niedziela, 7 lipca 2024

Letnia wycieczka na Skrzyczne

Jeden z nielicznych wolnych weekendów tego lata spędzam u Ewuni. Obecnie ma ona dużo nauki przed bardzo ważnym egzaminem, więc by nie przeszkadzać jej zbytnio, postanawiam połowę niedzieli wykorzystać na wycieczkę w niezbyt odległy Beskid Śląski. A przy okazji, nieco rozruszać dwóch przedstawicieli młodszego pokolenia, którzy nudzą się w wakacje. Pierwotnie mieliśmy jechać w sobotę, ale upał jest potworny. Na niedzielę zapowiada się duże ochłodzenie - zdecydowanie lepsze warunki. Ustalamy, że pójdziemy na Skrzyczne, najwyższy szczyt w Beskidzie Śląskim. 

Rano ruszamy i po 45 min. jazdy docieramy do Szczyrku. Nie chcę jechać do centrum miasteczka, więc parkuję przy kościele w Buczkowicach. Tu zresztą zaczyna się jeden ze szlaków na Skrzyczne. Niestety, sama góra chowa się w chmurach. Jest jednak szansa, że się przejaśni nieco później. O 9 rano tłumów nie ma, na szlak ruszamy w zasadzie sami. Jest to miejscami szutrowa droga, a miejscami wąska ścieżka w lesie. Wznosimy się jednak cały czas. W końcu odsłania się ciekawy widok na Kotlinę Żywiecką, zamkniętą masywami Babiej Góry i Pilska.

Po chwili przerwy ruszamy dalej. Z oddali słychać dźwięki crossowych motocykli i quadów, mam nadzieję, że nie zderzymy się z nimi. Na szczęście udaje się tego uniknąć, ale mija nas kilku rowerzystów górskich. Jak dotąd idealnie, bo nie spotkaliśmy na szlaku właściwie nikogo. Na przełęczy za Skalitem robimy kolejną małą przerwę. Odsłania się stąd widok na Szczyrk. A dosłownie kilkaset metrów dalej, po stromym podejściu - z lewej strony ukazuje się Jezioro Żywieckie (opis mojego rowerowego wypadu wokół niego patrz tu)




Wyżej szlak znów zmienia się w szeroką drogę. Dochodzimy do miejsca, gdzie zaczyna się kopuła szczytowa Skrzycznego. Tu jest najbardziej stromo i szlak robi długie zakosy. Dochodzimy do poziomu chmur, więc szybko wszystko spowija mgła. Wychodzimy na narciarskie stoki, by znów wrócić do lasu.



Wreszcie finalne podejście. Po nieco ponad 2 godzinach od startu (gdy na tabliczce było 3 h 45 min) docieramy na szczyt Skrzycznego. No dobra, szczyt, bo jest tu górna stacja kolejki, obecnie zresztą będącej w remoncie. Ale gdzie jest najwyższy punkt? Gdzie jest charakterystyczna wieża telewizyjna? Widoczność najwyżej na 50 m, muszę posiłkować się mapą w telefonie.


Dostrzegamy kilka budynków, podstawę wieży, docieramy w końcu na główny szczyt. 1257 m n.p.m. - najwyższy punkt w Beskidzie Śląskim. Nawet należy do Korony Gór Polski. Widok pewnie byłby ciekawy, ale obecnie... szkoda gadać. Odpoczywamy dłuższą chwilę i posilamy się. 

Postanawiam, że zrobimy trasę w pętli i nieco ją urozmaicimy. Zejdziemy na Małe Skrzyczne i stamtąd stokami narciarskimi do Szczyrku. Odpuszczamy sobie już schronisko PTTK, bo to kilka minut w bok. Trasa na Małe Skrzyczne to raptem 1,5 kilometra, łatwa, szeroka droga. Pojawia się sporo rowerzystów na MTB, choć głównie elektrycznych MTB. Po 20 minutach marszu docieramy na Małe Skrzyczne. Nie widać nic, ale tu zaczynają się ekstremalne trasy zjazdowe dla rowerzystów. My schodzimy żółtym szlakiem, po stoku narciarskim. 


Po kilkuset metrach wreszcie wychodzimy z chmur. Idzie się lekko, choć muszę równać moją ekipę, bo jeden chce iść szybciej, a drugi wolniej. A tempo musimy dostosować dla wszystkich. Ja niosę plecak gdzie mam większość ekwipunku, więc też nie chcę jakoś gonić. No i musimy uważać na rowerzystów, bo kilkukrotnie przecinamy trasę zjazdową.



Niżej już idziemy pod kolejką. Dopiero teraz widzę, jak to jest sprytnie pomyślane. Kolejki narciarskie działają i w sezonie letnim, tylko wożą turystów i rowerzystów a nie narciarzy. Są tu wypożyczalnie sprzętu i każdy może spróbować sił. Pewnie stąd tyle e-bików. Rower wisi obok człowieka na zewnątrz gondoli. Bardzo fajny pomysł na podwyższenie atrakcyjności tego miejsca.


Poniżej stacji pośredniej i restauracji stok staje się bardziej stromy. Dolne kolejki są tu dwie, zbiegające się w jednym punkcie. My idziemy pod tą wschodnią, w stronę Szczyrku. Tu już szybko tracimy wysokość. Powoli czuję już zmęczenie, nieco bolą kolana. Znów muszę równać tempo ekipy.


Widok na Szczyrk jest bardzo ładny. W końcu długo wyczekiwana asfaltowa droga. Tu mała ciekawostka, bo na ławce siedzi sobie "pan menel" z piwkiem. Jednak na nasz widok pyta jak się nam szło i czy trasa ciężka. Na koniec podaje rękę życząc miłego dnia. Jak czasem pozory strasznie mylą... to że ktoś wygląda jak wygląda, wcale nie czyni go złym albo dobrym człowiekiem, a często zaskakuje. 


Odcinek asfaltu jest bardzo stromy. Nie wiem jakie to jest nachylenie, ale rowerem byłoby chyba niemożliwe tu podjechać. Nawet na nogach idzie się ciężko, bo trzeba mocno hamować mięśniami. W końcu jednak nieco bardziej płasko, a my docieramy do głównej drogi. Teraz czeka nas ponad 6 km marszu do samochodu. I co gorsza przez zatłoczone o tej godzinie centrum miasteczka. Z początku jest jednak dość pusto.


By jednak ominąć miejsca pełne turystów, skręcamy nad potok i idziemy deptakiem, okrążając kompleks skoczni. Byłem tu ostatnio zimą, pracując przy realizacji konkursu Pucharu Świata w skokach narciarskich (czytaj tu).


Ostatnie kilometry. W końcu docieramy do samochodu. 20 km marszu za nami, przewyższenie na szczyt to ok. 700 m. Naprawdę sporo, nawet tak nieduże góry dają czasem popalić. Ruszamy i za kolejne 45 min jesteśmy w domu. A tu już czeka nas pyszne mięso z grilla zrobione przez Ewunię.

Wypad był dość krótki, szybki, ale ciekawy. Udało się wejść na szczyt, ale nic nie zobaczyliśmy. Na szczęście nie było ani upału ani deszczu. Ani nawet chmary owadów. Uznaję wycieczkę za bardzo fajną, trzeba będzie więcej podziałać w okolicy.