poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Weekendowy wypad do Budapesztu

Wyjazd do stolicy Węgier miałem w planie od kilku miesięcy. Byłem już w tym mieście, ale Ewa i jej synowie jeszcze nie, więc uznaliśmy że może być to ciekawa sprawa. Założyliśmy dojazd samochodem i nocleg na jakimś kempingu w mieście, by wyszło niedrogo i z pewną dozą przygody. Zaklepałem nawet na wszelki wypadek miejsca na kempingu położonym we wschodniej części miasta, blisko końcowej stacji metra lini M2.

Po południu w czwartek docieram do Ewy. Analizujemy wspólnie plan na zwiedzanie i prognozy pogody. Ma być straszliwy upał, temperatura może przekraczać 40 stopni. W dodatku okazuje się, że za cenę dwóch nocy dla 5 osób w 2 namiotach można bezproblemowo wynająć mieszkanie znacznie bliżej centrum miasta. Natychmiast rezygnujemy z myśli o kempingu, bo to jest kompletnie bez sensu. Mieszkanie które wybieramy ma klimatyzację, łazienkę, dwa osobne pokoje i darmowe miejsce parkingowe w pobliskim centrum handlowym. Kemping nie ma tu nawet startu. Co więcej, można by znaleźć nawet tańsze mieszkania niż ten kemping, ale to jest dla nas optymalne. Robię rezerwację na dwie noce.

W piątek po powrocie Ewuni z pracy jemy szybki obiad, pakujemy się do samochodu i ruszamy w drogę. Po wjechaniu na ekspresówkę S1 i przebyciu kilku kilometrów trafiamy na jakiś wypadek, ale na szczęście przystopowuje to jazdę tylko chwilowo. Mijamy Bielsko-Białą, Żywiec i wspinamy się coraz wyżej w stronę słowackiej granicy. Tunel koło Milówki jest zamknięty i objeżdżamy go lokalnymi drogami. Po stronie słowackiej cała droga jest zamknięta i od razu kierujemy się gdzieś w bok. Nawigacja prowadzi nas wąską, krętą drogą, gdzie przekroczenie 50 km/h jest już wyzwaniem. Po kilkunastu kilometrach docieramy do drogi nr 11 prowadzącej do Żyliny. Ruch spory, ale jedzie się płynnie.

W Żylinie skręcamy w lewo, na Martin. Droga na tym odcinku jest bardzo malownicza, wiedzie przełomem Wagu między górami Małej Fatry. Na okolicznych szczytach widzimy kilka interesujących zamków, które może kiedyś warto byłoby odwiedzić. Mijamy Martin, teren staje się nieco mniej górski i można pojechać szybciej. Kolejne większe miasto to Żar nad Hronem, tu zaczyna się płatna droga ekspresowa, ale my uznaliśmy, że na pojedynczy przejazd nie opłaca nam się kupować winiety, więc jedziemy równoległą drogą lokalną. Wreszcie miejscowość Nova Bana, gdzie zjeżdżamy nieco z trasy, bo Ewa znalazła tu ciekawy obiekt. Po krótkiej chwili docieramy do ładnej cerkwi, której robimy kilka zdjęć. Jeszcze zakupy w pobliskim markecie.

Jedziemy dalej na południe. Ta część Słowacji nie jest jakaś zachwycająca. Miasteczka i wsie są zaniedbane, przy drodze często widać opuszczone domy, w których koczują Romowie. Ale w sumie bez różnicy, bo i tak nie mamy planów by cokolwiek tu zwiedzać. Ewunia próbuje internetowo zameldować nas w wynajętym mieszkaniu. Aplikacja jest jakaś wadliwa, bo po zeskanowaniu dokumentu nie da się wybrać narodowości, a bez podania narodowości nie można przejść dalej. W końcu zatrzymujemy się na chwilę i dzwonimy do właścicielki. Tłumaczę na czym polega problem, ona odpowiada, że postara się to ręcznie zrobić i wyśle nam link do uzupełnienia danych. Ruszamy dalej, czas mija, a żadnego maila nie dostajemy. W końcu Ewa próbuje zeskanować nie dowód osobisty, a paszport. I tu nagle magicznie wszystko działa. Wkurza nas nieco, że aplikacja jest niedopracowana, nie da się obejść jej kaprysów, a gdybyśmy tego paszportu nie mieli, to byłby problem z zameldowaniem.

Docieramy do położonego nad Dunajem, na słowacko-węgierskiej granicy miasta Ostrzyhom. Już z oddali widać niezwykle okazałą bazylikę. Jest godzina 20, nie mamy czasu na jej zobaczenie z bliska. Krótki postój na stacji benzynowej i kierujemy się dalej do Budapesztu. Pozostało niby 45 km, ale to ponad godzina jazdy. Teren robi się znów dość mocno górzysty, a w dodatku jest tu bardzo dużo fotoradarów, więc trzeba szczególnie uważać. W końcu mijamy tabliczkę z napisem "Budapest". Teraz już jazda ciągle w dół, w coraz większym miejskim ruchu. Docieramy do rozświetlonego centrum, przejeżdżamy przez Dunaj ciekawym, nitowanym mostem. Jeszcze kilkanaście minut i parkuję w jakiejś bocznej uliczce. Ewa wraz z synami idzie do mieszkania, położonego gdzieś w pobliżu. Po kilku minutach wraca sama, z kartą otwierającą szlaban na parking. Jednak aby dotrzeć do centrum handlowego musimy zrobić pętelkę, bo uliczki tu są jednokierunkowe. W końcu jesteśmy, ale karta nie otwiera szlabanu. Na szczęście zadzwonienie do ochrony i podanie hasła które wcześniej dostaliśmy w mailu rozwiązuje problem. Zostawiamy auto i idziemy do mieszkania. Wszyscy jesteśmy mocno zmęczeni i szybko kładziemy się spać.


Rano postanawiamy ruszyć jak najwcześniej. Plan zakłada podjechanie samochodem do północno-zachodniej części miasta. Są tam rzymskie ruiny, które bardzo interesują jednego z synów Ewy. A w pobliżu jeszcze ciekawsza sprawa, czyli Muzeum Aquincum. Tam były rzymskie łaźnie, ale wokół ich ruin jest duża ekspozycja starożytnych ciekawostek. Docieramy tam dość szybko, muzeum akurat otwierają. Spędzamy tu dobrą godzinę i choć Jul mógłby tu siedzieć cały dzień, to reszta już się nudzi i powoli musimy się zbierać.



Drugi obiekt jest właściwie poza miastem, na południu. Jedziemy tuż nad brzegiem Dunaju, z samochodu wspaniale widać całe centrum. Potem jednak odbijamy nieco w prawo i oddalamy się od rzeki. Dojeżdżamy do położonego przy drodze nr 7 Memento Parku - czegoś w rodzaju muzeum komunistycznych pomników z czasów słusznie minionych. Z całych Węgier zebrano tu różnych Leninów, Marksów, Engelsów, wyzwolicieli z Armii Czerwonej i innych robotników młotem wykuwających sierp. Nie powiem, ciekawe, wszyscy robimy tu sporo zdjęć i zastanawiamy się jak Węgrzy po tragicznych wydarzeniach z 1956 roku w ogóle akceptowali jakiekolwiek pomniki "przyjaźni węgiersko-radzieckiej". Jest tu też potężny cokół, na którym pozostały ogromne buty. Jak się okazuje, był to pomnik Stalina, który jednak wysadzono właśnie w czasie powstania węgierskiego i buty to jedyne co po nim pozostało.










Wracamy do miasta, zostawić samochód na naszym podziemnym parkingu i ruszyć na pieszą wycieczkę. Dojazd zajmuje dłuższą chwilę. Bierzemy ze sobą duże zapasy picia, bo upał robi się już koszmarny i powoli zbliża się południe. 

Idziemy naszą Ulloti utca w stronę rzeki. Mijamy kilka ciekawych budowli, z których zdecydowanie najciekawsza jest historyczna hala handlowa czyli Nagycsarnok. Oczywiście węgierskie nazwy nic kompletnie nam nie mówią, ale hala jest dość rozpoznawalna. Potem przechodzimy na most, którym wczoraj wieczorem przyjechaliśmy. Ma ciekawą, metalową konstrukcję, ale jest dość wąsko. Robimy sporo zdjęć, bo miasto prezentuje się stąd bardzo ciekawie. W Dunaju wody obecnie jest bardzo mało, panuje susza. Ale przyznać trzeba - rzeka rzeczywiście ma modry kolor. W pobliżu jest wzgórze Gellerta, na którym jest cytadela, ale darujemy sobie wejście na górę. Jest zdecydowanie zbyt gorąco, skoro w cieniu jest 40 stopni, to ile musi być w słońcu? Mimo że pijemy co chwila, to trudno to znieść.




Po drugiej stronie rzeki przechodzimy na zacienioną stronę drogi. Kamienne i asfaltowe powierzchnie wręcz parzą. Mimo iż wieje wiatr, to wrażenie jest jakby owiewała nas farelka. Coraz ciężej to wytrzymać, uznajemy że nie ma sensu wspinać się na wzgórze na którym stoi zamek. Wejdziemy na kolejne, tam gdzie jest słynna Baszta Rybacka. Ale najpierw jakiś posiłek i zimny napój. Kupujemy sobie langosze, które są dość przeciętne. Nawet w Polsce jedliśmy lepsze, nie mówiąc już o tych, które Ewa robi w domu. 



Zaczynamy podejście na wzgórze. Niby wśród drzew, niby w cieniu, ale i tak idziemy wolno. W końcu jesteśmy i jeszcze kawałek rozpaloną uliczką do kościoła św. Macieja i kilku baszt, w tym właśnie Baszty Rybackiej. Stąd rozpościera się bardzo ładny widok na budynek węgierskiego parlamentu, robimy więc kilka zdjęć. Ewa zaczyna źle się czuć, wyraźnie upał jej nie służy. Decydujemy, że w takich warunkach nie da się realizować planu. Musimy zejść do niezbyt odległej stacji metra i wrócić do Pesztu, a tam zdecydujemy co dalej. Idziemy bardzo wolno, jest coraz gorzej. Dopiero chłodzenie się przez polewanie wodą nieco łagodzi sprawę. 




Po zejściu na stację robi się oczywiście o wiele chłodniej. Małym wyzwaniem okazuje się zakup biletów. Chcemy bilety 90-minutowe, bo to nam pozwoli na obejrzenie wszystkiego co chcemy i powrót do mieszkania. Nie działają żadne automaty, pani w kasie mówi że ona... nie sprzedaje biletów. Jedyną opcją jest aplikacja. Tam kupujemy bilety, ale jak się okazuje, trzeba je walidować. Nie ma po prostu opcji kliknięcia, że od teraz je wirtualnie kasujemy. Trzeba zeskanować jakiś QR kod. Gdzie one jednak są? Szukamy, rozglądamy się. Nigdzie nie widać. Zjeżdżamy na sam dół, na peron. Tu też nie ma. Jedziemy z powrotem na górę. No nie widać. No to może w pociągu? Jednak i tam ich nie ma. Przejeżdżamy dwie stacje i gdy wysiadamy i chcemy wyjść na górę, oczywiście trafiamy na kontrolę biletów. Tłumaczę, że nie ma żadnych QR kodów, że szukaliśmy. No podobno są na jakiś starych kasownikach. Kontroler pokazuje nam nawet ich zdjęcie. Może i są, ale było to w jakimś totalnie nieoczywistym miejscu. Mówię że chętnie skasujemy tu, przecież nie kupiliśmy ich po to by oszukiwać, tylko nie ma jak ich uruchomić. No ale tak nie można, należy nam się w końcu mandat. Po dłuższej dyskusji kanar uznaje, że zamiast 5 mandatów da nam 3, no ale już inaczej nie może. Co robić, i tak poszedł nam na rękę. Wkurzamy się, bo system jest beznadziejny. Powinny być bramki, że bez biletu nie da się wejść, a nie szukanie jakiś małych QR kodów. A jak już są OR kody, to powinny być co metr, a nie jeden czy dwa w bliżej nieznanym miejscu.

Tu OR kody już znajdujemy i uruchamiamy bilety. Jedziemy teraz linią M1, która jest najstarszym metrem w kontynentalnej części Europy. Stacje są malutkie, wagony też. Ale nawet i tu, na każdej stacji przy każdym wyjściu stoi po dwóch kanarów. Biorąc pod uwagę sieć metra w Budapeszcie, to muszą zatrudniać minimum 1000 osób do kontroli biletów, zamiast jak w cywilizowanym kraju zrobić mądry system. 

Wysiadamy przy Placu Bohaterów. Są tu pomniki węgierskich monarchów i innych ważnych postaci. Ale plac to ogromna kamienna powierzchnia. Teraz działa jak patelnia. Kilka zdjęć i z powrotem do metra, bo nie da się wytrzymać. Przesiadamy się jeszcze w linię M2 i po kilkunastu minutach docieramy w okolice naszego mieszkania. Uznajemy, że koniec męczarni na dziś. Robimy tylko zakupy w centrum handlowym na jutro - głównie picie, ale też jakieś chipsy i paluszki. Z ulgą wracamy do klimatyzowanego wnętrza. Jeszcze wieczorem wychodzę na chwilę kupić jakieś gyrosy dla wszystkich, bo jednak trzeba zjeść coś konkretnego, a langosze były tylko przekąską. Sprawdzamy prognozy na jutro i decydujemy wyjechać wcześnie rano i nic już w Budapeszcie nie zwiedzać, bo ma być równie ciepło. Za to zobaczymy kilka ciekawostek w Słowacji.


Budzimy się przed 8 i dość szybko zbieramy. Ruszamy na północ, ale wschodnią stroną Dunaju. Tankuję do pełna, wydając pozostałe forinty jakie miałem w gotówce. Mijamy miasta Dunakeszi i Vac. Teren robi się dość górzysty, zaskakująco jak na wydawałoby się nizinne Węgry. Dopiero po jakiś 2 godzinach jazdy przekraczamy słowacką granicę. Zatrzymujemy się na chwile odpoczynku, jednak na zewnątrz znów jest straszny upał. Odpuszczamy sobie najbardziej obszerną czasowo część planu na dziś, czyli zwiedzenia miasteczka Bańska Szczawnica. Jednak inne miejsca, wymagające mniejszego przebywania w upale, już odwiedzimy.

Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymujemy się w miejscowości Dudince. To coś w rodzaju rozległego sanatorium. Są tu różne mineralne wody, jest cały szereg hoteli i park zdrojowy. Nas jednak interesują ruiny rzymskich łaźni. Po kilkuset metrach spaceru docieramy też do basenu, przy którym jest ciekawe, naturalne źródło tryskające w górę, jak mini gejzer. A jeszcze kawałek dalej - miejsce gdzie cuchnące siarkowodorem wody spływają do lokalnej rzeczki, tworząc ciekawe osady. Po obejrzeniu wszystkich miejsc i niemal ugotowaniu się w narastającym upale, wracamy do samochodu.



Jedziemy słowacką drogą nr 66, która przybrała symbolikę od słynnej amerykańskiej Route 66. Na mijanych stacjach benzynowych są charakterystyczne tabliczki w amerykańskim stylu. Ale jest to również europejska trasa E77, która przebiega też przez całą Polskę.

Mijamy miasto Zwoleń, gdzie ukazują się przed nami karpackie pasma górskie - Wielka Fatra i Niżne Tatry. Zjeżdżamy do miasteczka Sliac. Jest tu zaliczany do listy UNESCO zabytkowy drewniany kościół. Prezentuje się bardzo ciekawie i robimy mu kilka zdjęć. A zaraz obok stary zespół pałacowy, który jednak jest mocno zrujnowany i dopiero trwają tu prace renowacyjne.


Jedziemy dalej, mijając dość duże (jak na słowackie warunki) miasto, jakim jest Bańska Bystrzyca. Tu droga wciska się już pomiędzy Wielką Fatrę i Niżne Tatry. Wspinamy się coraz wyżej i wyżej, na przełęcz Donovaly, położoną na wysokości niemal 1000 m n.p.m. Są tu liczne wyciągi narciarskie i węzeł szlaków turystycznych. Nieco dalej jest kolejny obiekt z naszej listy. Skręcamy w prawo i po chwili docieramy do miejscowości Korytnica. Miejscowości... właściwie określenie "uzdrowisko duchów" pasuje bardziej. To dawny kurort i uzdrowisko, który jednak z jakiś powodów całkowicie podupadł, a budynki zostały opuszczone i są teraz w opłakanym stanie, tworząc scenografię jak z horroru. To Ewunia znalazła to miejsce, ma ogromny talent do wyszukiwania takich ciekawostek.

Dłuższą chwilę chodzimy po ciekawej okolicy. Co ciekawe, jedno ze źródeł nadal funkcjonuje i można czerpać z niego wodę. Ciekawi nas, czemu to wszystko upadło, skoro znajduje się w sumie w atrakcyjnym miejscu przy jednej z głównych dróg Słowacji. Czuć tu też różnicę wysokości, jest wyraźnie chłodniej, choć nadal bardzo ciepło.





Wracamy do samochodu. Kierujemy się dalej na północ, do Miasta Rużomberk. Wyłania się majestatyczne pasmo Gór Choczańskich z najwyższym Wielkim Choczem. Tuż za nim Ewa ma wyznaczoną restaurację, ale widząc co się dzieje na parkingach przy wszystkich mijanych knajpach, postanawiamy na wszelki wypadek spróbować już nieco wcześniej, w miejscowości Likavka. W okolicy widać ruiny jakiegoś zamku.

Udaje się zaparkować, a restauracja okazuje się bardzo dobra. Zjadamy solidny posiłek, w moim przypadku jest to bardzo dobra czesnaczka i to co najbardziej lubimy u południowych sąsiadów czyli smażony ser.



Ostatnią ciekawostką jest obiekt w mieście Dolny Kubin. Docieramy do rzeki Orawy, parkujemy na jakimś osiedlu i po chwili wchodzimy na Kolonadovy most. Ciekawa, drewniana, zadaszona konstrukcja. Jakże nie pasuje do "panelaków" z wielkiej płyty.


Teraz już tylko jazda do domu, bez żadnych zatrzymań. Nawigacja kieruje nas na Namiestów, potem już na Żywiec. Pogoda zaczyna się psuć, ale nadciagające chmury przynoszą upragniony spadek temperatury. Jestem przekonany, że granicę przekroczymy w Korbielowie, więc nieco dziwi mnie maleńkie przejście. Ewa sprawdza w telefonie i okazuje się że to boczna droga, do wsi Ujsoły i Rajcza. Może i dobrze, bo dojedziemy do ekspresówki S1 i ominiemy zakorkowany Żywiec. 

Po wjeździe na S1 dociskam już gaz. To jeszcze dobre 60 km, więc jakieś 45 minut jazdy. Jesteśmy wszyscy już mocno zmęczeni. Do domu docieramy przed godziną 18. Cała trasa, która ma mniej niż 500 km, zajęła nam 9 godzin. Bardzo długo, a przecież nie robiliśmy jakiś wielkich wycieczek, a obiad też jedliśmy raczej szybko. Prowadziłem całość sam, w obie strony. Wcześniej robiliśmy to zwykle na zmianę, ale teraz podzieliliśmy się właśnie tak, by Ewa skupia się na nawigowaniu i załatwianiu spraw takich jak meldunek. 

Wyjazd okazał się średnio udany. Potworny upał w Budapeszcie zniweczył część planów, a to co zobaczyliśmy było mocno na siłę. No i mandat, który dostaliśmy w metrze też był zderzeniem z głupim systemem. Bardzo dziękuję Ewuni, że zaproponowała wynajęcie mieszkania a nie nocowanie w namiotach. Cena dokładnie taka sama, a komfort zupełnie nieporównywalny. Nawet nie wyobrażam sobie jak bardzo by nas to wymęczyło, gdybyśmy nie mieli normalnych łóżek i klimatyzacji.