Jak co roku, latem szykuje mi się wyjazd w odległe arktyczne rejony - na archipelag Svalbard. Jeżdżę tam jako pilot i przewodnik wycieczek organizowanych przez biuro Aliena Tours, z którym współpracuję. Zeszłoroczny wyjazd wymusił sporą zmianę planów na krótko przed wyprawą (czytaj tu). Teraz mając już to doświadczenie, mamy nieco inny, ale pewny i atrakcyjny program. Mimo norweskiego embarga obejmującego norweskie firmy wożące turystów do rosyjskich osad na Spitsbergenie - Pyramiden i Barentsburga - wiemy jak tam dotrzeć i zapewnić możliwość zwiedzenia tych podróżniczych perełek.
W tym roku na Svalbard i z powrotem lecimy w całości liniami SAS, co wymaga jednak aż dwóch przesiadek - w Kopenhadze i Oslo. Przesiadki są krótkie, nawet czasem ekstremalnie krótkie i mam pewne obawy co będzie w przypadku opóźnienia. Z drugiej strony podróż na jednym bilecie ułatwia ewentualne przebukowanie lotów, no i fakt że nadajemy bagaż w Warszawie i odbieramy dopiero na Svalbardzie, też bardzo ułatwia sprawę.
W poniedziałek rano jadę metrem i autobusem na warszawskie lotnisko Okęcie, gdzie w umówionym miejscu spotykam się z grupą. Razem ze mną liczy ona 10 osób, więc wszystko będzie raczej jak zwykle bardzo sprawne. Ale już na odprawie bezpieczeństwa pojawia się mały problem, bo jedna z uczestniczek ma za duży powerbank i decyduje się go zostawić po dyskusji z strażnikami. Samolot na szczęście jest o czasie, wsiadamy sprawnie przez rękaw. Startujemy na szczęście bez opóźnienia. W powietrzu lekko podsypiam, ale lot do Kopenhagi trwa tylko ok 1,5 godziny. Przy schodzeniu do lądowania bardzo ładnie widać most nad cieśniną Sund. Sprawdzam w aplikacji SAS gdzie musimy się udać, bo tu jest tylko 1 h 15 min. na przesiadkę. Wszystko jest jednak bez opóźnień, z samolotu wychodzi się sprawnie.
Lotnisko w Kopenhadze ma dobry i ciekawy system informowania pasażerów lecących lotami łączonymi. System wie jakie konkretnie przesiadki interesują wychodzących z danego samolotu i wyświetla na ekranie tylko te, które ich dotyczą, co pozwala szybko wyłapać właściwą informację. Po chwili marszu jesteśmy przy naszej bramce, gdzie jeszcze pewien czas czekamy na boarding. Tej przesiadki obawiałem się najbardziej, ale poszła gładko.
Lot do Oslo łapie kilkanaście minut opóźnienia już na starcie, ale nadrabiamy to w powietrzu i w efekcie jesteśmy tak jak było w planie. Jednak tym razem nie do rękawa, a do autobusu. Zawsze mnie to dziwi, że narodowy przewoźnik, a ma obsługę jak jakieś tanie linie. Na szczęście mamy 2 godziny, czasu na tyle dużo by coś zjeść i odprawić się paszportowo. Odprawa jest zresztą zautomatyzowana i idzie ekspresowo, szczególnie jeśli porównać ją z długą kolejką ludzi lecących na paszportach spoza Unii Europejskiej.
Gdy wsiadamy do ostatniego tego dnia samolotu, dzwonię do restauracji w Longyearbyen i rezerwuję stolik, by po przylocie udać się na wspólną kolację. Lot ma potrwać niemal 3 godziny i zapadam w sen. Budzę się, gdy kapitan informuje, że mijamy Wyspę Niedźwiedzią, czyli jesteśmy już daleko na północ od Nordkappu. Do Spitsbergenu jeszcze kawałek, ale samolot już zaczyna zniżanie. Ludzie przylepiają się do okien, robią zdjęcia. Nic dziwnego, widoki są fenomenalne - szpiczaste i majestatyczne szczyty górskie wystające ponad rozległe lodowce. Udaje się zrobić kilka zdjęć również mi osobiście, nawet na końcowym podejściu, gdy mijamy Longyearbyen. Po chwili przyziemienie i kołowanie do terminala. Piszę do Ewuni, że dotarłem. Kontaktuję się z Kateriną - Rosjanką odpowiedzialną za nasze dotarcie do rosyjskich osad, również potwierdzając nasze przybycie.
Gdy wysiadamy jest naprawdę chłodno, maksymalnie 5-6 stopni, a w dodatku wieje wiatr. Pogoda jest jednak ładna, a prognozy na najbliższe dni również są dobre. Terminal lotniska nie zmienił się jakoś, ten sam niedźwiedź polarny co zawsze, dodano jedynie napis, że Longyearbyen to najdalej na północ wysunięte lotnisko pasażerskie na świecie. Dłuższą chwilę czekamy na bagaże, ale na szczęście wszystkie dotarły bezproblemowo z Warszawy. Ładujemy się do dużego, miejskiego autobusu, płacę za całą grupę. Kierowca objeżdża kawałek Longyearbyen, ale wkrótce wysiadamy pod naszym hotelem - w tym roku jest nim Radisson. Pani na recepcji daje mi karty, rozdzielam je pomiędzy wszystkich. Sam dzielę pokój z jednym z uczestników, sporo starszym ode mnie, ale przyjaznym i kontaktowym.
Zgodnie z tym co ustaliłem wcześniej, o godzinie 21 mamy kolację w restauracji Stationen. Daleko iść nie musimy, trochę po drodze opowiadam o samym mieście i jego historii i teraźniejszości. Pokazuję gdzie jest sklep, uprzedzam, że jak ktoś chce kupić tam alkohol, to musi mieć kartę pokładową. W knajpie siadamy przy naszym stoliku i każdy zamawia to co chce z dość bogatego menu. W moim przypadku jest to po prostu burger z renifera, ale ludzie piorą steki z foki i wieloryba, fish & chips, wielorybie carpaccio, czy jakieś ciekawe zupy rybne. Stationen to jak dla mnie sprawdzone miejsce, szczególnie właśnie na pierwszy wieczór. Jest tu też spory wybór lokalnego piwa. Wieczór mija w miłym nastroju, relaksujemy się po długiej podróży. Pora jednak kończyć i iść spać, choć dla większości zderzenie z sytuacją, że słońce jest ciągle na niebie jest nowością i nieco stracili poczucie czasu. Na szczęście hotelowe pokoje mają kotary, pozwalające szczelnie zasłonić okna.
Rano śniadanie mamy od godziny 7, a większość grupy ma o 9:30 wyjazd na psie zaprzęgi. Musimy się spakować i opuścić pokoje, zostawiając bagaż w przechowalni. Jedynie mój współlokator zostaje ze mną, więc proponuję mu albo trekking poza miasto, albo spacer na zwiedzanie samego Longyearbyen. Wybiera tą drugą opcję - odpada mi konieczność wypożyczania karabinu. Z Norweżką, która przyjechała busikiem po grupę, ustalam, by po zakończeniu wysadziła mnie przy wschodniej granicy miasta, przy znaku z niedźwiedziem polarnym. Tak to zsynchronizuję czasowo, by akurat tam dojść z moim towarzyszem gdy grupa wróci. Wtedy będziemy mogli zrobić tam grupowe zdjęcie i odpadnie celowy marsz w to miejsce. A wiem, że zdjęcia z tym znakiem są bardzo pożądane przez turystów - ze wszystkich takich znaków przy Longyearbyen, ten stoi w najładniejszym otoczeniu.
Po odjeździe ruszamy we dwójkę do Nybyen, odległej części miasta, skąd jednak ładnie widać i pobliskie lodowce i położone nieco niżej Longyearbyen. Opowiadam o historii budynków, miasta, poszczególnych kopalni. Zauważamy przy jednym z domów świeżo poćwiartowanego renifera. Na Svalbardzie mieszkańcom przysługuje możliwość odstrzelenia jednej sztuki rocznie, ale nie każdy dostaje na to pozwolenie, bo chętnych jest więcej niż wynosi limit i takie pozwolenia się losuje.
W Nybyen robimy nieco zdjęć i wracamy drugą stroną doliny. Mijamy Huset - duży
dom, który pełnił historycznie wiele funkcji - dyrekcji kopalni, domu kultury,
hotelu, szkoły, kina itp. Zawsze był jednak takim centrum spotkań mieszkańców
Longyearbyen. Mój towarzysz wiele lat spędził na północy Szwecji, dla niego
takie sprawy są zrozumiałe i znane, więc w sumie ułatwia mi to sprawę jeśli
chodzi o opowieści.
Mijamy cmentarz na którym leżą m.in. pochowani marynarze ze statku, który zawinął do portu pod koniec 1918 roku. Sześciu trafiło do lokalnego szpitala gdzie zmarli na tzw. Hiszpankę, czyli szczególnie zjadliwą odmianę grypy, której pandemia w tamtych latach pochłonęła miliony ofiar. Podobno od tego czasu nie grzebie się ludzi na Svalbardzie, ale zauważamy, że jest tu też grób z datą 1992, więc nie zawsze tego prawa przestrzegano. Kawałek dalej jest nowość - tablica upamiętniająca wszystkich górników który zginęli w wypadkach w okolicznych kopalniach.
Idziemy jeszcze do kościoła, w którym są dwa pomieszczenia. Jedno gościnne, by móc usiąść i porozmawiać, a drugie już przeznaczone do odprawiania mszy i modlitwy. Kościół jest otwarty całą dobę dla każdego. Wspinamy się jeszcze kawałek wyżej, do charakterystycznego budynku, gdzie były maszynownie dla kolejek węglowych i młyny dla pobliskiej elektrowni. Stąd rozpościera się widok na całe miasto i okolice. Pokazuję też kamień z odciśniętymi w nim skamieniałymi liśćmi.
Zbliża się czas umówionego spotkania z resztą grupy, więc ruszamy na
wschód miasta. Mijamy uniwersytet, muzeum wypraw na biegun północny, dom
rosyjski. Po chwili kończą się zabudowania. Do znaku jednak został dobry
kilometr marszu. Dostaję informację od reszty grupy, że też powoli się zbierają.
Udało się więc idealnie zgrać wszystko w czasie. Mijamy psie farmy, większość
zwierząt śpi, ale niektóre są pobudzone i roznosi je energia. Przy znaku robię
kilka zdjęć, po chwili przybywa reszta. Wszyscy bardzo zadowoleni, jazda psimi
zaprzęgami bardzo im się podobała. Tak jest co roku, nigdy nie spotkałem się z
sytuacją by komuś to nie przypasowało. Fotografuję całą grupę pod znakiem z
niedźwiedziem, który wcale nie oznacza że za znakiem rozpościera się jakaś
strefa śmierci. Niedźwiedzie nie znają znaków i gdyby jakiś znalazł się w
okolicy (co jest bardzo mało prawdopodobne) to i znacznie bliżej miasta mógłby
zaatakować ludzi. Znak po prostu ostrzega przed obecnością niedźwiedzi, a napis
pod nim "dotyczy całego Svalbardu" nie mówi nic o nakazie noszenia broni. Ale
jest taki mit, że do znaku można iść bez broni, a za nim już obowiązkowo trzeba
ją mieć. Tego nikt nie sprawdza, a jedynie rozsądek nakazuje ją mieć ze sobą.
Wracamy wolnym krokiem, psy w okolicznych farmach zaczynają wyć. W mokradłach wzdłuż drogi kąpią się bernikle obrożne, ich pisklęta są już sporymi podlotkami, ale jeszcze jednak widać po nich, że są młode. W samym mieście daję ludziom trochę czasu wolnego, by zdążyli zrobić jakieś zakupy i coś zjeść. O godzinie 16 przyjadą Rosjanie, z którymi mamy płynąć do Pyramiden. A tam nie ma żadnego sklepu, na czas rejsu warto nie być głodnym.
Pyramiden (po rosyjsku Piramida) to miasto duchów, opuszczona w 1998 roku górnicza osada. O jej losie zdecydowały względy ekonomiczne jak i katastrofa lotnicza, w wyniku której zginęła spora część mieszkańców. A w czasach największego rozkwitu liczyła około 1000 osób - pracowników kopalni i członków ich rodzin. Aby w Arktyce mieli znośne warunki, ZSRR zadbał o wszelkie wygody - na miejscu hodowano zwierzęta, uprawiano warzywa, wybudowano kompleks sportowy, a nawet przywieziono glebę z Ukrainy, by latem mogły rosnąć kwiaty. Po porzuceniu Piramida była zupełnie niezamieszkała przez wiele lat, ale od 2007 roku Rosjanie postanowili zrobić z niej atrakcję turystyczną. Jeden z budynków przekształcono w bardzo przyjemny hotel, stworzono małą ciepłownię na węgiel przywożony tu z kopalni w Barentsburgu, zainstalowano generatory prądotwórcze. Latem jest tu nieco więcej osób obsługi hotelu i infrastruktury, ale zimą pozostaje tylko kilku mężczyzn, by podtrzymać całość do następnego sezonu.
Punktualnie o 16 podjeżdżają dwa małe busy, Rosjanie są bardzo zaangażowani i mili. Aby zapakować wszystkich ludzi i bagaże, trzeba jednak dwóch kursów. Do portu na szczęście jest bardzo blisko i trwa to kilka minut. W porcie wita się z nami Anna, rosyjska przewodniczka, która jednak mówi doskonale po angielsku. Będzie nam towarzyszyć przez najbliższe dni. Łódź jest nowoczesna i wygląda na o wiele szybszą niż ta, którą płynęliśmy rok temu. Zresztą zapowiedzieli nam, że nawet z zahaczeniem o lodowiec podróż potrwa do 3 godzin. Wspólnymi siłami ładujemy bagaże pod pokład i po chwili odbijamy od nabrzeża.
Na szczęście morze jest bardzo spokojne. Czytałem, że kilka dni temu był tu bardzo silny wiatr i sztorm, a dopłynięcie takimi jednostkami gdziekolwiek było niemożliwe. Nawet na dużych statkach pojawiały się przypadki choroby morskiej. Po wyjściu z zatoki Adventfjorden nasz sternik dodaje gazu i łódź przyspiesza do naprawdę dużej prędkości. Po chwili obok nas pojawia się całe stado białuch, więc zwalniamy, by ludzie mogli porobić zdjęcia. Spotkanie oko w oko z waleniami jest zawsze ekscytujące, tym bardziej jak ktoś widzi je pierwszy raz w życiu.
Bierzemy kurs na północ, w stronę Billefjordu. Pojawia się wokół nas sporo mew i maskonurów. Stoję na pokładzie mimo zimna i wypatruję niedźwiedzi polarnych na brzegach. Mimo że jestem tu któryś raz, niedźwiedzia nie widziałem nigdy, jedynie napotkałem ich ślady. Zauważam, że nie płyniemy prosto na Pyramiden, a odbijamy we wschodnią część fiordu. Pytam przewodniczki czemu tam. Okazuje się, że leży tam martwy wieloryb i kilka dni temu widzieli niedźwiedzie polarne, które korzystały z możliwości najedzenia się do syta. Jest wielka szansa, że uda się zobaczyć je i dziś. Niestety. Gdy zbliżamy się do brzegu widać rozczłonkowane fragmenty wielorybiego truchła, ale tylko ptaki je wydziobują. Nigdzie w zasięgu wzroku nie ma niedźwiedzia polarnego. Czekamy kilka minut, ale z żalem musimy porzucić okazję. Przyspieszamy i płyniemy już we właściwą stronę.
Powoli zbliżamy się do rosnącego w oczach lodowca Nordenskiöldbreen. Zawsze robi on ogromne wrażenie, nawet jak go się już widziało kilka razy. Czoło ma ponad 100 m wysokości i wiele od niego mroźny wiatr. Często odłamują się góry lodowe i statki czy łodzie nie podpływają bliżej niż 500 m, by zapewnić bezpieczeństwo. Anna opowiada historię kajakarzy, którzy tu dotarli, wyszli na brzeg i natknęli się na... odgryzioną ludzką rękę, a właściwie kości ręki. Ciężko było stwierdzić ile miały lat, no ale kajakarze szybko się zwinęli, bo jednak wrażenie było dość makabryczne.
Zawracamy na zachód, w stronę widocznych dobrze zabudowań Pyramiden. Przed nami w odległości dosłownie kilkunastu metrów wynurza się grzbiet wieloryba, chyba płetwala karłowatego. Tym razem nie udaje mi się zrobić mu zdjęcia, robi to zbyt zaskakująco i potem gdzieś znika. Do portu jeszcze jakieś 8 km, ale prędkość łodzi powoduje, że czas mija szybko. Anna informuje nas, że w hotelu jest grupa ok. 40-50 Rosjan z Murmańska, którzy przypłynęli tu średniej wielkości statkiem. Do Longyerabyen potrzebowali by wiz, a nie dostaliby ich, więc zwiedzają rosyjską część Svalbardu. W związku z ich obecnością w hotelu będziemy mogli wybrać pomiędzy kolacją w formie bufetu, albo zamawianiem dań z karty.
Dobijamy do pomostu, znów wyładowujemy bagaże metodą ludzkiego łańcucha. Czeka na nas bus, którym w kilka minut docieramy do hotelu. Wyraźnie powtarzam, że Pyramiden to jednak nie Longyearbyen, to nie ma żartów jeśli chodzi o obecność niedźwiedzi i mogą tu się nieoczekiwanie pojawić, co niejednokrotnie miało miejsce. Proszę więc by nikt nie wychodził z hotelu na własną rękę.
Kolacja w formie bufetu okazuje się bardzo dobra. Są dwa rodzaje mięsa, ryba, sałatki, słodkie placki, ziemniaki i ryż. No i można jeść tyle ile się chce. Oczywiście zamawiamy też rosyjskie piwo, ale tym razem nie jest ono ze Svalbardu, tylko po prostu jakieś tam "Żiguli". Ustalam, że rano o godzinie 9 mamy być gotowi do wyjścia na wycieczkę po budynkach z naszą przewodniczką. W pokoju jest na tyle ciepło, że trzeba nawet lekko uchylić okno.
Śniadanie również dostajemy w formie szwedzkiego stołu, to pozwala najeść się do syta. Brakuje mi jednej z uczestniczek, która również wczoraj nie pojawiła się na kolacji. Trochę zaniepokojony idę do jej pokoju i pukam do drzwi. Na szczęście jest, więc tylko uprzedzam, że za 20 minut mamy wyjście. Przed hotelem zauważam lisa polarnego, udaje mi się zrobić mu zdjęcie. Zauważam też, że miasto jest dalej odnawiane, pojawiają się jakieś obrazy rozpięte na ścianach domów, nawet odmalowywane są huśtawki na placu zabaw.
Anna również powtarza to co ja wczoraj - że bywa tu niebezpiecznie, że spotkanie niedźwiedzia za rogiem jest jak najbardziej możliwe. Ładuje karabin i tłumaczy jak mamy się zachować w razie takiego spotkania. Ruszamy na wycieczkę, mijając stojący naprzeciwko tzw. Dom Wariatów - duży blok, w którym mieszkały rodziny z małymi dziećmi. W czasie nocy polarnej dzieci nie mogły wychodzić na zewnątrz, więc bawiły się w środku, biegając po piętrach, jeżdżąc na rowerach i krzycząc, niezależnie od pory dnia. Rzeczywiście musiało być to trudne do wytrzymania. Idziemy do starego budynku, z czasów początków miasta. To stołówka, gdzie przez całą dobę były wydawane darmowe posiłki. Anna tłumaczy, że górnicy tu nie dostawali pieniędzy, dla pewnych potrzeb była lokalna waluta w postaci bonów, ale akurat jedzenie było po prostu wydawane każdemu. Niemal idealny komunizm - każdemu według potrzeb. Budynek, jak zresztą każdy inny jest zamknięty na kłódkę do których przewodnicy mają klucze. To zabezpieczenie przed niedźwiedziami, które mogłyby wejść do środka. Spotkanie z misiem w ciasnym wnętrzu byłoby niemal pułapką bez wyjścia.
Stołówka na parterze ma kuchnię, która była w stanie wydać tysiące posiłków na dobę - wielkie kotły, piece do pieczenia bułek i chleba, windy itp. Co ciekawe, na piętro prowadzą "burżuazyjne" z wyglądu schody. Ale już poręcz jest przemyślana - wewnątrz biegnie rura, którą płynęła gorąca woda. Dzięki temu wchodząc tu można było od razu ogrzać sobie ręce. Na piętrze jest też bardzo ładna mozaika przedstawiająca arktyczne krajobrazy.
Kolejnym budynkiem jest szkoła i połączone z nią przedszkole. Zachowało tu się wiele ciekawych pomieszczeń. Są wyposażone sale lekcyjne, szatnie, zachowały się zabawki, dzienniki, podręczniki, zeszyty, nawet waga dla niemowląt. Dla mnie najciekawsze są mapy ZSRR, mapy zwycięstw Lenina i miejsc w których bywał. Tak, Poronin jest na tej mapie również zaznaczony. Jest tu całościenna mozaika wyklejona z fragmentów izolacji od przewodów elektrycznych. Ktoś kto ją stworzył, musiał mieć naprawdę ogromny zmysł artystyczny i mnóstwo cierpliwości.
Dalej idziemy do jednego z hoteli robotniczych. Było ich kilka, ale dwa najbliższe zwane były Londynem (dla samotnych mężczyzn) i Paryżem (dla samotnych kobiet). Istnieje legenda, że oba budynki łączył tajny, podziemny korytarz. Oczywiście nie jest to prawdą. Oglądamy różne pokoje - niektóre są zupełnie puste, ale w wielu coś pozostało - plakaty z zachodnimi czy radzieckimi aktorami, gazety, symbole religijne, a nawet sztangi i hantle jakiegoś lokalnego kulturysty. Na koniec idziemy na dach, skąd rozpościera się piękna panorama. Robimy sporo zdjęć, bo pogoda zrobiła się bardzo ładna. Annę niepokoi duża plama świeżej krwi przy schodach, ale widząc potłuczone szkło uspokajam ją, że pewnie ktoś się po prostu potknął, podparł ręką i pokaleczył.
Kolejnym miejscem jest budynek zarządu i sterowania kopalnią. Bardzo ciekawy, jest tu cała część kontrolna, gdzie są telefony, schematy świetlne i przełączniki, a po drugiej stronie odpowiednik dzisiejszej serwerowni, z szafami na elektronikę. Obok jest gabinet dyrektora i jego zastępcy. Najwięcej ciekawości budzą jednak pomieszczenia oficerów KGB, którzy nawet w tym miejscu, do którego trafiali tylko wyselekcjonowani górnicy i tak musieli wszystkich szpiegować i kontrolować. Ale w sumie nic dziwnego, niedaleko było norweskie Longyearbyen i był potencjał do tego by zostać zwerbowanym przez zachodnie wywiady czy próbować ucieczki z tego rajskiego miejsca.
Wychodzimy na główny plac miasta. Jest tu symbol przedsiębiorstwa Arkikugol, które zarządzało radzieckimi kopalniami w Arktyce. Zaznaczony jest na nim 79 równoleżnik, co nie jest prawdą, bo trochę jednak do niego brakuje. Jest też dość dziwny symbol niedźwiedzia, który bardziej przypomina sylwetka psa niż króla Arktyki. Tu też nowa rzecz - przybyły czerwone flagi. Uwagę wszystkich przykuwają pasące się w okolicy renifery, urządzamy im całą sesję zdjęciową. Idziemy teraz do pomnika Lenina, który kamiennym wzrokiem wpatruje się w świetlaną przyszłość, czyli ogromne cielsko lodowca Nordenskiöldbreen. Anna mówi, że Lenin w czasach świetności był gładki i w słońcu błyszczał tak, jakby był pozłacany. Obecnie jednak nieco stracił ten blask.
Plac zamyka kompleks sportowo-kulturalny, gdzie jest sala gimnastyczna, kino i kawiarnia. Oglądamy wszystkie pomieszczenia, a na koniec idziemy do magazynu filmów na taśmie celuloidowej. Są poza budynkiem, ze względu na to, że są niezwykle łatwopalne, a zgromadzono ich naprawdę dużo. Pomieszczenie już widziałem, ale Anna uruchamia windę, pozwalającą zdejmować ciężkie puszki z filmami nawet z wysokich pięter regałów. Mimo tylu lat winda działa, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Wracamy do budynku, gdzie jest sklep z pamiątkami.
Ostatnim obiektem w mieście jest pobliski kompleks basenów. W czasach gdy wszystko działało był to podobno bardzo popularny sposób spędzania czasu. Odbywały się tu nawet regularne zawody sportowe. Bywało, że nawet spotykały się drużyny z Longyearbyen i Pyramiden i rywalizowano na basenie, czy w meczach piłkarskich, siatkarskich bądź koszykarskich. Były to takie arktyczne mini-igrzyska.
Na moją prośbę idziemy poza miasto, wchodząc na niewielkie wzniesienie. Jest tam dom wybudowany z butelek. Spotykano się tu by po prostu pić alkohol czy smażyć szaszłyki. Taki odpowiednik wypoczynku na daczy, o której marzył każdy obywatel ZSRR. Budynek ma szyjki butelek kierowane do wnętrza, ale podobno był inny, mający je na zewnątrz. Wiatr gwizdał na nich tak głośno, że było to słychać z kilku kilometrów, a w środku nie dało się wytrzymać, więc w końcu go rozebrano. Robimy sporo zdjęć, jeden z uczestników wyjazdu nawet robi kilka ujęć z drona, bo widoki są wspaniałe. Pora wracać.
Proszę jeszcze Annę, by nie iść prosto przez miasto, a w kierunku tuneli kolejek górniczych prowadzących pod strome górskie zbocze, gdzie znajdowały się wloty szybów kopalni. Szczyt góry przypomina schodkową piramidę i całe miasto wzięło właśnie od tego swoją nazwę. Na moim drugim wyjeździe udało mi się nawet wejść na samą górę kolejek i zobaczyć miasto z innej perspektywy, ale obecnie nawet nie myślę o tym - grupa musiałaby być w całości w dobrej kondycji, bo wejście jest wymagające. Jest tu o dziwo nowa droga z betonowych płyt, kolejny dowód, że Piramida się zmienia pod turystów. Pod starymi budynkami jest ogromna ilość gniazd mew, a zapach ich guana jest tak intensywny, że trudno wytrzymać.
Zataczamy pętlę i wracamy do hotelu. Za półtorej godziny mamy się zebrać na dole z bagażami, ale teraz każdy ma jeszcze czas na obiad czy odpoczynek. Gdy schodzę na dół spotykam Dianę, przewodniczkę którą mieliśmy tu rok temu. Poznaje mnie również, chwile rozmawiamy, okazuje się że właśnie ona przypłynęła z Rosjanami z Murmańska i ich oprowadza po mieście i okolicy. Co więcej, jest tu grupa Polaków z wyjazdu zorganizowanego przez inne biuro, których wycieczkę też już tu kiedyś miałem okazję spotkać i porozmawiać z przewodniczką. Mają bardziej rozbudowany program, idą na trekking do stacji badawczej Uniwersytetu Adama Mickiewicza z Poznania położonej w zatoce Petuniabukta, w odległości kilku kilometrów od Piramidy. Grupa jednak jest znacznie bardziej nastawiona na trekkingi, uczestnicy są młodsi i wysportowani, więc dla nich taki marsz to nic wielkiego. Co więcej, część z nich idzie na bardzo rzadką i znaną mi dotąd jedynie z opowiadań wycieczkę do kopalni. Mówił mi o tym lokalny przewodnik - Igor - którego też zresztą tu widzę. Czyli w ciągu kilku ostatnich lat zwiedzanie kopalni stało się częstsze. Wtedy opowiadał, że trzeba było się tam przebijać przez lodowe ściany i nie było to coś ani oczywistego ani taniego. Może jest to jakiś pomysł na przyszłość dla uatrakcyjnienia naszego programu? Rzecz do przemyślenia, bo takie wycieczki nie są łatwe i nie każdy im podoła. Polacy informują nas również o możliwym strajku pracowników lini SAS w piątek... pozostaje mieć nadzieję, że do niego nie dojdzie i wrócimy do domów bez przygód.
Ładujemy nasze bagaże do busa i ruszamy do portu. Zatrzymujemy się na moja prośbę przy pomniku z nazwą miasta i ostatnią wydobytą tu tona węgla. Robimy znów trochę zdjęć i jedziemy dalej. Znów metodą ludzkiego łańcucha ładujemy bagaże pod pokład. Nasz sternik sprawnie odbija i ruszamy w rejs do Barentsburga. Pogoda zrobiła się wręcz idealna, nawet zniknęły chmury. Rejs będzie dłuższy niż wczorajszy, ale też na miejscu będziemy około godziny 19.
Barentsburg jest jedyną rosyjską osadą, która jest normalnie zamieszkana. Co więcej, jest tam nadal czynna głębinowa kopalnia węgla przedsiębiorstwa Arktikugol. W miasteczku mieszka około 400 osób, przed rokiem 2022 było ich nieco więcej, bo byli tam również Ukraińcy. Jednak po wybuchu wojny część z nich z powodów takiej a nie innej sytuacji nie chcąc żyć wśród Rosjan, lub przyjmować rosyjskiego obywatelstwa wyjechała, np. do Longyearbyen. Wielu jednak zostało, bo są tam np. mieszane rosyjsko-ukraińskie małżeństwa. Niestety echa wojny dotarły nawet tu.
Korzystając z pięknej pogody robię sporo zdjęć. Nasza łódź skręca na zachód, do zatoki Skansbukta. Jest tu resztka dawnej kopalni gipsu i wrak łodzi. Nazwa zatoki pochodzi od formacji skalnych, które przypominają fortecę. Rzeczywiście, ciężko odmówić skojarzenia z jakimś zamkiem.
Teraz już ruszamy pełna prędkością na południowy-zachód. Wpływamy na szersze wody Isfjordu. Do brzegów mamy po kilkanaście kilometrów, wiatr ma gdzie się rozdmuchać. Mała jak dotąd fala rośnie, a co gorsza płyniemy wprost pod nią, więc zaczyna mocno bujać. Jedna z uczestniczek siedzi w kajucie, ale widzę, że wygląda coraz gorzej. Proszę by wyszła na pokład i patrzyła na horyzont, by błędnik jej nie wariował. Przynosi to pewną ulgę, ale musi minąć sporo czasu by poczuła się lepiej. Dobrze, że nie rzuca dziś mocniej, tego fragmentu trasy obawiałem się najbardziej.
Jeszcze dobra godzina płynięcia, ale w końcu zbliżamy się do Barentsburga. Widać już zabudowania wokół lotniska dla śmigłowców. Samo miasto leży kawałek dalej, w głębi fiordu. Tu falowanie zmniejsza się zdecydowanie, wyłania się w końcu i sam Barentsburg. Łódź zwalnia, dobijamy do przystani. Na szczęście i tu mamy zapewniony transport do hotelu. Miasto położone jest na stromym brzegu, aby pieszo dostać się na górę, najkrótszą drogą jest pokonanie kilkuset stromych stopni. Z bagażami byłoby to mało wykonalne. Autobus jedzie okrężną drogą, ale i on ma problem z podjechaniem stromą szutrówką. Udaje się jednak i docieramy do hotelu.
Anna ustala ze mną, że jutro już sam oprowadzę grupę po mieście, nie jest tu potrzebna jako zbrojna eskorta. A że ona mieszka w Barentsburgu, to po prostu idzie na noc do domu. Nie ma problemu, zobaczymy się jutro o umówionej godzinie wyjazdu do portu. Chce z nami popłynąć do Longyearbyen, bo chce być do końca i być pewna, że wszystko było w porządku. Podoba mi się tak profesjonalne podejście. Meldowanie się w pokojach trochę trwa, pani musi przepisać dane z paszportu każdego z nas. Już teraz musimy też zdecydować co będziemy chcieli jeść rano - tu nie ma szwedzkiego stołu, bo jesteśmy sami.
Spotykamy się w stołówce. Zamawiam filet z dorsza ze szparagami, ale mina nieco mi rzednie, gdzy po dłuższym czasie dostaję posiłek. Porcja jest mała i trudno się nią najeść. Miałem jakieś kabanosy z Polski, dam radę. Okazuje się jednak, że zamiast szparagów podano mi kapustę i barman mówi, że w ramach rekompensaty należy mi się darmowy deser. Po spojrzeniu w cennik pytam jednak, czy zamieni mi darmowy deser na darmowe piwo. Uśmiecha się i po chwili dostaję pełen kufel złocistego trunku lokalnej produkcji. Nasza kolacja przenosi się jeszcze na korytarz na piętrze, gdzie są stoły i krzesła. Kilka bardziej wytrwałych osób zostaje, przy lokalnych i rodzimych napitkach czekając aż ujrzymy słońce stojące o północy ponad horyzontem, czyli zjawisko tzw. midnight sun.
Rano idziemy na śniadanie, które jednak nie powala na kolana. Po nim ruszamy w kierunku południowym. Mijamy przemysłową część miasta i elektrownię. Jeszcze kawałek i wyłania się znak ostrzegający przed niedźwiedziami polarnymi, jednak inny niż ten znany z Longyearbyen. Chciałem tu dojść, by każdy mógł zrobić sobie zdjęcie i z nim. Zresztą widok na okoliczne góry i lodowce też jest bardzo ciekawy.
Wracamy do centralnej części Barentsburga. Tu mijamy szpital, browar "Czerwony Niedźwiedź", główny budynek kopalni, pomnik Lenina, idziemy pod kolorowe bloki. Tu również przybywa atrakcji dla turystów, jak arktyczne pojazdy czy wagoniki z węglem. Jest tu nawet komora dekompresyjna dla nurków. Pokazuję nabrzeże ze starymi domami i tu też nowość. Domy były w złym stanie, były zamknięte bo groziły zawaleniem. Rosjanie nałożyli na nie pokrowce, z namalowanymi "ładnymi" ścianami. Z daleka wyglądają zupełnie jakby je odnowili, choć to tylko takie maskowanie problemu.
Barentsburg jest miastem które określam jako "żywe", choć ciężko mi zrozumieć co kieruje ludźmi, którzy tu mieszkają, nawet jeśli są to kilkuletnie kontrakty by dobrze zarobić. Co w ogóle kieruje Rosją, by to miasto utrzymywać? Węgiel z lokalnej kopalni jest wysokogatunkowy, wykorzystywany do wyrobu dobrej jakości stali, ale wydobycie jest niewielkie, dowozić z Rosji należy całe zaopatrzenie, są tu miesiące bez światła słonecznego. To nie może być dochodowe przedsięwzięcie. Obecnie ruch turystyczny jest bardzo mały ze względu na norweskie embargo. Rosja ma bardzo poważne kłopoty gospodarcze i finansowe, ale mimo to Barentsburg trwa, żyje, a nawet pewne rzeczy tu są odnawiane. Czyżby prestiż znaczył aż tak wiele?
Zwiedzamy cerkiew, która choć wygląda na bardzo starą, powstała w 1997 roku. Na koniec idziemy do sklepu z pamiątkami. Daję każdemu jeszcze 45 min. czasu dla siebie. O wyznaczonej godzinie zbieramy się przed hotelem i ładujemy się do busa, który wiezie nas do portu. Znów pakujemy bagaże do łodzi i ruszamy w krótki tym razem, bo 2-godzinny rejs do Longyearbyen. Krótko po wypłynięciu zauważam całe stado białych grzbietów. Mamy szczęście, takiej ilości białuch naraz nigdy nie widziałem. Nasz sternik zwalnia, możemy nieco pofotografować.
Po kilkudziesięciu minutach płynięcia mijamy zatokę Colesbukta, gdzie widać dawne zabudowania portowe oraz tory górniczej kolejki ciągnące się na północ wzdłuż brzegu. Tory docierają do górskiego zbocza i znikają w tunelu, przecinającego górę na wskroś. Po drugiej stronie, w wąskiej dolinie widać kolejne zabudowania. To Grumant (Grumantsbyen), również dawna radziecka kopalnia węgla, również od lat opuszczona. W przeciwieństwie do Piramidy nikt nie próbował obu części miasta ratować i utrzymywać. W najlepszych czasach jednak Grumant dorównywał ludnością Piramidzie, bo mieszkało tu około 1000 osób. Anna wyjaśnia nam pochodzenie nazwy. W języku Pomorców, ludów zamieszkujących północne rejony półwyspu Kolskiego, słowo Grumant oznacza Grenlandię. Dawniej myślano, że Svalbard jest częścią Grenlandii i stąd nazwali oni tak to miejsce.
Do Longyerabyen pozostało już niewiele. Mijamy wylot doliny Bjørndalen, mijamy zachodni kraniec pasa lotniska. Zauważam podchodzący do lądowania samolot i udaje mi się go uchwycić. W zatoce Adventfjorden zwalniamy. Z portu właśnie wychodzi w morze norweska korweta, która miałem już okazję tu widzieć. Okręt patrolowy klasy Jan Mayen, jednostka na wskroś nowoczesna, ale słabo uzbrojona, mimo dużej wyporności. Musimy ustąpić mu miejsca, więc mijamy go za rufą. Po chwili dobijamy do nabrzeża, wypakowujemy bagaże i sprawnie ładujemy do samochodów. Żegnamy się z Anną i naszym sternikiem. Muszę przyznać, że tak jak rok temu - Rosjanie wywiązali się wręcz idealnie z założonego programu, byli mili, uprzejmi, punktualni i idący nam na rękę. Od razu pisze też do Katriny wiadomość z podziękowaniami za tak sprawnie przeprowadzoną tą część programu.
Znów meldujemy się w Radissonie, zapraszam chętnych na spacer ze mną po mieście, bo dotąd byłem tylko z jedną osobą. Ludzie są jednak zmęczeni, chcą mieć nieco czasu dla siebie, co doskonale rozumiem. Są tu muzea, sklepy, restauracje, w hotelu jest sauna - co komu potrzeba. Ustalamy, że kolację dziś zjemy w innej restauracji, serwującej bardziej wykwintne dania. Co ciekawe, jest ona w hotelu Marry Ann's, w którym też już miałem okazję mieszkać. Tylko wtedy restauracji jeszcze nie było. Dzwonię tam by zrobić rezerwację, ale że mam też wolną chwilę, to idę tam piechotą, by upewnić się co jest w menu i wysłać zdjęcie uczestnikom wyjazdu.
O godzinie 17 spotykam się z dwiema osobami, by zrobić ograniczoną wersję spaceru po mieście. Nie idę z nimi do Nybyen, a na wschód, na wzniesienie skąd roztacza się ciekawa panorama. Potem w okolice cmentarza i kościoła, a na koniec do centralnej maszynowni kolejek górniczych. Wracamy do centrum przed godziną 19, tak by zdążyli jeszcze zrobić zakupy.
W hotelu jest automat taki jak na lotnisku, można sobie wydrukować kartę
pokładową i naklejki na walizkę. Sprawdzam czy moja odprawa działa bez
zarzutu i wysyłam reszcie grupy informację by to zrobili, rano będzie łatwiej
na lotnisku.
O 20:20 zbieramy się przed hotelem i idziemy do restauracji, gdzie rezerwowałem stolik. Rzeczywiście są tu różnego rodzaju frykasy, suszone mięso foki, renifera, wieloryba, steki z tych zwierząt, smażone sery czy ryby. Zamawiamy sobie dwie deski takich przekąsek na grupę, by każdy mógł popróbować. Jednak ja czuję, że rosyjskie jedzenie z rana mi nie posłużyło, więc postanawiam skończyć na smażonym camembercie i piwie. Jedzenie jest dobre, ale restaurację zamykają o godzinie 22, więc z kilkoma osobami idę jeszcze do knajpki w samym Radissonie, gdzie bawimy jeszcze jakiś czas. To że na zewnątrz jest ciągle jasno powoduje jednak, że łatwo o utratę poczucia pory dnia. Zerkam na zegarek i widzę że jest 23:30, należy więc iść spać.
Po śniadaniu dopakowuję walizkę i plecak, zdajemy pokoje. O godzinie 9 podjeżdża autobus na lotnisko, ładujemy tam swoje bagaże. Przy płaceniu za bilety okazuje się, że kieruje nim Polak. Po kilku minutach jesteśmy przed terminalem. Ostatnie zdjęcia i idziemy do odprawy. Fakt, że mamy oklejone walizki eliminuje konieczność czekania do odprawy ręcznej czy stania w kolejce do kilku automatów na lotnisku. Nadajemy bagaż na zautomatyzowanej lini i przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa. Teraz tylko oczekiwanie. Tym razem mamy jeszcze krótszą pierwszą przesiadkę, w Oslo będzie zaledwie 55 minut. Musimy w tym czasie wysiąść z samolotu, odprawić się paszportowo, bo wracamy do strefy Schengen i zdążyć wsiąść do kolejnego samolotu do Kopenhagi. Pogoda jednak piękna, leci tylko nasz samolot, więc nie będzie raczej żadnego opóźnienia.
Po pewnym czasie zaczyna się boarding, pasażerowie wchodzą sprawnie. Start jest punktualny. Jestem zmęczony intensywnością ostatnich dni i niemal cały 3-godzinny lot przesypiam. W Oslo lądujemy o czasie. Gdy jednak kołujemy, załoga zapowiada, że wyjście jest do rękawa ale... nie wchodzimy nim do budynku, tylko schodzimy po schodkach na dół, do autobusów. Cudownie, czasu mało, a wyjście tylko przodem. Na szczęście jakoś to idzie, ale gdy autobus ma ruszyć to okazuje się że ktoś zastawił go wózkami bagażowymi. Kierowca wychodzi i ręcznie je odsuwa. Czasu coraz mniej. W terminalu nie działają schody ruchome, trzeba po nich wbiec dwa piętra na górę, ludzie idący wolno blokują tych co chcą szybciej. Uprzedziłem towarzyszy podróży, że mają nie mieć skrupułów i się klasycznie "po polsku" pchać przed innych, bo jak utkniemy w jakiejś kolejce, to się nie wyrobimy. W końcu paszporty. Na automatach idzie to sprawnie, ale mimo wszystko muszę poczekać aż przejdzie cała grupa. I nagle... największe zaskoczenie. Musimy przejść ponowną odprawę bezpieczeństwa. Typowy skandynawski bezsens. Wysiedliśmy z samolotu, przeszliśmy na ich terytorium odprawę bezpieczeństwa. A teraz musimy to zrobić ponownie. Po co i w jakim celu? Jest to jedno małe stanowisko, obsługują je cztery służbistki, dla których to chyba praca marzeń. Każdemu każą zdejmować buty, obmacują. Jakbyśmy przylecieli z ogarniętego wojną kraju jako grupa terrorystów, a nie jako pasażerowie ich samolotu z ich lotniska. Ludzie się awanturują, czas się kończy. Wpycham kogoś bokiem przede mnie. Krzyczę do tych z mojej grupy, by lecieli do bramki i blokowali boarding, by zaczekali na nas. W końcu i ja przechodzę. Z paskiem od spodni w rękach, nie tracąc czasu na jego zakładanie lecę z ostatnimi osobami do bramki, która na szczęście jest blisko, choć trzeba zbiec po schodach. Gdyby nie aplikacja SAS, to traciłbym dodatkowy czas na szukanie tablic informacyjnych. Na szczęście ogarnięty pan z mojej grupy uprzedził, że musimy być w komplecie i wstrzymali boarding, a już jest po czasie. Wbiegamy do samolotu niemal jako ostatni. Uff... kto wymyślił coś takiego? Norwegia wiele razy zaskakiwała mnie swoją organizacją w sposób pozytywny, ale również swoją dezorganizacją i chaosem w sposób skrajnie negatywny. Dziś miałem kolejny przykład tego drugiego. Oni są jak konie z klapkami na oczach. Jak coś napisali w instrukcji, to robią sztywno jak roboty, zero inwencji by coś co kuleje jakoś zmienić czy ulepszyć. Miałem tego przykład dwa lata temu przy międzylądowaniu w Tromsø, gdzie by wrócić do własnego samolotu trzeba było odprawić się paszportowo, nadać bagaż ponownie i ponownie przejść odprawę bezpieczeństwa. Było to niewykonalne czasowo i oni z uśmiechem twierdzili że tak zawsze jest i wiedzą o tym. I jest tak od zawsze i o tym wiedzą i nikt tego nigdy nie zmienił. Dziś miałem przykład czegoś podobnego.
Lot do Kopenhagi jest krótki, trwa niecałą godzinę. Rozgrzany bieganiem po lotnisku i adrenaliną nie mogę już zasnąć. W Kopenhadze będzie 1,5 godziny na przesiadkę, ale tam nie ma żadnych odpraw, tylko przejście do innego terminala. Po wylądowaniu oczywiście wychodzimy normalnie rękawem, normalnie mamy podane od razu gdzie iść. Norwegowie wiele by mogli się nauczyć od Duńczyków. Lotnisko jest ogromne, musimy przejść je niemal w całości. No ale tu już każdy sobie, nie muszę uważać na ludzi z grupy, trafią sami.
Do Warszawy lecimy ciekawą maszyną. Mitsubishi CRJ-1000. Chyba pierwszy raz w życiu lecę samolotem, który ma silniki z tyłu kadłuba. Maszyna jest niska, jej schodki to wnętrze drzwi do kabiny, więc nie może być podstawiona do żadnych rękawów. Wchodzi się tylko przodem. W środku jest ciasno, ale fotele są o wiele wygodniejsze niż w Airbusach A320, którymi lecieliśmy dotąd. Mamy małe opóźnienie na starcie, ale w końcu lecimy. Siedzę w jednym z pierwszych rzędów i zauważam jak cicho jest w porównaniu z samolotem z gondolami silnikowymi pod skrzydłami.
Lot trwa nieco ponad godzinę, ładna pogoda pozwala na obserwację polskiego wybrzeża - widać Kołobrzeg, Ustkę, jeziora Jamno, Bukowo, Gardno i Łebsko. A na zniżaniu oblatujemy od wschodu całą Warszawę, widzę Zalew Zegrzyński, Legionowo, Mińsk Mazowiecki, Otwock i Piaseczno. Lądujemy tuż przed zachodem słońca. Pierwszy zachód słońca od kilku dni.
Szybko jedziemy do terminala, nasze bagaże też szybko pojawiają się na taśmie. Żegnam się z grupą. Jeszcze autobus, metro i jestem w mieszkaniu. Jutro niestety całodniowy służbowy wyjazd, nawet nie zdążę się zregenerować.
Kolejny wyjazd na Svalbard był bardzo udany. Trafili mi się bardzo ciekawi i
fajni ludzie, nikt nie robił żadnych problemów, nikt nie był roszczeniowy.
Wspólne kolacje i rozmowy wspominam niezwykle ciepło. Dla takiej grupy aż się
chce pracować, widząc że oni też są zadowoleni. Pogoda dopisała, widoki były
wspaniałe. Niestety znów nie dane było mi ujrzeć niedźwiedzia polarnego, ale
liczę że w końcu to nastąpi.
Kilka zdjęć pochodzi od uczestników wycieczki - niektóre ujęcia z samolotu czy z psich zaprzęgów.



















































































































