piątek, 22 maja 2026

Ślonsko rajza na kole - rowerowa wycieczka z Dąbrowy Górniczej na Pustynię Błędowską

Dziś rano ruszam z Warszawy do Ewy, ale mam się nie spieszyć i być dopiero wieczorem. Uznaję, że skoro i tak mam wolny dzień, to należy go wykorzystać i jakoś produktywnie wykorzystać czas poza moim rodzinnym miastem. Pogoda ma być ładna, więc biorę do samochodu rower górski. Planuję zostawić auto nad jeziorem Pogoria na przedmieściach Dąbrowy Górniczej i objeżdżając przemysłowe giganty Zagłębia dotrzeć na Pustynię Błędowską, gdzie od niedawna funkcjonuje wygodna i ciekawa trasa rowerowa wokół południowej części pustyni.


Ruszam o 10:30 rano, ruch jest dość spory, ale nie spieszę się zupełnie. Planuję dotrzeć na miejsce około 14, tak by samą trasę zamknąć w jakiś 4 godzinach i około 19 być u Ewy. Próbuję zatrzymać się dwukrotnie aby coś zjeść, ale ogromne tłumy w restauracjach pod Złotymi Łukami na autostradzie A1 odstraszają. Uznaję, że zjem przy drodze S1, tuż przed Dąbrową Górniczą. Tam jest niemal pusto, a posiłek wypada tuż przed rozpoczęciem wycieczki, więc będzie idealnie. Orientuję się, że nie zabrałem ze sobą zapasowej dętki. No cóż, jest ryzyko, jest zabawa. To ponad 30 km w jedną stronę, w dużej mierze lasami. Jak złapię kapcia to znalezienie sklepu rowerowego by zdążyć do niego dojść będzie wyczynem. Ale myślę pozytywnie i w sumie statystyka jest po mojej stronie.

Docieram na parking nad jeziorem Pogoria I. To sztuczny zbiornik, obok jest jeszcze kilka podobnych. To zalane dawne wyrobiska kopalniane, obecnie pełniące rolę rekreacyjną. Są tu jakieś hotele, a po wodzie pływają żaglówki. Przebieram się, biorę plecak z kurtką od deszczu i zapasem wody. Jedzenia nie mam, dopiero co jadłem, a zakup czegoś na trasie będzie raczej bezproblemowy, zresztą to raptem 4 godziny jazdy, nie umrę z głodu.


Objeżdżam jezioro od zachodniej strony, w oczy rzucają się od razu nieodłączne industrialne elementy tych okolic. Po drugiej stronie widać kominy Huty "Katowice", niegdyś wielkiej budowy czasów Gierka. Jest to największy kombinat na terenie Śląska i Zagłębia i w ogóle jeden z największych zakładów przemysłowych Polski. Obecnie huta należy do koncernu ArcelorMittal, światowego potentata w hutnictwie żelaza. Co ciekawe, gdy zakład budowano, doprowadzono tu specjalnie z ZSRR szerokotorową linię kolejową zwaną Linią Hutniczo-Siarkową. Przywożono nią rudę żelaza z Ukrainy, a zabierano siarkę z Tarnobrzega, nie zmieniając na granicy podwozi wagonów.

Tuż obok jest coś, co chciałem zobaczyć, o istnieniu tego dowiedziałem się przypadkiem. To ruiny kawiarni "Arizona" zwanej też z racji kształtu - UFO. No cóż, wygląda ciekawie, szkoda że już nie działa.

Jadę na południe, do bardziej zabudowanej i miejskiej części Dąbrowy Górniczej. Skręcam na wschód, przejeżdżając pod trasą S1 i kierując się wprost do głównej bramy huty. Nie dojeżdżam jednak aż do niej, tylko zgodnie z zaplanowaną wcześniej trasą odbijam na południe. Tu ruch niemal znika, jedzie się przyjemnie, choć tereny są mocno przemysłowe - jakieś place przeładowcze, ogrodzenia, bocznice kolejowe. Wszystko stare i zaniedbane. Pagórkowatość terenu daje się odczuć, raz wspinam się na jakąś górkę, a raz rozpędzam lekko na zjeździe. W końcu rondo a za nim - niezwykła górnicza kolejka, gigantyczny taśmociąg, którym coś się transportuje do huty. Najprawdopodobniej rudę z stacji kolejowej LHS, ale może i koks? Nie wiem sam, ale budowla ciągnie się kilometrami i robi wielkie wrażenie. 


W pewnym momencie pojawia się jakaś mała miejscowość i jest już o wiele ładniej. Chwilę później asfalt znika i szutrową drogą, pnąc się ostro w górę, docieram do torów kolejowych i bocznic. Tu już jest dużo żwiru i błogosławię w myślach, że wziąłem rower górski, a nie szosowy.

Bocznice ciągną się przez kilka kilometrów, teren przypomina mi dosłownie okolice Czarnobyla i Prypeci. Jakby od bardzo dawna nikt tędy nie jeździł, bo na niektórych torach wyrosły nawet drzewa. Stoją jakieś wagony, ale też mam wrażenie, że od lat. W końcu tory odbijają w lewo, a szuter się kończy i zaczyna ślad kół na trawiastej łące, prowadzący w dół. No to już by nie było do pokonania rowerem szosowym, nawet gravel nie byłby idealną opcją. Zjazd jest stromy, robi się wokoło dość mokro - nieomylny znak, że zbliżam się do koryta Przemszy. Jednak najpierw muszę przejechać pod wysokim nasypem kolejowym. Jest tu niesamowita rzecz - wąski tunel, o długości dobrych 150 m. Gdzieś w oddali majaczy światełko na drugim końcu. Jadę bez lampek i w środku robi się na tyle ciemno, że mocno zwalniam, bo nie chcę wpaść w jakąś niezauważoną dziurę.




Za tunelem jest bardzo ładna okolica, są tu zadbane domy. Mijam mostek na Przemszy, znów wspinam się pod górę. Po chwili skręt w lewo i niesamowita rzecz, coś jakby wąwóz lessowy. Krótko, na przestrzeni może 100 m, ale nie spodziewałem się takiej atrakcji. Okolica przypomina mi podkrakowskie jurajskie dolinki w okolicy Ojcowa.


Potem znów kawałek asfaltu, lekko na zachód i odbijam w prawo, w szutrową drogę, która lekko opada, pozwalając mi się rozpędzić do ponad 30 km/h. Jak miło po ostatnich podjazdach. Szybko docieram do kolejnego mostku na Białej, czuję że rzeczki będą mi cały czas towarzyszyć, w końcu Biała Przemsza przecina Pustynię Błędowską, do której mam coraz bliżej. Obecnie jadę pomiędzy Białą i Białą Przemszą, pojawiają się wspaniałe sosnowe lasy rosnące na piaszczystych wydmach. Niemal jak nad Bałtykiem. Mogę powiedzieć że idealne tereny na rower gravelowy. Szutry klasy "premium".

Kilka kolejnych kilometrów przez Lasy Błędowskie jest niezwykle pięknym odcinkiem trasy. Jedzie się szybko, lekko, cisza zupełna, mijam pojedynczych rowerzystów. Pojawiają się oficjalne oznaczenia szlaku Velo Przemsza. W końcu docieram na skraj pustyni, gdzie zaczynają się już betonowe płyty, również określiłbym je klasą premium. To nowo wybudowana trasa wokół południowej części pustyni, wiedzie dokładnie jej skrajem, więc widok są kapitalne. 




Kilka razy zatrzymuję się na zdjęcia. Ta część Pustymi Błędowskiej została chyba oczyszczona niedawno z roślinności, bo jest to zupełny piasek. Wiadomo, nie jest to pustynia Wadi-Rum na której byliśmy w styczniu (patrz tu), ale jak na polskie warunki jest unikatowa. Choć warto podkreślić - nie jedyna. Podobny, albo i ciekawszy klimat ma Mierzeja Łebska, a większy powierzchniowo piaszczysty teren to poligon czołgowy Żagań-Świętoszów, choć nie jest dostępny dla każdego. W skali europejskiej znacznie większe są położone na Ukrainie Oleszkowskie Piaski i hiszpańska pustynia Tabernas, ale i tak Pustynia Błędowska jest jedną z niewielu w Europie w ogóle.

W pewnym miejscu jest możliwość odbicia na północ, na tzw. Ścieżkę po Palach. Oczywiście jadę tam, bo z tego co wiem to nowo oddany obiekt. Trasa przecina długimi kładkami dolinę Białej Przemszy i docieram nią aż na północną, większą część pustyni. Mimo że jest tu zakaz robienia zdjęć (poligon wojskowy, są tu zapewne niezwykle tajne instalacje i zrobienie zdjęcia piachu po horyzont jest poważnym przestępstwem) nic sobie z niego nie robię. Jakoś nie widać ukrytych wyrzutni rakiet miedzykontynentalnych. A trzeba przyznać, Pustynia Błędowska była poligonem jeszcze przez II wojną światową, trenowali tu potem Niemcy ze swoim Afrika Korps, a potem odbywały się próby rakiet do badań atmosfery. Czasem też zrzucano tu spadochroniarzy. Ot taki tam poligon. Tu nie ma już drogi betonowej, ale bardzo porządna ubita trasa do Chechła. Ja jednak wracam pomostami na południową część pustyni.




Teraz objeżdżam wschodni jej kraniec, rowerzystów pojawiło się nieco więcej, ale ogólnie jest bardzo pusto. Tu ścieżka ma nawet oświetlenie. Jest to nie tylko rowerowy, ale również pieszy szlak. Kieruję się na zachód i docieram w końcu do Róży Wiatrów. To ileś tarasów widokowych, jakieś niemieckie armaty, można tu coś zjeść. Widać, że teren ma duży potencjał turystyczny i świetnie, że coś się tu rozwija. Obok powstaje wielki parking.



Kieruję się na południe, a potem asfaltową drogą na zachód, do miejscowości Bolesław. Cały czas przez piękne lasy, więc mimo że asfaltem, to jedzie się bardzo przyjemnie. W miejscowości Hutki jest zniszczony most, trwa przebudowa, muszę objechać bokiem, a tworzy się tu potężny korek. Do Bolesławia jadę w bardzo konkretnym celu. Jest tam niezwykłe miejsce, pokazujące jak mocno działalność górnicza może odbić się na powierzchni. Kilka lat temu wybudowano obwodnicę miasteczka, ale w wyniku szkód górniczych powstało wielkie zapadlisko i trasę i okoliczny las zalała woda. Miejsce unikatowe w skali Polski. Przejeżdżam wiaduktem nad drogą krajową nr 94 i po chwili jestem. Niby zakaz wjazdu, ale oczywiście wchodzę i to nie tylko ja. Wygląda to ciekawie i przerażająco zarazem. Lokalni mieszkańcy nazwali zalaną obwodnicę "podwodnicą"... no trudno ująć to lepiej.



Jadę na zachód, najpierw lokalnymi drogami, a potem drogą prowadzącą wzdłuż ruchliwej drogi 94, łączącej GOP z Krakowem. Głośno, w dodatku sporo długich i ciężkich podjazdów, a powoli wychodzi zmęczenie, na liczniku już ponad 50 km. W pewnym momencie asfalt znika i jadę zupełnie kamienistą, a potem polną drogą, gdzie o dziwo, na szczycie wzniesienia jest pełno błota. Nie w dołku, a na szczycie... dziwne. Na szczęście potem znów asfalt i pojawia się wreszcie tabliczka "Dąbrowa Górnicza". To jednak złudna informacja, teren miasta jest rozległy i do samochodu mam minimum 10 km. Znów przejeżdżam pod kolejką-taśmociągiem prowadzącym do huty. 



Teraz zaczyna się już miasto. Na szczęście to boczne ulice, ruch niewielki. Góra-dół cały czas, wychodzi już zmęczenie. W końcu znów droga prowadząca do bram huty. Ostatnie kilometry do parkingu przy Pogorii. W końcu jestem. Jeszcze jakieś ostatnie zdjęcia z plaży.


Chwila odpoczynku, dopijam resztkę wody, pisze do Ewy, że przebieram się i ruszam. Upycham rower w bagażniku. Pozostało mi do dojechania jakieś 50 km, ale jeszcze zakupy, robi się późno. W końcu jestem w domu, powoli już się ściemnia.

Wycieczka okazała się strzałem w dziesiątkę. Przejechałem 67 km w bardzo zróżnicowanym terenie, zobaczyłem masę fantastycznych miejsc. Obecnie Pustynia Błędowska jest świetnie przygotowana na odwiedzenie jej rowerem, choć polecałbym minimum rower gravelowy, a jeszcze lepiej MTB.

Załączam mapkę mojej wycieczki. 

sobota, 21 marca 2026

Rowerowa wycieczka na plażę w Arciechowie

W sobotę idę do pracy dopiero na 18:30, więc cały niemal dzień mam wolny i korzystając z dobrej pogody mogę zrobić pierwszą wiosenną wycieczkę rowerową. Stawiam sobie za cel przejechanie minimum 5 godzin i 100 km. Będzie to pierwsza na tyle długa jazda, nie ma co szaleć z tempem. Za swój cel obieram środkową część Zalewu Zegrzyńskiego, miejsce gdzie Bug wpada do Narwi.


Ruszam dopiero około 11, dość szybko zatrzymuję się i zakładam rękawiczki, które na szczęście zabrałem. Wieje silny, zimny wiatr i do tego prosto w twarz. Uznaję, że za chwilę się rozgrzeję, ale jakoś mijają kilometry, a mi nadal tak samo zimno. Jadę Trasą Siekierkowską, pokonuję Wisłę i docieram na Gocław. Po kilku dalszych kilometrach zatrzymuję się przy ulicy Marsa, gdzie wyjmuję z plecaka termoaktywną koszulkę zabraną na wszelki wypadek i zakładam ją na siebie. Dopiero teraz robi się komfortowo.


Przejeżdżam przez Rembertów, Zielonkę i Kobyłkę. Tam skręcam na północ, do Nadmy, przecinając wiaduktem ruchliwą trasę S8. Ta trasa nad Zalew jest lubiana przeze mnie, nie ma tu tłumów rowerzystów, nawet ruch samochodowy jest mocno ograniczony. Docieram do Słupna, gdzie przecinam drogę nr 629 łączącą Marki z Radzyminem. Lokalnymi drogami objeżdżam Radzymin po jego obrzeżach - nie ma żadnego sensu jechać przez środek miasteczka. Drogi są wyremontowane, niektóre dopiero niedawno doczekały się asfaltu, jedzie się komfortowo, choć cały czas pod silny wiatr. Zaczyna się ładny i ciekawy fragment, gdzie droga przecina tereny rekreacyjne, przypominające mi Rynię albo Wilgę.

Po wyjechaniu z Radzymina mijam Rudę i zatrzymuję się na moście nad Rządzą - niewielką rzeką, która wpada do Narwi, a właściwie już do szeroko rozlanej części Zalewu Zegrzyńskiego. Kawałek dalej wieś Stare Załubice, gdzie skręcam w najkrótszą drogę prowadzącą do niedalekiego już Arciechowa. Z początku jest to dobrej klasy szuter, gdzie na szosowych oponach jedzie się całkiem nieźle. 



Niestety, już po jakimś kilometrze droga staje się mocno piaszczysta, koła grzęzną i wymaga to ode mnie sporego wysiłku. Miejscami jest gruby żwir, ale to też niezbyt pomaga. Po chwili jakieś zabudowania - to już Arciechów, ale jakość drogi nie poprawia się. Docieram w końcu do starorzecza Bugu, a po chwili do wału przeciwpowodziowego. Gdy wchodzę z rowerem na jego koronę, otwiera się widok na cel wycieczki. Plaża jest dość szeroka, ale nie jest tak ładna jak plaże nad Wisłą. Jest tu dużo śmieci, do wody daleko... nie chce mi się tam iść, robię jedynie kilka zdjęć.


Pora kierować się na południe, ale inną drogą niż te piachy, jakimi tu dotarłem. Bliżej Narwi droga jest o wiele lepsza, wkrótce pojawia się asfalt. Docieram do innej części Starych Załubic, gdzie skręcam w kierunku Ryni. Tu znów na chwilkę staję na moście nad Rządzą, rozlaną już o wiele szerzej. Kolejny odcinek jest bardzo malowniczy, prowadzi przez sosnowe lasy położone na piaszczystych wzniesieniach.



Za Rynią, na początku Białobrzegów, zatrzymuję się przy dawno już opuszczonym ośrodku wypoczynkowym. Robię kilka zdjęć ogołoconym z wszystkiego domkom. Zjadam wreszcie coś, bo od początku wycieczki mój zapas sił już zmalał, a mam jeszcze ponad 50 km do domu.




Kawałek dalej skręcam pod czynny i ładnie odnowiony hotel. Stąd otwiera się piękny widok na Zalew. Niestety, nabrzeżem nie da się przejechać dalej, trzeba wrócić do głównej drogi. Objeżdżam też jakiś inny ośrodek, też chyba opuszczony, ale dość niedawno. Zawsze tu straszy, ale nie jest aż tak zniszczony. Przypomina mi bloki w Prypeci.


Wracam nad wodę, do niedawno wybudowanej ścieżki rowerowej. Widoki z niej są kapitalne, dużo ptaków w pobliżu, kaczki i łabędzie wyszukują jakieś smakołyki na dnie. Ścieżka kończy się po jakiś 2 km, ale co budzi moje zaskoczenie - coś zaczęto robić z terenem, gdzie dotąd dało się prosto przejechać do Nieporętu. Jest zagrodzony, podobnie jak stara przystań, gdzie jednak udaje mi się wejść. Ale i jej dni są już policzone. Robię kilka zdjęć i ruszam dalej, do głównej drogi.






W Nieporęcie rozpoczął się remont dawnej, kostkowej drogi dla rowerów, trzeba obecnie jechać jezdnią. Ale dobrze, że coś się ruszyło, bo ta dawno była tragiczna. Mijam most nad Kanałem Żerańskim, skręcam w lewo na rondzie, a kawałek dalej na ścieżkę rowerową nad kanałem. Jedzie się całkiem fajnie, ludzi nieco więcej, ale bez przesady. Najgorzej, że cały czas pod wiatr. Na północ pod wiatr, na południe pod wiatr... pogoda zawsze musi spłatać jakiegoś figla. Ścieżka jest sukcesywnie, z roku na roku wydłużana, ale i tak w pewnym momencie się kończy. Nie chce mi się jechać szutrem nad kanałem, wiec skręcam w stronę Białołęki.


Przecinam Płudy, w sklepie kupuje jakiś batonik. Dodaje to nieco sił. Przecinam linię kolejową, docieram do ulicy Modlińskiej. Niby blisko, a jednak daleko. Postanawiam wracać praską stroną, obawiając się tłumów na Bulwarach. Im bliżej centrum miasta tym ruch większy, a ja mam coraz mniej ochoty cisnąć jakoś mocno. Mijam w końcu Stadion Narodowy.


Mostem Łazienkowskim przedostaję się na drugą stronę Wisły, przejeżdżam nową i nie do końca wiadomo po co zbudowaną kładką nad portem Czerniakowskim. Wydano na nią dużo pieniędzy, służy tylko pieszym i rowerzystom, a 300 m dalej i tak można przejechać, bo port ślepo się kończy. Kolejne pieniądze wyrzucone w błoto przez miasto. 

Dalej już Czerniaków, Stegny, Ursynów. Wreszcie pod domem. Wycieczka to 109 km, pierwsza tak długa w tym roku. Pogoda dopisała, choć wiatr mocno uprzykrzał jazdę. Mam jeszcze niemal 2 godziny do pracy, wypada coś zjeść i się ogarnąć.


Załączam mapkę trasy.