Dysponujemy wolnym weekendem, pogoda zapowiada się bardzo dobrze. Mamy dużo zaplanowanej pracy przy domu, ale rano w sobotę rzucam propozycję, by wykorzystać taki dzień i zrobić samochodowy wypad do zachodniej Słowacji. Ewa ma w zanadrzu dziesiątki ciekawostek u południowych sąsiadów właśnie z myślą o takich spontanicznych wypadach. Długo namawiać nie muszę, szybko zbieramy się i ruszamy.
Jedziemy na południe nowo otwartym odcinkiem drogi ekspresowej S1 do Bielska-Białej. Muszę uczciwie przyznać, że bardzo to skraca czas dojazdu do stolicy Podbeskidzia. Po kilkunastu minutach mijamy węzeł Hałcnów i już po wcześniej istniejącej S1 kierujemy się dalej na południe, w stronę Żywca. Tu postanawiamy na chwilę zatrzymać się w restauracji pod złotymi łukami i kupić coś, co pozwoli się najeść na tyle, że dotrwamy do planowanego na drogę powrotną obiadu.
Za Żywcem droga zaczyna wyraźnie piąć się w górę. Do niedawna S1 nie istniała tu w obecnej formie - teraz prowadzi wysokimi wiaduktami nad Węgierską Górką, a także przebija się kilkoma tunelami. Przyznam, że droga jest bardzo malownicza. Docieramy wkrótce do granicy, ale tu niespodzianka, droga D3 jest płatna. Jako że i tak już na nią wjechaliśmy, proszę Ewunię, by kupiła przez internet jednodniową winietę. Co prawda kosztuje ona ok. 40 zł, ale teraz już i tak nie było wyboru, za to możemy znacznie szybciej osiągnąć nasze cele.
Droga D3 jednak dość szybko z dwupasmowej robi się jednopasmowa, a do tego to zwykła droga - ze skrzyżowaniami i dużymi ograniczeniami prędkości. Bez sensu, że płaci się dosłownie za kilka kilometrów do granicy. Mijamy Kysucké Nové Mesto - taką wręcz książkową "Czechosłowację" jak ja to określam. Jakieś dawne, rozpadające się fabryki, kominy, osiedle pstrokatych panelaków, czyli bloków z wielkiej płyty, a to wszystko w otoczeniu pięknych gór. Tworzy się tu mały korek, jedziemy wolno i ze zdziwieniem obserwujemy jelenie skubiące trawę tuż przy drodze. Tak jakby miasto i ruch nie istniały.
Kierujemy się na Żylinę i wkrótce docieramy do tego sporego jak na słowackie warunki miasta. Nie ma tu niczego pięknego, przynajmniej przy drodze nie widać żadnych atrakcji. Gdzieś się gubimy, zjazdy nie są wcale jakoś normalnie oznaczone. Ale w końcu wyjeżdżamy i jedziemy jeszcze dalej na południe. Po kilkunastu kilometrach skręcamy w prawo, w zupełnie lokalną drogę. Jeszcze jakieś 10 km i jesteśmy przy pierwszym celu naszej wycieczki. To wieś Čičmany. Znana jest z niezwykłych ornamentowych zdobień na drewnianych domach, wykonywanych tradycyjnie białym wapnem i to już od kilkuset lat, a sztuki tej nauczyli mieszkańców bułgarscy osadnicy.
Wieś nie jest typowym skansenem. Oprócz może 3-4 budynków które można zwiedzać, większość to prywatne domy. Co więcej, są tu również domy zwykłe, niezdobione. Nieco szkoda, że Čičmany nie mają jednolitego charakteru, no ale to żywa wieś, również ośrodek narciarski, a nie tylko skansen. Obchodzimy całość, co zajmuje nam niecałą godzinę.
Pora ruszać dalej. Musimy cofnąć się do miasta Rajec i skierować się na zachód. droga jest dość kręta i prowadzi przez niewysokie góry, gdzie jest sporo skał i jakieś kamieniołomy. Mijamy Powaską Bystrzycę, dość spore miasteczko i kierujemy się na Żylinę. Ładnie widać na wysokiej skale ruiny zamku Powaskiego.
Teren robi się bardziej płaski, po dalszych kilkunastu kilometrach skręcamy ostro w prawo. Jeszcze chwila i dojeżdżamy do bardzo ładnego i ciekawego miejsca. To Súľovské skaly, rezerwat przyrody i bardzo atrakcyjne miejsce turystyczne. Przy parkingu zaczyna się wiele szlaków, którymi można wędrować po okolicy, najeżonej skalnymi turniami i iglicami. Jest to również rejon udostępniony dla wspinaczy. My jednak nie chcemy chodzić po górach, nie mieliśmy tego w planie. Chcemy tylko zobaczyć Wąwóz Sulowski (Súľovská tiesňava), którym przebiega tutaj droga. Okolica jest arcyciekawa i z pewnością warto tu będzie wrócić i nieco szerzej poeksplorować.
Wracamy do głównej drogi i kierujemy się do niezbyt odległego miasteczka Bytča. Jest tu kilka ciekawych budynków, a ponadto przez główny plac przebiega kanał, więc bywa to zwane "małym Amsterdamem". Parkujemy w pobliżu starej, zapuszczonej synagogi. Rzeczywiście, jest tu kanał, wzdłuż którego docieramy na plac główny. Porównanie z Amsterdamem jest mocno na wyrost, no ale to Słowacja i mała mieścina, nie spodziewajmy się cudów. Idziemy jeszcze do całkiem ciekawego pałacu ślubów, obok którego jest niewielki, ale bardzo dobrze zachowany zamek.
Ruszamy ekspresową drogą w stronę Żyliny. Jedzie się szybko, teraz już zupełnie omijamy miasto. W pewnym momencie przed nami wspaniale ukazują się ośnieżone szczyty Małej Fatry, widać Wielki Krywań i Wielki Rozsutec. Ewie udaje się na szybko zrobić jakieś zdjęcie.
Drogą D3 docieramy do miasteczka Krásno nad Kysucou, gdzie skręcamy w lokalną drogę prowadzącą na wschód, w stronę Małej Fatry. Kilkanaście kilometrów jazdy i zatrzymujemy się w Starej Bystricy, Są tu ciekawie zaprojektowane budynki, które chcieliśmy zobaczyć. Jako że odczuwamy już głód, a obiecałem typowy słowacki obiad, czyli smażony ser, to znajdujemy małą, lokalną knajpkę. Atmosfera jest niemal domowa. Ser jest bardzo dobry, ziemniaki tak samo. Warto było tu się zatrzymać na posiłek.
Wracamy do drogi D3 i jedziemy już prosto do Polski. Serią wiaduktów docieramy do granicy, po której minięciu zaczyna się kilkunastokilometrowy zjazd przez Węgierską Górkę do Żywca. Potem jeszcze niecała godzina starym i nowym odcinkiem S1 i docieramy do domu.
Spontaniczna wycieczka okazała się bardzo ciekawa, zobaczyliśmy miejsca nietypowe, nieznane nam wcześniej, zjedliśmy dobry obiad. Pomysł na takie drobne wypady jest doskonały, Ewa ma tak pokaźną listę ciekawych celów, że starczy na kilka lat.






















