczyć się w
basenie, to jest totalnie nie w naszym stylu podróżowania i wypoczynku,
wszelkie takie all inclusive irytują nas strasznie.
Gdy schodzimy nad brzeg wygląda to jeszcze znośnie. Gorzej gdy jesteśmy
blisko. Miny rzedną nam, ale też i innym osobom z naszej grupy. To co
prezentuje sobą "plaża" i "kąpielisko" tego wspaniałego hotelu to jest syf
jakich mało. Trudno mi byłoby w Polsce znaleźć brudniejszą plażę, nie wiem,
może w jakimś starym, dawno opuszczonym ośrodku nad sztucznym zalewem gdzie
spuszczane są ścieki. Pełno tu gałęzi, śmieci, styropianu, woda to zatęchły
żur. Wygląda to skrajnie odpychająco. Ale już kawałek dalej jest nieco
znośniej, kilka osób idzie tam. Oczywiście od razu leci do nich Arab pełniący
rolę ratownika. Tłumaczy że tu nie wolno, tylko tam gdzie te śmieci. Ludzie
olewają go zupełnie, więc bezradny staje i pilnuje, choć jedyne ratownicze
narzędzie jakie ma to gwizdek.




No cóż, trzeba to trzeba, choćby to był syf. Przebieramy się i najpierw ja, a
potem Ewa wchodzimy do wody. Jest ciepła, dziwnie aksamitna w dotyku (pewnie
dlatego, że wody w niej jest 78%, reszta to sól). Kładziemy się na plecach. No
rzeczywiście, wyrzuca na powierzchnię jak korek, można siąść, stopy i tak co
chwila lecą do góry same z siebie. Na brzuchu pływać ciężko, każdy ruch
ramionami, to wyrzucenie nóg w górę, a zarazem wylądowanie twarzą w tej
solance, co nie jest przyjemne. Mi starczy kilka minut kąpieli. Wychodzę na
brzeg, robię Ewuni kilka zdjęć, ale najpierw dokładnie wycieram ręce. Nie chcę
by jej aparat zeżarła sól. Potem idę opłukać się pod pobliskie prysznice. Są
tak samo tandetne jak kąpielisko - odpadają z nich kurki, z połowy nie leci
woda. Zbieramy się i idziemy nieco wyżej, gdzie są normalne łazienki. Tu już
myjemy się dokładnie, z użyciem dużych ilości wody i mydła.
Czasu zostało nam niemal 1,5 godziny, nie mając już nic lepszego do roboty
idziemy do hotelowej restauracji. I co ciekawe - ceny są naprawdę bardzo
przystępne, mają tu normalne (a nie oszukane) piwo i normalne, europejskie
jedzenie. Bierzemy pizzę i fish & chips. Jezu, jakie to dobre po kilku
dniach jedzenia humusu na przemian z kurczakiem i jajkami! Najlepszy posiłek
na całym wyjeździe, nie ma dwóch zdań.
Pakujemy się do autokaru i ruszamy na południe. Czekają nas około cztery godziny
jazdy do Akaby. Najpierw jedziemy jakieś 100 m powyżej brzegu Morza Martwego.
Są tu ośrodki pozyskana soli sodowych i potasowych z jego wód, widoki na góry
i samo jezioro są bardzo ciekawe. Gdy Morze Martwe się kończy, zaczynają się
tereny uprawowe. Ale gdy wyjeżdżamy wyżej - znów pustynia. Na stacji robimy
krótki postój na rozprostowanie kości. Słońce zachodzi, widoki są bardzo
ładne. Jakiś lokalny, bardzo przyjacielski pies zawiera ze mną znajomość i
doprasza się o głaskanie po brzuchu.
Jeszcze dobra godzina jazdy. Jutro jest już dzień wolny, każdy robi co chce,
ale oczywiście biuro zapewnia możliwość czy to rejsu statkiem do rafy
koralowej, czy to wejścia na płatne plaże. Część ludzi to wykupuje, część się
nie odzywa. My mamy swój plan spaceru po Akabie, żadne plaże czy rejsy nas nie
interesują.
W końcu Akaba, ten sam hotel co poprzednio, ale tym razem inny, o wiele gorszy
pokój. No nic, jakoś to przetrwamy, ostatnie dwie noce. Ta sama niejadalna
kolacja, ale po tak dobrym obiedzie jemy już tylko troszkę. Mając jeszcze
kilka dinarów do wydania kupujemy znów butelkę wina na wieczór. Przed północą
znów idę na dach hotelu polować na to, co próbowałem pierwszego dnia. Tym
razem dokumentacja fotograficzna Kanopusa wychodzi o wiele lepiej, jestem
zadowolony.
(na górnym zdjęciu Kanopus widoczny jest na samym dole, w środku kadru gwiazdozbiór Wielkiego Psa i Syriusz, najjaśniejsza gwiazda nieba, a na górze gwiazdozbiór Oriona)
Rano wstajemy bez pośpiechu, ale na miasto chcemy wybrać się wcześnie, zanim
pojawi się upał. Śpiewy z meczetów jakoś nie budzą, Ewunia i tak ma swój
wewnętrzny budzik, który każe jej wstawać przed świtem. O 8 rano ruszamy i
kierujemy się na północ. Fotografujemy kilka meczetów i kościołów, jakieś
murale, idziemy na zakupy do Safewaya, nad samo morze. Zwiedzamy trochę miasto, ale około
południa upał robi się nie do zniesienia. Idziemy jeszcze do McDonalda,
spróbować lokalnych dań w tej sieciówce. Porcje są o wiele większe niż w
Europie. Idziemy jeszcze na suk, kupując ostatnie upominki dla dzieci.








Popołudnie spędzamy już w pokoju przeglądając zdjęcia, podsumowując wyjazd,
pijąc kolejne wino i generalnie miło razem spędzając czas. Martwi nas tylko
fakt, że jutro musimy wymeldować się do 10:30, a wyjazd na lotnisko mamy około
12. Co będziemy robić w tym czasie? Po cichu martwi mnie też fakt, że w Iranie
źle się dzieje, a USA grożą interwencją militarną. Jeśli dołączyłby się
Izrael, to istnieje możliwość zamknięcia przestrzeni powietrznej Jordanii...
mam nadzieję, że nic się jednak nie wydarzy do jutra.
Rano idziemy po śniadaniu na spacer, do fortu w południowej części miasta.
Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Miejsce jest bardzo ciekawe i nie ma tu
jeszcze nikogo. Widoki na Morze Czerwone są bardzo ładne. Po powrocie do
hotelu musimy rzeczywiście opuścić pokoje, obsługa już czeka pod drzwiami by
posprzątać. Na dole kłębią się grupy z czterech autokarów. Jedna grupa miała
podobną objazdówkę jak my i często gdzieś w trasie się spotykaliśmy. Ale
pozostałe dwie grupy miały znacznie bardziej stacjonarną formę pobytu. Nie ma
szans wytrzymać w tym tłumie, zostawiamy walizki i idziemy na spacer i do
McDonalda.






W końcu pora zapakować się i ruszyć na lotnisko. Jakaś kontrola przed
wyjechaniem z miasta, a na samym lotnisku dość osobliwa odprawa. Najpierw taka
pobieżna kontrola paszportów i znów ręczne przepuszczanie wszystkich bagaży
przez skaner. Co i rusz walizki są otwierane i ludzie dowiadują się że to nie
może być wiezione w podręcznym, a tamto w ogóle zabrane itp. Oczywiście nam
każą wyjąć aparaty, znów oglądają teleobiektywy i znów robią im zdjęcia z
naszymi paszportami. Potem wreszcie nadanie bagaży. Potem kontrola
paszportowa, taka prawdziwa. Potem kontrola bezpieczeństwa. I co? I znów
oglądanie aparatów i fotografowanie ich wraz z paszportami... przez tego
samego człowieka. Po co? Wyjeżdżamy, rozumiem, gdy taki obiektyw wwożę, to
jestem podejrzany, ale jak go wywożę? I po co robić to dwa razy w odstępie
paru minut. Co miałem zrobić w międzyczasie, zapiąć jakiś inny potajemnie?
Oczywiście totalnie nie interesują ich potencjalne szpiegowskie zdjęcia które
mogliśmy zrobić, a jedynie fakt posiadania długich obiektywów. Dziwaczna
sytuacja.
Oczekujemy około godziny, ale jest to chyba jedyny lot tego dnia z Akaby. Na
pokład ładujemy się sprawnie, piloci startują dobre pół godziny przed czasem.
Niestety, tym razem oboje nie możemy usnąć, lot dłuży się strasznie. W końcu
upragnione zniżanie już po zachodzie słońca, przebijamy warstwę chmur i...
ponura mokra i zimna mgła w Pyrzowicach, ograniczająca widoczność do 200 m.
Dotarcie do terminala trwa sprawnie, odprawę paszportową przechodzimy jako
jedni z pierwszych. No i co z tego. Moja walizka pojawia się od razu. A na
walizkę Ewy czekamy z pół godziny. Ale w końcu możemy wyjść.
Chwila na odnalezienie busa, chwila jazdy na parking. Odkopanie samochodu ze
śniegu. No i jazda do domu, w tych warunkach dobra godzina. Jesteśmy strasznie
zmęczeni, ale też oboje chcemy coś dobrego zjeść. Ewunia staje na wysokości
zadania jak zawsze, żadne arabskie specjały nie mają startu do tego co ona
potrafi ugotować właściwie z niczego. Ale to niewiele daje, nawet rozmowa nam
się nie klei, a rano trzeba wstać do pracy. O 21 kładziemy się spać.
Rano żegnamy się, Ewa jedzie do pracy a ja ruszam w drogę powrotną do
Warszawy. Jedzie się nieźle, ale blisko stolicy dopada mnie straszna śnieżyca.
Po południu i ja idę do pracy.
Wyjazd okazał się ciekawym przeżyciem. Pierwszy raz odwiedziłem kraj
muzułmański. Mało ortodoksyjny, tolerancyjny i ciekawy zarówno przyrodniczo
jak i jeśli chodzi o zabytki. Ewunia uważała że mi się spodoba i owszem,
spodobało mi się, dałbym 7,5/10. Miejsca takie jak Wadi-Rum czy Petra są
niesamowite. Ale podobał mi się tez bardzo Dżarasz i Amman. Zaskoczyło mnie
to, ale miejsca święte też zrobiły duże wrażenie, choć jestem osobą
niewierzącą. Mają jednak w sobie jakąś historię i magię. Mieliśmy świetną
pilotkę z ogromną wiedzą. A co mi się nie podobało? Arabowie - ich dziwaczna
służalczość w hotelach, natrętność w miejscach gdzie oferowali jakieś usługi
lub chcieli wcisnąć mi cokolwiek. To że z jednej strony są zadbane miasta, a z
drugiej miejsca wyglądające gorzej niż w Afryce równikowej, gdzie śmieci
wywala się pod własne okno, a nieczystości wylewa na ulicę. I takie poczucie,
że gdyby nie to, że mają bogatego króla, który mocno ten kraj prowadzi w dobrą
stronę, że będąc pod panowaniami różnych imperiów siłą rzeczy coś od nich
nabyli, to gdyby nie to wszystko, to by nadal jeździli po pustyni na
wielbłądach. Zresztą - spora część populacji wiedzie życie nomadów do teraz.
Tak jakby w ogóle ominął ich rozwój cywilizacji. Jak miasto Geraza zniszczyło
trzęsienie ziemi 1300 lat temu, tak do XX wieku nikt palcem nie kiwnął by
cokolwiek tam odbudować. A druga rzecz - hotelowe jedzenie. Mam dość
jakiejkolwiek potrawy z tego rejonu świata na długo.
Czy jednak
Jordanię polecam? Tak i to zdecydowanie! A jak ktoś lubi kraje arabskie i ich
kulturę, to zapewne odbierze ją jeszcze bardziej pozytywnie niż ja.