poniedziałek, 31 marca 2025

Rowerowe podsumowanie zimy

Zima 2025 była bardzo słaba rowerowo, choć w zasadzie pogoda była sprzyjająca. Ale i praca i wyjazdy i inne priorytety życiowe niż 2-3 lata temu, skutecznie niwelują takie aktywności. Jeżdżę, nadal lubię, ale czasu na to mało.


Łącznie pokonałem 554 km, podobnie jak zimą zeszłego roku. Jeśli chodzi o styczeń, to było to ledwie 76 km, w lutym lepiej, bo 215 km, a w marcu już 263 km. Są to małe wartości, zdaję sobie sprawę że 1-2 wycieczki rzędu 100 km, dałyby całkiem inny obraz sytuacji. Ale to, że niemal każdy wolny dzień wykorzystuję na budowę szczęśliwej przyszłości, pozostawia rower w dalekim odwrocie.

Załączam mapki wszystkich wycieczek powyżej 30 km.


Oczywiście, jak zwykle, liczę że wiosna będzie lepsza. Bo pewnie będzie, pytanie czy jeszcze zbliżę się do rocznych przebiegów takich jak kilka lat temu.

Rowerowy początek wiosny na Górnym Śląsku i w Zagłębiu

Początek wiosny spędzam na Górnym Śląsku. Wyjazdy służbowe skierowały mnie do Tychów i Katowic, gdzie odbywają się finałowe mecze ligi hokeja na lodzie. Łączę to z codziennym pobytem u Ewy, a że trafiają się jedno lub dwudniowe przerwy, to wykorzystuję ten czas na rowerowe wycieczki po okolicy. 

Pierwszą dłuższą wycieczkę robię w czwartek. Moim celem jest trasa do Tychów, potem do Mikołowa, a potem... no zobaczę, wszystko będzie zależało od pogody. A jest przede wszystkim wietrznie, więc ubieram się niemal zimowo. Ciepłe, nieprzewiewne spodnie, softshellowa kurtka, rękawiczki. Ruszam z Brzeszcz lokalnymi drogami, kierując się na zachód. Wkrótce docieram do Wisły, w tym miejscu jeszcze małej i wąskiej rzeczki. Jest tu niewielki drewniany most, o małej nośności, więc jest na nim ruch wahadłowy.


Za mostem skręcam w prawo, w drogę w kierunku Jedliny. Droga jest zamknięta dla ruchu samochodowego, bo przecina budowaną obwodnicę Oświęcimia. Ale rowerem nie ma problemu by przejechać, ba, mógłbym pojechać już tą budowaną drogą, bo asfalt jest. Jadę jednak lokalną, wkrótce przejeżdżając nad wiaduktem nad również budowanym odcinkiem ekspresówki S1 do Bielska-Białej, od której ma odchodzić obwodnica Oświęcimia. 



Przecinam Bojszowy, a następnie pięknymi lasami za Świerczyńcem kieruję się w stronę Tychów. Bloki miasta już się wyłaniają, choć od tej strony jest typowo przemysłowa dzielnica, którą muszę pokonać. Ani tu widoków, ani nic ciekawego. W końcu dojeżdżam do drogi nr 1, przecinam ją i wjeżdżam do południowych dzielnic Tychów.


Kieruję się na północ, w stronę Stadionu Zimowego, czyli lodowiska, gdzie spędziłem dwa poprzednie dni przy realizacji kolejnych meczów finału hokeja na lodzie. Tychy są miastem młodym, prawa miejskie dostały po II wojnie światowej i zostały wybudowane w zasadzie od zera. Są dość przejrzyste architektonicznie, mają szerokie, dwupasmowe ulice, sieć trolejbusów i tramwajów. Należy im oddać, że choć są typowym miastem przemysłowym, to bez bagażu starej zabudowy, często w postaci ruder - wydają się przyjemnym miejscem do mieszkania. Mimo typowej zabudowy z okresów Gomółki i Gierka, obecnie trwa w najlepsze budowa kolejnych, współczesnych osiedli mieszkaniowych. Obok lodowiska jest osiedle niewysokich bloków, na którym jest dość ciekawa rzecz z lat 70-tych - betonowa "zjeżdżalnia". Nie wiem czy da się z niej zjechać, ale to ciekawy obiekt architektury brutalizmu.




Kieruję się jeszcze odrobinkę na wschód. Jest tu coś, co od zawsze jak tu bywam przykuwa wzrok. Co to jest? Postanawiam obejrzeć z bliska. Myślałem że to jakiś nieukończony obiekt przemysłowy, bo wygląda niemal jak kosmodrom. Jest to jednak... kościół pw. Św. Franciszka i Św. Klary. Kościół... no cóż, wolę jednak bardziej klasyczne formy.


Jadę teraz już na zachód ulicą Jana Pawła II. Tu już widać jednak dawny PRL i lata 90-te zeszłego wieku. Trochę jakby czas się zatrzymał. Bloki, pomiędzy którymi jest po prostu pusta, niezagospodarowana przestrzeń, podziemne przejścia zabezpieczone siatką, by nikt nimi nie przechodził, dziurawe chodniki. Wiele jest jeszcze do wyremontowania.




Jadąc dalej na zachód, kieruję się w stronę stacji kolejowej, która leży zupełnie na uboczu, niemal poza miastem. Tu nawet omijam ją jakimiś szutrówkami. Jest tu lokalny Browar Obywatelski. Choć oczywiście Tychy słyną z produkcji piwa, to jest w nim kilka browarów, a ten który mijam jest dość historyczny. Leży oczywiście przy ulicy... Browarowej.

Wiem, że dalsza jazda w stronę Mikołowa wymaga albo nieprzyjemnego i ryzykowanego posuwania się ruchliwym poboczem drogi nr 44, albo znalezienia jakiejś równoległej alternatywy. Na szczęście, dosłownie 200 m od drogi głównej, są lokalne ulice, którymi pokonuję kilka dalszych kilometrów. W końcu pojawia się jednak szutrówka i to z lekkim podjazdem pod górę. Na szosowych oponach to nic przyjemnego. Mijam tabliczkę z napisem "Mikołów" ale to niczego nie zmienia.


Po kilku minutach i tak docieram do drogi nr 44 i nie mając wyboru jadę jej poboczem. Dobrze, że ono tu istnieje, bo ruch duży i samochody jadą szybko. Po kilku minutach zjeżdżam z dość stromej góry prosto do centrum miasta. Wjeżdżam w uliczki nieco starszej części i na rynek, gdzie zatrzymuję się na krótką chwilę.




Pora kierować się powoli w stronę domu, bo na liczniku już ponad 40 km. Mam do wyboru albo powrót zbliżona trasą, czyli przez Tychy, albo pojechanie przez Łaziska i Pszczynę. Wybieram drugi wariant, zobaczę więcej ciekawych miejsc. Trasa staje się też bardziej wymagająca, znacząco wzrasta ilość stromych zjazdów i podjazdów. Okolica jest mocno pagórkowata, są tu też hałdy z kopalń i elektrowni. W Łaziskach Dolnych docieram do bardzo ciekawego obiektu - starej wieży ciśnień.


Teraz dość długi i szybki zjazd, w stronę Łazisk Średnich. Jest tu Hałda Skalny, z której roztacza się bardzo fajna panorama i na której już byłem (patrz tu). Teraz, z rowerem szosowym... nie ma szans ani sensu pchać się na górę, bo to kawał podejścia. Objeżdżam hałdę i mijam kopalnię "Bolesław Śmiały".


Znaki informują, że droga na Pszczynę jest nieprzejezdna. Fatalnie, bo to oznacza, że muszę jakoś przebić się na Tychy, a wokoło są lasy i nie jest to takie oczywiste na rowerze szosowym. Jednak widzę, że samochody kierują się na południe. Zakładam więc, że droga jest w mocnej przebudowie, ale przejechać się da. No i rzeczywiście, co i rusz jest zwężenie do jednego pasa i ruch wahadłowy. Robię jeszcze zdjęcie pozostającej za plecami elektrowni "Łaziska".


Droga w kierunku Pszczyny staje się wyzwaniem. Najgorsze są te wahadłowe odcinki. Na czerwonym świetle ustawia się kolejka samochodów, jest na tyle wąsko że nie mają jak mnie wyprzedzić, więc cisnę ile sił, by nie blokować ruchu. Potem chwila normalnej jazdy i znów czerwone. I znów taki zryw. Wysiłek interwałowy znacznie bardziej daje w kość niż ciągły, więc po iluś takich przyspieszeniach zaczynam czuć, że siły nieco słabną.


Docieram w końcu do miejscowości Kobiór. I tu robi się problem, bo jedyną drogą na południe, jest droga nr 1 - krajowa dwupasmówka z potężnym ruchem. Co gorsza, jest zakaz jazdy rowerem. Ale jakoś muszę przecież przejechać. Na szczęście jest dość szerokie pobocze, a do pierwszej drogi w bok mam ledwie kilka kilometrów. Z duszą na ramieniu i dość szybko pokonuję niebezpieczny odcinek i skręcam do miasteczka Piasek. Tu już normalne ulice, tu już równoległa do "jedynki" lokalna droga prowadząca do Pszczyny. Jestem już głodny, woda mi się skończyła. W dodatku, gdy w Pszczynie skręcam w kierunku Międzyrzecza - jadę niemal prosto pod wiatr, co wysysa resztkę sił. Zatrzymuję się przy jakimś sklepie, batonik i izotonik znacząco pomagają. Pozostało kilkanaście kilometrów do domu. Okoliczne lasy są bardzo ładne, jest tu nawet rezerwat żubrów!


Zmagając się z wiatrem docieram wreszcie do budowanej drogi S1 i kawałek za nią do górniczego osiedla Wola. Miejscowość jest typowa dla takich zakładów przemysłowych. Wybudowana od zera wraz z kopalnią "Czeczott", po likwidacji kopalni mocno podupadła i zaniedbana. To brzydkie bloki i sypiący się beton. Mimo, że zakład nie funkcjonuje i nie wydobywa już węgla, to jednak nadal zatrudnia sporo ludzi i choćby sadząc po samochodach - nie ma tu jakiegoś strasznego bezrobocia.




Minąwszy kopalnię jadę jeszcze dłuższą chwilę przez Wolę, skręcam nad Wisłę, na drewniany most pokonywany kilka godzin temu. Jeszcze chwila i jestem pod domem. Uff... 85 km, wiatr momentami mocno dawał w kość. Pora na uzupełnienie wypalonych kalorii.


W sobotę mam kolejny mecz, tym razem w Spodku, w Katowicach. Około południa udaje się też sfotografować częściowe zaćmienie słońca, mimo dość licznych chmur. 


Na rower czasu nie ma, ale wracając, już po zmroku, postanawiam zrobić kilka zdjęć bardzo wdzięcznego obiektu, jakim jest elektrownia "Jaworzno". Dość po omacku szukam odpowiedniego miejsca i nie jest ono optymalne. Coś uzyskuję, ale muszę okolicę zwiedzić rowerem, by znaleźć takie miejsce na przyszłość. W sumie to brzmi jak dobry plan na jutro. Wieczorem robię krótką, 10-kilometrowa trasę po samych Brzeszczach, tak by się rozruszać.





 

Niedziela rano jest jeszcze pogodna, ale prognozy zapowiadają załamanie pogody pod wieczór. Należy wykorzystać to co się ma, ale teraz nie mam aż tyle czasu. 3,5 godziny to maksimum. Dotarcie w okolice Jaworzna jest zupełnie wykonalne.

Ruszam na północ, kierując się przez Oświęcim. Szybko przejeżdżam przez zachodnią część miasta i przecinam Wisłę, na której przebiega granica województw małopolskiego i śląskiego. Po chwili docieram do Nowego Bierunia. Jest tu coś w rodzaju powitalnego znaku miasta, a kawałek dalej pomnik powstańców śląskich.




Jadąc dalej wzdłuż drogi nr 44 dojeżdżam do kopalni "Piast". Tu jednak wszystko wygląda o wiele lepiej niż w Woli, kopalnia działa nadal i wszystko jest wyraźnie zadbane.


Cisnę jeszcze kawałek w kierunku Tychów, ale skręcam na północ i znów na zachód, na znacznie mniej ruchliwe drogi. Zauważam, że w gniazdach siedzą już bociany. Wiosna przyszła. Wzdłuż drogi pojawia się też wygodna ścieżka rowerowa, prowadząca do Lędzin.




W Lędzinach skręcam na północ, w stronę kolejnej kopalni. To KWK "Ziemowit", która w zasadzie jest pod ziemią połączona z kopalnią "Piast" z Bierunia. Ona jakoś od zawsze ciepło mi się kojarzy. Gdy jako dzieciak, w latach 80-tych zeszłego wieku jeździłem z Rodzicami pod namiot na Mazury, to obok był luksusowy jak na tamte czasy ośrodek wypoczynkowy KWK "Ziemowit", gdzie było względnie tanie i dobre wyżywienie, z którego korzystaliśmy. Kopalnia jest fotogeniczna, pogoda też robi swoje.




Jadę dalej w stronę centrum Lędzin. Miasteczko, podobnie jak inne na Górnym Śląsku rozwinęło się dzięki istniejącej tu kopalni. Nie zatraciło jednak uroku nieco starszej zabudowy.


Mijam wiaduktem drogę nr 1, a właściwie miejsce, gdzie kończy się S1 i zaczyna już normalna dwupasmówka. Tu powstaje też węzeł drogowy, skąd dalszy ciąg S1 (ten koło Oświęcimia i Woli) pójdzie na południe, do Bielska-Białej. To już teren Mysłowic, jednego z większych miast śląskiej aglomeracji. Jednak na razie to tylko droga w lesie, żadnych zabudowań. Jadę wzdłuż S1, potem wzdłuż lini kolejowej. Po lewej widać ładnie najwyższy w Polsce maszt radiowy RTCN Kosztowy, liczący 359 m wysokości.



Wiać zaczyna coraz mocniej, od zachodu nadciągają chmury. Nie dotrę jednak pod samą elektrownię "Jaworzno", choć mam już blisko. Ładnie prezentuje się z wiaduktu nad S1, skąd robię jej kilka zdjęć. Elektrownia jest jedną z największych w Polsce (na 4 miejscu, za elektrowniami "Bełchatów", "Kozienice" i "Opole") i ma kilka bloków energetycznych o łączniej mocy ok. 2400 MWe i 390 MWt. Jej komin jest najwyższy w Polsce i ma 306 m wysokości.

Po zrobieniu zdjęć wracam kawałek na południe i kieruję się najprostszą trasą na Bieruń, czyli drogą nr 934 przez Imielin i Chełm Śląski. Niedawno wyremontowana, niemal na całej długości ma wygodną ścieżkę rowerową. Niestety, teraz mocno pracuję pod coraz silniejszy wiatr. Ale za godzinę będę w domu. Po drodze robię kilka zdjęć.





W Bieruniu skręcam na Oświęcim, ale chcąc uniknąć jazdy przez miasto, wybieram trasę alternatywną - przez Brzezinkę i Harmęże. Tu wiatr dobitnie pokazuje mi, że to on rozdaje karty. Prędkość spada do 20 km/h i nie ma siły by ją przekroczyć. To jeszcze kilka kilometrów, ale męczę się strasznie. Mijam smutny pomnik historii, czyli dawny niemiecki obóz zagłady Auschwitz II Birkenau.



Jeszcze tylko przejazd przez budowaną obwodnicę Oświęcimia, jeszcze kilkanaście minut i jestem pod domem. Dziś 58 km trasy. Mniej, ale też czasu nie było by jeździć większy dystans. Znów uzupełnienie kalorii i regeneracja. O północy mam odebrać Ewunię z lotniska w Krakowie, więc muszę być w pełni sił. A jutro kolejny mecz hokejowy.

Dwa względnie wolne dni dały mi dwie ciekawe trasy. Łącznie z pętlą w Brzeszczach zrobiłem 153 km. Niby niezbyt wiele, ale tereny wymagające, wiatr był, a dawno nie jeździłem żadnych długich dystansów.


Załączam zbiorczą mapkę wszystkich wycieczek.