Początek wiosny spędzam na Górnym Śląsku. Wyjazdy służbowe skierowały mnie do
Tychów i Katowic, gdzie odbywają się finałowe mecze ligi hokeja na lodzie.
Łączę to z codziennym pobytem u Ewy, a że trafiają się jedno lub dwudniowe
przerwy, to wykorzystuję ten czas na rowerowe wycieczki po okolicy.
Pierwszą dłuższą wycieczkę robię w czwartek. Moim celem jest trasa do Tychów,
potem do Mikołowa, a potem... no zobaczę, wszystko będzie zależało od pogody. A
jest przede wszystkim wietrznie, więc ubieram się niemal zimowo. Ciepłe,
nieprzewiewne spodnie, softshellowa kurtka, rękawiczki. Ruszam z Brzeszcz
lokalnymi drogami, kierując się na zachód. Wkrótce docieram do Wisły, w tym
miejscu jeszcze małej i wąskiej rzeczki. Jest tu niewielki drewniany most, o
małej nośności, więc jest na nim ruch wahadłowy.
Za mostem skręcam w prawo, w drogę w kierunku Jedliny. Droga jest
zamknięta dla ruchu samochodowego, bo przecina budowaną obwodnicę Oświęcimia.
Ale rowerem nie ma problemu by przejechać, ba, mógłbym pojechać już tą budowaną
drogą, bo asfalt jest. Jadę jednak lokalną, wkrótce przejeżdżając nad wiaduktem
nad również budowanym odcinkiem ekspresówki S1 do Bielska-Białej, od której ma
odchodzić obwodnica Oświęcimia.
Przecinam Bojszowy, a następnie pięknymi lasami za Świerczyńcem kieruję
się w stronę Tychów. Bloki miasta już się wyłaniają, choć od tej strony jest
typowo przemysłowa dzielnica, którą muszę pokonać. Ani tu widoków, ani nic
ciekawego. W końcu dojeżdżam do drogi nr 1, przecinam ją i wjeżdżam do
południowych dzielnic Tychów.
Kieruję się na północ, w stronę Stadionu Zimowego, czyli lodowiska, gdzie
spędziłem dwa poprzednie dni przy realizacji kolejnych meczów finału hokeja na
lodzie. Tychy są miastem młodym, prawa miejskie dostały po II wojnie światowej i
zostały wybudowane w zasadzie od zera. Są dość przejrzyste architektonicznie,
mają szerokie, dwupasmowe ulice, sieć trolejbusów i tramwajów. Należy im oddać,
że choć są typowym miastem przemysłowym, to bez bagażu starej zabudowy, często w
postaci ruder - wydają się przyjemnym miejscem do mieszkania. Mimo typowej
zabudowy z okresów Gomółki i Gierka, obecnie trwa w najlepsze budowa kolejnych,
współczesnych osiedli mieszkaniowych. Obok lodowiska jest osiedle niewysokich
bloków, na którym jest dość ciekawa rzecz z lat 70-tych - betonowa
"zjeżdżalnia". Nie wiem czy da się z niej zjechać, ale to ciekawy obiekt
architektury brutalizmu.
Kieruję się jeszcze odrobinkę na wschód. Jest tu coś, co od zawsze jak
tu bywam przykuwa wzrok. Co to jest? Postanawiam obejrzeć z bliska. Myślałem
że to jakiś nieukończony obiekt przemysłowy, bo wygląda niemal jak kosmodrom.
Jest to jednak... kościół pw. Św. Franciszka i Św. Klary. Kościół... no cóż,
wolę jednak bardziej klasyczne formy.
Jadę teraz już na zachód ulicą Jana Pawła II. Tu już widać jednak dawny
PRL i lata 90-te zeszłego wieku. Trochę jakby czas się zatrzymał. Bloki,
pomiędzy którymi jest po prostu pusta, niezagospodarowana przestrzeń, podziemne
przejścia zabezpieczone siatką, by nikt nimi nie przechodził, dziurawe chodniki.
Wiele jest jeszcze do wyremontowania.
Jadąc dalej na zachód, kieruję się w stronę stacji kolejowej, która leży
zupełnie na uboczu, niemal poza miastem. Tu nawet omijam ją jakimiś szutrówkami.
Jest tu lokalny Browar Obywatelski. Choć oczywiście Tychy słyną z produkcji
piwa, to jest w nim kilka browarów, a ten który mijam jest dość historyczny.
Leży oczywiście przy ulicy... Browarowej.
Wiem, że dalsza jazda w stronę Mikołowa wymaga albo nieprzyjemnego i
ryzykowanego posuwania się ruchliwym poboczem drogi nr 44, albo znalezienia
jakiejś równoległej alternatywy. Na szczęście, dosłownie 200 m od drogi
głównej, są lokalne ulice, którymi pokonuję kilka dalszych kilometrów. W końcu
pojawia się jednak szutrówka i to z lekkim podjazdem pod górę. Na szosowych
oponach to nic przyjemnego. Mijam tabliczkę z napisem "Mikołów" ale to niczego
nie zmienia.
Po kilku minutach i tak docieram do drogi nr 44 i nie mając wyboru jadę
jej poboczem. Dobrze, że ono tu istnieje, bo ruch duży i samochody jadą szybko.
Po kilku minutach zjeżdżam z dość stromej góry prosto do centrum miasta.
Wjeżdżam w uliczki nieco starszej części i na rynek, gdzie zatrzymuję się na
krótką chwilę.
Pora kierować się powoli w stronę domu, bo na liczniku już ponad 40 km.
Mam do wyboru albo powrót zbliżona trasą, czyli przez Tychy, albo pojechanie
przez Łaziska i Pszczynę. Wybieram drugi wariant, zobaczę więcej ciekawych
miejsc. Trasa staje się też bardziej wymagająca, znacząco wzrasta ilość stromych
zjazdów i podjazdów. Okolica jest mocno pagórkowata, są tu też hałdy z kopalń i
elektrowni. W Łaziskach Dolnych docieram do bardzo ciekawego obiektu - starej
wieży ciśnień.
Teraz dość długi i szybki zjazd, w stronę Łazisk Średnich. Jest tu Hałda
Skalny, z której roztacza się bardzo fajna panorama i na której już byłem (patrz
tu). Teraz, z rowerem szosowym... nie ma szans ani sensu pchać się na górę, bo to
kawał podejścia. Objeżdżam hałdę i mijam kopalnię "Bolesław Śmiały".
Znaki informują, że droga na Pszczynę jest nieprzejezdna. Fatalnie, bo to
oznacza, że muszę jakoś przebić się na Tychy, a wokoło są lasy i nie jest to
takie oczywiste na rowerze szosowym. Jednak widzę, że samochody kierują się na
południe. Zakładam więc, że droga jest w mocnej przebudowie, ale przejechać się
da. No i rzeczywiście, co i rusz jest zwężenie do jednego pasa i ruch wahadłowy.
Robię jeszcze zdjęcie pozostającej za plecami elektrowni "Łaziska".
Droga w kierunku Pszczyny staje się wyzwaniem. Najgorsze są te wahadłowe
odcinki. Na czerwonym świetle ustawia się kolejka samochodów, jest na tyle wąsko
że nie mają jak mnie wyprzedzić, więc cisnę ile sił, by nie blokować ruchu.
Potem chwila normalnej jazdy i znów czerwone. I znów taki zryw. Wysiłek
interwałowy znacznie bardziej daje w kość niż ciągły, więc po iluś takich
przyspieszeniach zaczynam czuć, że siły nieco słabną.
Docieram w końcu do miejscowości Kobiór. I tu robi się problem, bo jedyną
drogą na południe, jest droga nr 1 - krajowa dwupasmówka z potężnym ruchem. Co
gorsza, jest zakaz jazdy rowerem. Ale jakoś muszę przecież przejechać. Na
szczęście jest dość szerokie pobocze, a do pierwszej drogi w bok mam ledwie
kilka kilometrów. Z duszą na ramieniu i dość szybko pokonuję niebezpieczny
odcinek i skręcam do miasteczka Piasek. Tu już normalne ulice, tu już równoległa
do "jedynki" lokalna droga prowadząca do Pszczyny. Jestem już głodny, woda mi
się skończyła. W dodatku, gdy w Pszczynie skręcam w kierunku Międzyrzecza - jadę
niemal prosto pod wiatr, co wysysa resztkę sił. Zatrzymuję się przy jakimś
sklepie, batonik i izotonik znacząco pomagają. Pozostało kilkanaście kilometrów
do domu. Okoliczne lasy są bardzo ładne, jest tu nawet rezerwat żubrów!
Zmagając się z wiatrem docieram wreszcie do budowanej drogi S1 i kawałek
za nią do górniczego osiedla Wola. Miejscowość jest typowa dla takich zakładów
przemysłowych. Wybudowana od zera wraz z kopalnią "Czeczott", po likwidacji
kopalni mocno podupadła i zaniedbana. To brzydkie bloki i sypiący się beton.
Mimo, że zakład nie funkcjonuje i nie wydobywa już węgla, to jednak nadal
zatrudnia sporo ludzi i choćby sadząc po samochodach - nie ma tu jakiegoś
strasznego bezrobocia.
Minąwszy kopalnię jadę jeszcze dłuższą chwilę przez Wolę, skręcam nad
Wisłę, na drewniany most pokonywany kilka godzin temu. Jeszcze chwila i jestem
pod domem. Uff... 85 km, wiatr momentami mocno dawał w kość. Pora na
uzupełnienie wypalonych kalorii.
W sobotę mam kolejny mecz, tym razem w Spodku, w Katowicach. Około południa
udaje się też sfotografować częściowe zaćmienie słońca, mimo dość licznych
chmur.
Na rower czasu nie ma, ale wracając, już po zmroku, postanawiam zrobić
kilka zdjęć bardzo wdzięcznego obiektu, jakim jest elektrownia "Jaworzno". Dość
po omacku szukam odpowiedniego miejsca i nie jest ono optymalne. Coś uzyskuję,
ale muszę okolicę zwiedzić rowerem, by znaleźć takie miejsce na przyszłość. W
sumie to brzmi jak dobry plan na jutro. Wieczorem robię krótką, 10-kilometrowa
trasę po samych Brzeszczach, tak by się rozruszać.
Niedziela rano jest jeszcze pogodna, ale prognozy zapowiadają załamanie pogody
pod wieczór. Należy wykorzystać to co się ma, ale teraz nie mam aż tyle czasu.
3,5 godziny to maksimum. Dotarcie w okolice Jaworzna jest zupełnie wykonalne.
Ruszam na północ, kierując się przez Oświęcim. Szybko przejeżdżam przez
zachodnią część miasta i przecinam Wisłę, na której przebiega granica
województw małopolskiego i śląskiego. Po chwili docieram do Nowego Bierunia.
Jest tu coś w rodzaju powitalnego znaku miasta, a kawałek dalej pomnik
powstańców śląskich.
Jadąc dalej wzdłuż drogi nr 44 dojeżdżam do kopalni "Piast". Tu jednak
wszystko wygląda o wiele lepiej niż w Woli, kopalnia działa nadal i wszystko
jest wyraźnie zadbane.
Cisnę jeszcze kawałek w kierunku Tychów, ale skręcam na północ i znów na
zachód, na znacznie mniej ruchliwe drogi. Zauważam, że w gniazdach siedzą już
bociany. Wiosna przyszła. Wzdłuż drogi pojawia się też wygodna ścieżka rowerowa,
prowadząca do Lędzin.
W Lędzinach skręcam na północ, w stronę kolejnej kopalni. To KWK
"Ziemowit", która w zasadzie jest pod ziemią połączona z kopalnią "Piast" z
Bierunia. Ona jakoś od zawsze ciepło mi się kojarzy. Gdy jako dzieciak, w latach
80-tych zeszłego wieku jeździłem z Rodzicami pod namiot na Mazury, to obok był
luksusowy jak na tamte czasy ośrodek wypoczynkowy KWK "Ziemowit", gdzie było
względnie tanie i dobre wyżywienie, z którego korzystaliśmy. Kopalnia jest
fotogeniczna, pogoda też robi swoje.
Jadę dalej w stronę centrum Lędzin. Miasteczko, podobnie jak inne na
Górnym Śląsku rozwinęło się dzięki istniejącej tu kopalni. Nie zatraciło jednak
uroku nieco starszej zabudowy.
Mijam wiaduktem drogę nr 1, a właściwie miejsce, gdzie kończy się S1 i
zaczyna już normalna dwupasmówka. Tu powstaje też węzeł drogowy, skąd dalszy
ciąg S1 (ten koło Oświęcimia i Woli) pójdzie na południe, do Bielska-Białej. To
już teren Mysłowic, jednego z większych miast śląskiej aglomeracji. Jednak na
razie to tylko droga w lesie, żadnych zabudowań. Jadę wzdłuż S1, potem wzdłuż
lini kolejowej. Po lewej widać ładnie najwyższy w Polsce maszt radiowy RTCN
Kosztowy, liczący 359 m wysokości.
Wiać zaczyna coraz mocniej, od zachodu nadciągają chmury. Nie dotrę jednak
pod samą elektrownię "Jaworzno", choć mam już blisko. Ładnie prezentuje się z
wiaduktu nad S1, skąd robię jej kilka zdjęć. Elektrownia jest jedną z
największych w Polsce (na 4 miejscu, za elektrowniami "Bełchatów", "Kozienice" i
"Opole") i ma kilka bloków energetycznych
o łączniej mocy ok.
2400 MWe i 390 MWt. Jej komin jest najwyższy w Polsce i ma 306 m
wysokości.
Po zrobieniu zdjęć wracam kawałek na południe i kieruję się najprostszą trasą
na Bieruń, czyli drogą nr 934 przez Imielin i Chełm Śląski. Niedawno
wyremontowana, niemal na całej długości ma wygodną ścieżkę rowerową. Niestety,
teraz mocno pracuję pod coraz silniejszy wiatr. Ale za godzinę będę w domu. Po
drodze robię kilka zdjęć.
W Bieruniu skręcam na Oświęcim, ale chcąc uniknąć jazdy przez miasto, wybieram
trasę alternatywną - przez Brzezinkę i Harmęże. Tu wiatr dobitnie pokazuje mi,
że to on rozdaje karty. Prędkość spada do 20 km/h i nie ma siły by ją
przekroczyć. To jeszcze kilka kilometrów, ale męczę się strasznie. Mijam
smutny pomnik historii, czyli dawny niemiecki obóz zagłady Auschwitz II
Birkenau.
Jeszcze tylko przejazd przez budowaną obwodnicę Oświęcimia, jeszcze
kilkanaście minut i jestem pod domem. Dziś 58 km trasy. Mniej, ale też czasu nie
było by jeździć większy dystans. Znów uzupełnienie kalorii i regeneracja. O
północy mam odebrać Ewunię z lotniska w Krakowie, więc muszę być w pełni sił. A
jutro kolejny mecz hokejowy.
Dwa względnie wolne dni dały mi dwie ciekawe trasy. Łącznie z pętlą w
Brzeszczach zrobiłem 153 km. Niby niezbyt wiele, ale tereny wymagające, wiatr
był, a dawno nie jeździłem żadnych długich dystansów.
Załączam zbiorczą mapkę wszystkich wycieczek.