Wyprawa do Jordanii była w naszych planach już od dawna, ale mocno niestabilny politycznie region był zawsze problematyczny. Trwająca od ponad 2 lat wojna, a do tego całkiem niedawne izraelskie naloty na Iran i irańskie uderzenia rakietowe powodowały, że choć sama Jordania była bezpieczna, to już przestrzeń powietrzna nad nią była regularnie zamykana i biura podróży odwoływały wyjazdy. Mimo wszystko już z końcem lata zeszłego roku wykupiliśmy objazdową wycieczkę po tym ciekawym kraju. Cena była mocno obniżona, gdyż Jordania bardzo chce zachęcić turystów do ponownego jej odwiedzania i nakręcenia przychodów z tej gałęzi gospodarki.
Nasz wyjazd ma trwać tydzień, lecimy z Katowic do położonej na południu kraju Akaby. Potem ruszamy na północ, a w planach mamy m.in. pustynię Wadi-Rum, Petrę, starożytne zamki, Amman i Morze Martwe. Nie są to jakieś długie dystanse, więc raczej unikniemy wstawania w środku nocy.
Wylot mamy o 7:15 rano, co oznacza pobudkę o 3:00. Musimy coś na szybko zjeść, zapakować graty do samochodu i dojechać na lotnisko Pyrzowice, co jednak zajmuje nieco czasu. Ustawiam się w długiej kolejce do nadania bagażu, Ewa w międzyczasie załatwia zestawy słuchawkowe. Czekanie przeciąga się, są zaledwie dwa czynne stanowiska, ale w końcu oddajemy walizki. Odprawa bezpieczeństwa przebiega ekspresowo, później już czekamy i nudzimy się, o tej godzinie w zasadzie nie ma innych lotów niż nasz i inny do Mombasy, z tego samego biura podróży. W końcu boarding, ale start i tak opóźnia się o dobre pół godziny, bo nasz samolot musi być odlodzony.
Lot trwa 4,5 godziny, większość czasu przesypiamy, ale jest mocno zimno i sen jest mało komfortowy. W końcu zaczyna się zniżanie, pod nami widać żółtobrązową pustynię i jałowe góry, miejscami przecięte korytami okresowych rzek, obecnie pozbawionymi wody. Samolot w końcu łagodnie przyziemia na lotnisku w Akabie. Nie jest to wielki port lotniczy, nasz samolot jest jedyny, więc rozładunek idzie bardzo sprawnie. Musimy i tak przejść odprawę paszportową. Na wyjściu co ciekawe musimy przepuścić wszystkie bagaże przez skaner. Człowiek z obsługi poleca wyjąć z plecaków nasze aparaty. W Jordanii nie tyle zakazane, ale niezbyt mile widziane są długie teleobiektywy czy lornetki. Drony podobno są zakazane całkowicie. Inny człowiek robi zdjęcia naszym aparatom i otwartym paszportom. Ale puszczają nas bez słowa, pewnie trafimy do jakiejś lokalnej bazy potencjalnych szpiegów.
Przy wyjściu z budynku czekają już piloci, my dostajemy całkiem energiczną panią Agnieszkę, która odnajduje nasze nazwiska na liście i przydziela nam miejsca w autokarze. Do tego towarzyszy nam lokalny przewodnik - Mizar. Ewa ma duże doświadczenie w takich objazdówkach, ja w sumie żadnego. Już od dawna nastawiała mnie, że ludzie lubią się przepychać, podmieniać miejsca itp. Tu mamy przydzielone na sztywno, więc chociaż będzie porządek. Jednak zanim zbiorą się wszyscy musimy poczekać bardzo długo, dobre 45 minut. Z zaciekawieniem oglądam otoczenie, w okolicy terminala dość pustynne, ale obsadzone palmami. Lotniska strzegą żołnierze z karabinami, ale co ciekawe nie mają do nich podpiętych magazynków. Ciekawe podejście, albo dowództwo nie ufa ich wyszkoleniu, albo im? Po co komu broń, której w nagłej sytuacji nie można natychmiast użyć?
Ruszamy w końcu w krótką drogę do Akaby. Miasto leży nad Morzem Czerwonym, tuż obok granicy z Izraelem. A tuż za granicą jest miasto Eljat. Gdyby nie granica, to byłyby jednym miastem. No cóż, polityka w tym rejonie świata stwarza bardzo wiele podziałów, granice państwowe są często trudne do przekroczenia nawet dla lokalnych mieszkańców. Zauważam, że wzdłuż drogi którą jedziemy przez pustynię stoją... wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych. Lotnisko jest niby cywilne, ale jak widać ostrożności nigdy za wiele.
Przejeżdżamy przez miasto, mijamy jakąś rezydencję rodziny królewskiej. Nasz hotel znajduje się blisko morza, w lini prostej jakieś 300 m. Wypakowujemy się, jedziemy do naszego pokoju. Nawet całkiem znośny standard. Za kilkanaście minut mamy umówione spotkanie na dole z naszą pilotką, która chce nas oprowadzić po mieście i pokazać to i owo. Wymieniamy jeszcze pieniądze - dolary USA na dinary jordańskie. Co ciekawe, kurs dinara jest sztywny i zawsze za 1 USD dostaje się 0,7 dinara. Uznajemy, że wymienienie 200 USD zupełnie nam wystarczy, zresztą tyle sugerowała pilotka. Mamy teraz 140 dinarów, ale ciężko w sumie powiedzieć ile co tu kosztuje. Planujemy raczej skromnie, bez wydawania pieniędzy na głupoty i bezsensowne pamiątki, poza upominkami dla dzieci.
Grupa zbiera się, ruszamy na spacer po nadmorskiej części miasta. Pilotka opowiada nieco o jego historii, o tym jaką rolę pełniło, o tym że teraz to jest turystyczny kurort na dość specjalnych warunkach - jest tu strefa bezcłowa i można np. bez problemów tanio kupić alkohol. Jak na kraj islamski, nawet dość mało ortodoksyjny - to wcale nie jest takie oczywiste. Muszę stwierdzić, że jest tu czysto, schludnie, a samo miasto wygląda dość ciekawie. Właściwie tuż za nim zaczynają się spore góry, w których leży pustynia Wadi-Rum, nasz jutrzejszy cel. Teraz idziemy jeszcze na miejską plażę. Niby każdy może się kąpać, ale robią to w zasadzie tylko dzieci i mężczyźni. Kobieta która rozbierze się do stroju kąpielowego wzbudza podobno niemałą sensację, co niekoniecznie musi być komfortowe. Są rzecz jasna plaże dla turystów, ale przy lepszych hotelach i płatne. Idziemy jeszcze na lokalny suk, czyli miejskie targowisko. Pilotka wyjaśnia nam, że to co my w języku polskim określamy jako bazar, to dla Arabów suk, a słowo bazar oznacza po prostu sklep. Jest tu istne mydło i powidło - orzechy, daktyle, mięso, tytoń, pamiątki itp. Arabowie od razu poznają z jakiego kraju jesteśmy i zagadują po polsku, namawiając byśmy coś kupili. Oczywiście znają kilka słów i tyle, ale w ten sposób chcą być bardziej przekonujący. Zaskakująco dużo ludzi z grupy daje się łapać na te ich czary i kupuje jakieś duperele, ale Ewunia mówi mi, że to standard i zawsze tak jest. W końcu wracamy pod hotel, gdzie jeszcze w lokalnym sklepie kupuję wodę i rozmieniam w ten sposób wyższe nominały dinarów na drobne.
Obiadokolacja jest taka sobie. Niby szwedzki stół, ale wybór ograniczony do ryżu, kurczaka, dwóch surówek, humusu, pity i całej masy słodyczy. Zjadam jednak sporo, od rana nic nie miałem w ustach prócz kanapek. Zmęczenie wychodzi z nas szybko, wcześnie się kładziemy. Ja jeszcze około północy idę na dach hotelu - postawiłem sobie za cel, że zobaczę drugą co do jasności gwiazdę całego nieba - Kanopusa. Z terenu Polski jest ona zupełnie niewidoczna, tutaj właśnie około północy góruje, ale zaledwie 8 stopni ponad horyzontem. Spore zapylenie sprawy nie ułatwia, ale jest! Widać i to całkiem wyraźnie. Jednak aby zrobić zdjęcie muszę bardzo mocno podbić czułość w aparacie i nie jestem zadowolony. Uwieczniłem, ale nie o to mi chodziło. Liczę że na koniec pobytu, gdy wrócimy do Akaby i spędzimy w niej dwie noce, poszczęści mi się lepiej z widocznością i zdjęcia wyjdą lepiej. Wracam do pokoju i idę spać, ale sen nie chce przyjść od razu.
Rano dość wczesna pobudka. Śniadanie jest podobne w zasadzie do kolacji, produkty są podobne, choć jest więcej twarogów i większy wybór surówek. Jest jakaś obrzydliwa kawa, znów tona humusu, jajka na twardo. Jemy, ale raczej przez rozum by się najeść, a nie dlatego że jest to smaczne. Obsługa jest irytująca. Wystarczy na moment wstać by sobie czegoś dołożyć i zostawiony na stole talerz z jedzeniem czy pół kubka kawy znika. I nie idzie im tego wytłumaczyć, potrafią zabierać niemal sprzed nosa talerze innym ludziom.
Wracamy do pokoju, pakujemy nasze bagaże i schodzimy o umówionej godzinie na dół. Ładujemy wszystko do autokaru, na szczęście system sztywno przydzielonych miejsc dobrze się sprawdza. Ruszamy na północny wschód, na pustynię. Przekraczamy granicę miasta, gdzie jest posterunek kontrolny, policja sprawdza czy nie wywozi się jakiś większych ilości alkoholu z strefy bezcłowej. Po kilkudziesięciu minutach jazdy mamy pierwszy przystanek - dawna stacja kolei, na której zachowały się wagony. Robimy kilka zdjęć, ale w sumie nie jest to coś porywającego.
Droga jest tu w idealnym stanie, co nieco dziwi, biorąc pod uwagę warunki naturalne. Docieramy w końcu do parkingu przy centrum turystycznym na pustyni Wadi-Rum. Czekamy kilka minut i ładujemy się na kilka półciężarówek, po 6 osób z tyłu każdej. Czeka nas kilkugodzinna wycieczka po najciekawszych miejscach okolicy. Na szczęście jest dość chłodno, jakieś 20 stopni. Przy letnim upale byłoby tu nie do zniesienia.
Jazda jest bardzo fajna, nie miałem nigdy okazji tak się przemieszczać i to jeszcze po pustyni. Robimy nico zdjęć, ale już po kilku kilometrach kierowcy stają przy jednej z wydm. Wchodzimy na jej szczyt, skąd rozpościera się piękny widok. Pustynia jest niesamowita - czerwony piasek, wysokie skały. Tu nakręcono kilka filmów m.in. Lawrence'a z Arabii, fragmenty Gwiezdnych Wojen, Marsjanina, Diunę. W sumie miejsce idealne na takie produkcje.
Po kolejnych kilku kilometrach docieramy do beduińskiego namiotu. Tu częstują nas kawą i herbatą, ale oczywiście namawiają do zakupu jakiś pamiątek i znów większość uczestników coś kupuje. Przerwa nie ma jakiegoś realnego uzasadnienia poza właśnie zakupami. Miejsce jest owszem ciekawe, są tu jakieś wielbłądy, ale spędzamy tu zdecydowanie za dużo czasu.
Gdy jedziemy dalej między skałami widać miejscami prawdziwe obozy Beduinów, ale też przeszklone kule dla turystów, którzy tu chcą spędzić noc. Co kto lubi. Kawałek dalej kolejny przystanek. Jest tu gardziel wąskiego wąwozu, skąd rozpościera się widok na dalszy fragment pustyni. Tu znów mała sesja fotograficzna, ale ciężko zrobić zdjęcie tak, by nie pojawił się w kadrze ktoś robiący sobie selfie, co jest zmorą takich miejsc.
Jedziemy teraz jakoś dookoła, ale kierujemy się już z powrotem. Po chwili kolejny przystanek. Tu podobno naprawdę miał swoje obozowisko pułkownik Thomas E. Lawrence w czasie arabskiej rewolty. Wokoło wysokie skały i wąskie podejścia, rzeczywiście można tu się ukryć lub bronić. Ale oczywiście - tu jest kolejny sklep i znów zbyt wiele czasu tu tracimy.
Teraz już rzeczywiście wracamy. Jazda jest bardzo fajna i z samochodu robię nieco zdjęć. Ale już po chwili koniec, wracamy do miejsca startu. Teraz jakiś obiad. Jest tu bufet w formie otwartego baru, ale okazuje się, że jest właściwie identyczny jak to co mieliśmy w hotelu. Nie damy rady. W dodatku kosztuje to całkiem sporo. Ale można też zamówić jakieś normalne frytki i falafela, co jest jakąś odmianą i jest znacznie tańsze. Tyle że nie można brać ile się chce, no ale bez przesady, śniadanie jedliśmy cztery godziny temu.
W końcu wracamy do autokaru i ruszamy w dalszą drogę na północ. Po jakimś czasie zjeżdżamy z doskonałej tzw. drogi pustynnej, prowadzącej do Ammanu i wjeżdżamy w bardziej krętą drogę w kierunku gór Petra. Przewodniczka ciągle opowiada o Jordanii, ale jakoś nuży nas to, a do tego dokłada się niewyspanie. Szybko odpływamy i budzi nas dopiero przystanek. Jesteśmy na wysokości ponad 1500 m n.p.m. na punkcie widokowym. Góry Petra rozpościerają się... pod nami. Widocznie to jakiś mocno wyniesiony płaskowyż.
Jeszcze kilkanaście kilometrów serpentyn i docieramy do położonego na górskich zboczach miasta Wadi Musa, które jest centrum turystycznym do zwiedzania chyba najbardziej znanej atrakcji Jordanii, czyli starożytnego miasta Petra. Mijamy jednak miasto, wysadzając tu część wycieczki. Jedziemy jeszcze na zwiedzanie tzw. Małej Petry, położonej kawałek na północ od miasta. Mijamy jakieś miasteczko z atrakcjami, zbudowane wyłącznie dla turystów, docieramy w końcu na parking.
Pora na spacer w głąb skalnych wąwozów. Od wejścia pojawia się kilka wykutych w skałach bram i świątyń. Cała Petra pełniła rolę miasta handlowego i miejsca schronienia się karawan. Do wnętrza prowadziły wąskie wąwozy, nie dało się ich z daleka wypatrzeć, a za to łatwo było się tam bronić. Miejsce gdzie aktualnie jesteśmy to północny skraj całego kompleksu, nieco podobny do części głównej, ale jakby w miniaturze. Zwiedzanie trwa niemal godzinę i wracamy do autokaru. W czasie powrotu jeszcze chwila na postój i fotografie wspaniałego zachodu słońca.
Docieramy do hotelu. Obiadokolacja jest jakby nieco bardziej wykwintna, ale serwowane potrawy są w zasadzie takie same jak w Akabie. Co prawda obsługa jest bardziej elegancka, ale kompletnie nie zna angielskiego. Kłaniają się w pas, ale gdy zamawiamy coś do picia to nie przynoszą. Zamawiamy kolejny raz. Znów to samo. Dopiero jak podchodzi kierownik, który już angielski zna, to napoje sprawnie pojawiają się na stole. Niestety, maniera zabierania talerzy sprzed nosa tu wygląda podobnie, może oni po prostu tak są tu szkoleni. Po kolacji dość szybko kładziemy się spać, jutro pobudka o świcie. Pocieszające jest to, że prognozy pogody są bardzo dobre.
Rano po szybkim i znów niemal identycznym śniadaniu jak poprzednio szykujemy się na wielogodzinne zwiedzanie Petry. Ubieramy się w kurtki, bo jest bardzo rześko. Wiemy jednak, że około południa zrobi się już upał. Od naszego hotelu jest kilka minut marszu do wejścia na teren Petry. Pilotka ostrzega nas, że teoretycznie w cenie biletu jest podwózka na koniach dla leniwych, ale w praktyce Arabowie którzy je prowadzą próbują potem wymuszać opłaty i mamy nie nabierać się na ich zapewnienia. Za opłatą można nawet pojechać elektrycznymi samochodami. Dla ludności lokalnej Petra to podstawa egzystencji i dwuletnia przerwa w ruchu turystycznym spowodowana wojną w Gazie doprowadziła wiele hoteli i przedsiębiorców do bankructwa. Obecnie próbują to sobie odbić z nawiązką. Droga prowadzi łagodnie w dół, mijamy już pierwsze elementy wycinane w skałach przez ludzi. Kawałek dalej wąwóz, którym po dużych opadach potrafi płynąć rzeka z niezwykle silnym prądem i wtedy Petra jest zamykana, bo jest to realne niebezpieczeństwo zagrażające życiu.
Dochodzimy do miejsca, gdzie zaczyna się właściwy długi i wąski wąwóz, którym dochodzi się do najważniejszych świątyń. To kilka kilometrów marszu drogą szerokości kilku metrów, gdy wysokość ścian dochodzi miejscami do 200 m. Tu też jest wiele ciekawych miejsc, co i rusz się zatrzymujemy. Jak dla mnie i Ewy - tempo jest dwa razy za wolne, no ale jednak idziemy z grupą, oderwiemy się dopiero nieco później. Zrobić dobre zdjęcie jest ciężko - duże różnice jasności, dużo ludzi. W końcu przed nami zaczynają się wyłaniać jakieś wysokie filary, a pilotka puszcza w słuchawkach motyw muzyczny z Indiany Jonesa. No tak, to chyba najbardziej znany fragment Petry, czyli Skarbiec. To on zagrał w filmie Indiana Jones i Ostatnia Krucjata. Ludzi oczywiście pełno, ciężko zrobić dobre zdjęcie, by było ich w kadrze jak najmniej.
Tu już nuży nas powolny marsz z grupą. Odrywamy się, przyspieszamy i idziemy już swoim tempem. Robi się coraz cieplej, wąski dotąd wąwóz otwiera się szeroko. Są tu kolejne wykute w skałach świątynie, dawny amfiteatr, nawet resztki kościoła z okresu bizantyjskiego. Są też ruiny budowli rzymskich. Dochodzimy w końcu do miejsca, gdzie są dwie restauracje i wygodna droga się kończy. Mamy małą mapkę ze schematami innych szlaków. Najciekawszy wydaje się ten na wprost, tam jest kolejna duża świątynia. Jednak trzeba podejść dużo pod górę kamiennymi schodami. Jak dużo? No właśnie, mapka podaje absurdalny wręcz czas 4,5 h i szlak jako bardzo trudny. Z kolei moja mapa w telefonie pokazuje, że do świątyni jest 1,5 km w lini prostej. To co to za szlak, że ma zająć tyle czasu?
Ruszamy pod górę, ale Ewa jakoś mi nie dowierza, że to może być tak blisko. Ja z kolei nie dowierzam turystycznej mapce. Owszem, są schody, idzie się dość stromo w górę, ale żeby ileś godzin? Ewa nie daje się przekonać, że według mnie to ledwie 800 metrów. Zawraca, mówiąc że spotkamy się na dole przy restauracjach. Obiecuję że będę szybko, maksymalnie za 45 minut.
Przyspieszam jeszcze bardziej, niemal biegnę pod górę. Mijam nawet ludzi, którzy są tu wwożeni na grzbietach osłów. Jedno ze zwierząt ma jednak nieco inny ładunek - dwa panele fotowoltaiczne. Coś tam się luzuje, Arabowie poprawiają. Ale osioł zapiera się czterema kopytami i ani drgnie, mimo że obaj próbują po popchnąć. Prawdziwie ośli upór. Końcowy odcinek drogi to co chwila jakiś stragan z pamiątkami i co chwila opędzam się od natrętnych handlarzy.
Rzeczywiście, po chwili docieram do świątyni. Jednak miałem rację, na mapce był podany jakiś bezsensowny czas. Ja tu wszedłem w 30 minut, załóżmy że zejdę w podobnym czasie, więc razem godzina, a nie ponad cztery. Nawet dla osoby idącej zupełnie powoli, to nie jest realne by spędzić tu tyle czasu.
Ruszam w dół, by Ewa jak najmniej musiała czekać. Oczywiście w tą stronę idzie się znacznie szybciej, pod 20 minutach docieram do restauracji. Jest tu parę osób z wycieczki, jest pilotka. Ale nie widzę nigdzie Ewy. Cholera, poszła pewnie gdzieś, bo jej się nudziło... tylko jak się odnaleźć? Tu są tysiące ludzi, a obszar ogromny. Ewunia ma w swoim telefonie e-sim i internet. Ja niestety nie, ale pokombinuję. Łapię zasięgi WiFi w obu restauracjach, ale żadna z sieci nie działa jak powinna i nie pozwala uzyskać połączenia z internetem. Kręcę się w miejscu, bo przecież nigdzie się nie ruszę, skoro tu się umówiliśmy. Rzecz jasna co kilka minut podchodzą ci sami Arabowie i pytają czy mnie np. na koniu nie zawieźć na górę. Tak jakby odmówienie im pięć razy nie wystarczało. A nuż się skuszę za szóstym. Zaczynają już mnie poważnie irytować swoją natrętnością.
W końcu widzę Ewę. Wróciła do skarbca, porobić mu nieco zdjęć, bo uznała, że zejdzie mi dłużej. Oboje stwierdzamy że jesteśmy idiotami i nie umówiliśmy się jakoś sensowniej, np. od razu w hotelu, a tak oboje się nawzajem szukaliśmy. No i jednak brak łączności jest poważną przeszkodą przy rozdzieleniu się i na przyszłość jeśli Ewa nie daje rady - to ja też nie idę dalej i już. Górna świątynia była ciekawa, ale nie musieliśmy się rozdzielać bym koniecznie ją zobaczył.
Teraz wracamy już spacerkiem. Ludzi dużo, ale jakoś rozlali się na cały obszar Petry. Zdjęcia teraz też łatwiej robić. Jest akurat południe, wierni Muzułmanie kierują się w stronę Mekki na swoich dywanikach i modlą się. Robi się nieznośnie gorąco, dobre 30 stopni. Całe szczęście przy Skarbcu zaczyna się głęboki cień. Robimy jeszcze kilka zdjęć głównej atrakcji i wąwozem ruszamy ku wyjściu.
Teraz ludzi mniej, światło lepsze, więc i w samym wąwozie zdjęcia wychodzą lepiej. Ale powoli mamy dość, w nogach mamy kilkanaście kilometrów. Znów ktoś usiłuje nam zaoferować podwózkę na koniu, już nawet się nie odzywamy, tylko traktujemy ich jak powietrze. Taka taktyka działa najskuteczniej. Docieramy do głównej bramy w Wadi Musa. Jest tu jeszcze bezpłatne niewielkie muzeum historii samej Petry, więc poświęcamy kilkanaście minut na jego zwiedzenie.
Przed bramą jest kilka restauracji, postanawiamy coś zjeść. Tym razem falafele i kofty i po raz pierwszy jest to coś dobrego, innego niż niejadalne posiłki w hotelach. Zamawiamy też po piwie i choć kelner zapewnia nas że ma ono 3% alkoholu, to jednak smakując je czujemy, że nas oczywiście nabrał, bo ma charakterystyczny smak piwa bezalkoholowego. Po zapłaceniu za posiłek, w sumie nie jakiś bardzo wyszukany, liczymy gotówkę i stwierdzamy, że 70 dinarów na osobę, które według słów pilotki mają na wszystko spokojnie wystarczyć, to bardzo szczupła kwota. Nie kupując właściwie niczego, wodę i dwa posiłki, pozbyliśmy się połowy zapasu. Płacić można rzecz jasna kartą, ale 70 dinarów na osobę to takie minimum socjalne by przetrwać przez tydzień. Postanawiamy nie wydawać na zbędne posiłki, dziś akurat mieliśmy sporo ruchu i było to uzasadnione, ale w kolejnych dniach już nie będzie to niezbędne.
W hotelu odpoczywamy, segregujemy zdjęcia, zajmujemy się sobą. W końcu kolacja, powtórka z dnia poprzedniego. Przełykamy ją i liczymy, że w Ammanie będzie coś ciekawszego. Na jutro niestety zapowiadane jest załamanie pogody.
Wyruszamy wcześnie rano, pogoda rzeczywiście sporo gorsza, zimno, wieje i niebo jest zaciągnięte chmurami. Jedziemy przez obszar pustymi Moab do miasta Al-Karak. Nieco podsypiamy, za oknami nic ciekawego, trzeba jakoś przetrwać nieco dłuższą jazdę. Pilotka opowiada barwnie całą historię krucjat. Trzeba przyznać, że wiedzę ma ogromną, ale ciężko skupić się na takim wykładzie w czasie jazdy. Miasto położone jest na sporym wzgórzu, którego szczyt wieńczy dawna twierdza Krzyżowców. Gdy wysiadamy... zaczyna całkiem mocno wiać i lać, więc zwiedzanie ruin zamku nie jest zbyt miłe, ciężko robić sensowne zdjęcia. Ruiny jak ruiny, na świecie takich tysiące, jakoś nas nie porywają. W oddali widać położoną mocno w dole taflę Morza Martwego.
Wracamy do autokaru i jedziemy dalej. Po kilkudziesięciu kilometrach docieramy do Madaby. Brzydkie arabskie miasto, tu dopiero widać, że mimo kilku wystawnych miejsc, Jordania to zdecydowanie biedny kraj trzeciego świata. Tony śmieci walające się po dziurawych ulicach, wraki samochodów, jakieś obdarte dzieci, obskurne domy. Niemal jak w brazylijskich fawelach.
Kierujemy się w miejsce, które jest atrakcją raczej nie ze względu na jego urodę, a otaczający je kult religijny. To góra Nebo, miejsce skąd Mojżesz miał ujrzeć Ziemię Obiecaną. Jest tu nieco ruin, współczesny kościół z ciekawymi mozaikami, jakiś ozdobny krzyż. Co z tego, jak znów leje tak, że jesteśmy zmuszeni chronić się w kościele i nie da się z niego wyjść? W dodatku przestaje mi kontaktować pokrętło w mokrym aparacie, więc i tak będę zmuszony fotografować w trybach automatycznych, co podnosi mi ciśnienie, bo toleruję tylko tryb manualny. W końcu deszcz przechodzi, a my wracamy do autokaru. Kierowca włącza ogrzewanie, więc nieco podsychamy, ale wkrótce robi się wręcz zbyt gorąco.
Kierujemy się w stronę Madaby, zajeżdżając jeszcze do lokalnej wytwórni mozaik. Przypomina mi to wizytę w wytwórni szkła, którą odwiedziliśmy w Wenecji (czytaj tu). Właścicielką jest Polka, która opowiada nam jak przycina się kamienie, jak układa mozaikę w lustrzanym odbiciu, po czym już we właściwej orientacji wciska w uprzednio przygotowaną ramkę. Opowieść jest jednak krótka, możemy poobserwować rzemieślników przy pracy. Pozostałe pół godziny to "czas wolny" w tej cepelii. Oczywiście po to, by ludzie robili tu zakupy. Niektórzy zamawiają sobie całe stoły czy wielkie wazony z wysyłką do Polski. No cóż, nas to zupełnie nie interesuje, ale trzeba przyznać, że mozaiki są piękne i misterne, a niektóre nawet zupełnie miniaturowe. Mój aparat zaczyna działać poprawnie, co poprawia mi humor.
W końcu ruszamy się dalej, do centrum Madaby. Z parkingu idziemy w strugach ulewnego deszczu do cerkwi Świętego Jerzego. Ulicami płyną potoki wody, momentami nawet spadają płatki śniegu. Takiej pogody nikt się tu chyba nie spodziewał. W cerkwi jest niezwykła rzecz, a mianowicie podłogowa mozaika, tzw. mapa z Madaby. To najstarsza mapa Ziemi Świętej. W salce wisi na ścianie jej kopia i pilotka ze szczegółami o niej opowiada. W końcu idziemy zobaczyć ją na własne oczy. Robi wrażenie, choć jak zwykle - ciężko zrobić dobre zdjęcie, bo każdy się pcha. Na szczęście Mizar załatwia możliwość by nasze autokary podjechały bliżej świątyni i marsz w ulewie ograniczyć do minimum. Z ulgą wracamy do autokaru.
Ruszamy już prosto do Ammanu. Stolica kraju leży na licznych wzgórzach, na wysokości 600-800 m n.p.m. co wyraźnie kontrastuje z rowem tektonicznym, który wypełnia Dolina Jordanu i Morze Martwe. To największa depresja na Ziemi, ma 440 m p.p.m. więc na niewielkim odcinku przewyższenie sięga ponad kilometra. Miasto jest duże, ma ponad 4 miliony mieszkańców, choć spora ich część przybyła w ostatnich latach jako uchodźcy z sąsiednich, ogarniętych wojnami krajów. Są to jednak w większości ludzi przedsiębiorczy, często bogaci, którzy po prostu zwinęli swoje biznesy z Iraku czy Syrii i przenieśli się do Ammanu. W mieście są różne dzielnice, ale dominuje niezbyt wysoka, kilkupiętrowa zabudowa, jedynie w centrum są wyższe budynki, ale też mała ilość, to jednak nie Dubaj. Miasto z powodu trudnych warunków geologicznych nie ma metra ani tramwajów, podstawą transportu publicznego są autobusy. Nasz hotel jest względnie blisko ścisłego centrum. Ruch panuje tu duży, jak w każdym dużym mieście.
Pokój jaki mamy jest najgorszy jak do tej pory, ale w sumie bardzo narzekać nie możemy. Tylko okna są strasznie krzywe i nieszczelne, więc jest tu bardzo zimno, a przemokniecie w ciągu dnia mocno nas wychłodziło. Udaje się jednak uruchomić klimatyzator by grzał, szparę w oknie zatykamy jednym z ręczników. Jakoś damy radę. Kolacja jest za to najlepsza jak dotąd, choć ilość potraw nie powala, to są jednak wreszcie jakieś kofty i inna forma kurczaka niż oderwane skrzydełka i nóżki - delikatne fragmenty w całkiem niezłym sosie. Są też jakieś ryby, ale totalnie bez smaku.
Rano pobudka wcześnie. Idziemy na śniadanie gdy tylko otwierają stołówkę, bo jest ona niewielka, więc i tak wszyscy naraz się tu nie zmieszczą. Dziś jedziemy na wschód, na pustynię Arabską, zobaczyć kilka dawnych budowli zwanych zamkami z piasku. Pogoda nieco lepsza, nie pada już, ale nadal jest mocno chłodno. Jazda to ponad godzinę, więc nieco podsypiamy. Po prawej stronie widać duże obozy dla uchodźców. No cóż... rzędy baraków na pustyni, przypomina mi to nieco inne obozy, gdzie też stłaczano ludzi. A dalej jakaś duża baza lotnicza, widać hangary i stojące na myśliwce. Jordania choć nie ma ani ropy, ani specjalnych surowców, ma jednak nowoczesną, dobrze wyposażoną i dość liczną armię, niewiele mniejszą od polskiej. Tu jest też spora oaza na pustyni, pojawia się bogata roślinność. Ulokowało to się miasto Al-Azrak. Zatrzymujemy się przy tablicach wskazujących dokąd prowadzą drogi - do Iraku i Arabii Saudyjskiej. Kawałek dalej ruiny pierwszego z zamków z piasku. Trochę murów, trochę pomieszczeń. Nie jest to takie jak sobie wyobrażaliśmy, może dlatego, że zamek wcale nie jest na pustyni, a niemal w środku miasta? Robimy nieco zdjęć, ale szybko wracamy do autokaru.
Teraz już niejako wracamy w stronę Ammanu, tylko inną drogą. Po dłuższej chwili jazdy stajemy przy budowli, która wygląda rzeczywiście jak zamek z piasku... albo zameczek? Nazywa się Kasr Amra. Jest malutka, jakoś inaczej ją sobie wyobrażałem. Pochodzi z czasów rzymskich, można ją obejść i obfotografować z każdej strony w kilka minut. No ale tym razem stoi rzeczywiście pośrodku niczego. Aczkolwiek sklep z pamiątkami jest, w nim większość obowiązkowo coś kupuje, co trwa dłużej niż oglądanie zabytku.
Chwila jazdy i kolejny zamek, Qasr Al-Kharenah, tym razem znacznie bardziej okazały i robiący największe wrażenie. Też pośrodku niczego, ale mury są okazałe, dobrze zachowane, a i w środku jest sporo dawnych pomieszczeń, gdzie co prawda nie ma nic, ale i tak przy ostrych cieniach ładnie się prezentują.
Kierujemy się na Amman, a potem do miasta Dżarasz. To długi odcinek jazdy, pilotka opowiada o obyczajowym życiu Arabów, o aranżowanych małżeństwach i o ich problemach osobistych. W kraju takiej kultury życie miłosne wydaje się trudne, ale myślę, że z naszego, europejskiego punktu widzenia. Oni w tym wyrośli, jest tu tak od zawsze, a takie życie dla wielu kobiet jest jednak wygodne, gdy nie muszą pracować, a mąż pracuje całe dnie by je utrzymać. Oczywiście jest tu spora grupa kobiet dążących do wiedzy, pracujących i w tym kraju nie mają z tym problemów, ale i tak nie zmienia to ogólnego obrazu.
Przejeżdżamy jakoś bokiem przez Amman, kierujemy się na północ. Są tu wysokie wzgórza, pojawiają się jakieś drzewa, nawet coś w rodzaju lasów. Przejeżdżamy mostem nad jakąś niewielką, ale stałą rzeką. Oczywiście przed Dżarasz mamy mieć godzinny postój na obiad. Jedynym wyborem jest kosztujący ponad 20 USD od osoby otwarty bufet, czyli coś w rodzaju naszych śniadań i obiadokolacji. Większość to zamawia u przewodniczki. Rzecz jasna, restauracja przypadkowa nie jest, tylko ma jakąś umowę z biurem. Jednak jak patrzymy, część osób nie bierze obiadu i podobnie jak my czeka tą godzinę na zewnątrz, nudząc się strasznie. Jest tu pan, który w tradycyjnym piecu wypieka chlebki pita w ciekawy sposób. Na koniec dostajemy po kawałku, więc jest co przegryźć. Co prawda o wiele lepiej by było, gdybyśmy nie stawali pod miastem, a w nim i mogli sami sobie gdzieś pójść, gdzie by nam pasowało. A nie jedyny słuszny typ posiłku w z góry zaplanowanym miejscu.
Wreszcie ruszamy i po krótkiej chwili dojeżdżamy pod ogromny kompleks ruin pochodzących z czasów rzymskich. Wybudowane najprawdopodobniej przez Aleksandra Wielkiego, w starożytności zwane jako Geraza, zostało zniszczone przez silne trzęsienie ziemi w roku 749 n.e. Ruiny odkryto dopiero w XIX wieku, a to co obecnie zwiedzamy to park archeologiczny, dość mocno zrewitalizowany. Muszę przyznać, że robi on duże wrażenie. Przechodzimy przez hipodrom, przez wielki plac z kolumnami wokół - forum owalne. Idziemy jedną z monumentalnych ulic i mijamy kilka świątyń, dochodząc w końcu na okazałej świątyni Artemidy. Są tu również ruiny kościołów chrześcijańskich. Wracamy w końcu na południe, kierując się do wielkiego amfiteatru, obok którego rosną drzewa pieprzowe. Co ciekawe, gra tu jakaś grupa, niby dawną muzykę ale... na dudach, niczym na jakimś szkockim zamku. Wspinamy się na górę po stromych schodach. Oboje stwierdzamy, że z atrakcji dzisiejszego dnia ta była zdecydowanie najciekawsza. Powoli wracamy do autokaru i tu wreszcie na jakimś straganie z pamiątkami, kupujemy pierwszą rzecz na tym wyjeździe, zresztą targując cenę za lodówkowy magnes z trzech dinarów na jeden. Wszystkie oczywiście wytworzono w Państwie Środka i są zazwyczaj dość tandetne.
Kierujemy się już do Ammanu, po drodze robiąc niby przypadkowy postój przy sklepie sprzedającym jakieś ręcznie wyrabiane soki. Przypadkowo też wszyscy robią tam spore zakupy, w tym nasza pilotka i nawet kierowca autobusu. No cóż, rozumiem jak działają takie układy i w sumie ok, czemu ktoś zaprzyjaźniony nie ma sobie zarobić, ale czemu te postoje trwają po 20-30 minut? Jedynym plusem jest widok w dole na jakieś sztuczne jezioro.
W końcu Amman. O tej godzinie miasto jest zakorkowane, ale pilotka mówi, że prawdziwe korki zaczną się jutro. Muzułmanie uznają za wolne piątek i sobotę, a niedziela to już zwykły dzień. Dlatego jutro mamy nastawić się na wczesną pobudkę. Znajdujemy na mapie, w okolicy hotelu jakiś większy supermarket sieci Safeway. Idziemy tam, to kilka minut piechotą. Jednak okazuje się, że plecaki trzeba zostawić w depozycie, a trochę mi się nie uśmiecha taka opcja, mamy w nich choćby aparaty i kilka cennych rzeczy. Ja więc czekam, a Ewa robi zakupy - wodę, chrupki i coś słodkiego. Okazuje się, że ceny w markecie są nawet 10x niższe niż w małych sklepach i spore zakupy wyniosły nas kilka dinarów. Przy hotelu jest też sklep z alkoholem, więc postanawiamy kupić sobie butelkę jakiegoś jordańskiego wina. Nie jest szczególnie dobre, no ale warto było spróbować
Rano wstajemy o godzinie 6, długo przed wschodem słońca. Szybkie i znów niejadalne śniadanie, pakowanie walizek, bo dziś opuszczamy hotel. Potem pakowanie się do autokaru, które zajmuje chwilę, ale w końcu ruszamy. Nie ma rzeczywiście jeszcze korków, dopiero się rozwidnia. Jazdy też nie ma wiele, bo docieramy na szczyt jednego ze wzgórz, na którym są również kompleksy rzymskich ruin. Podobne jak wczoraj w Dżarasz, ale o wiele skromniejsze. Jest tu również muzeum, ale to takie dość proste wystawy różnych dawnych naczyń, narzędzi rzeźb itp. Nic specjalnego. Jakoś mnie to miejsce nie porywa, poza tym, że roztaczają się stąd wspaniałe widoki na okoliczne wzgórza i gęstą zabudowę Ammanu. Jak wyjaśnia pilotka, jest to dzielnica zamieszkiwana głównie przez Palestyńczyków. Po dobrej godzinie wracamy do autokaru.
Jazdy mamy dosłownie kilka minut, po prostu zjeżdżamy na dół wzgórza, gdzie jest monumentalny amfiteatr, największy z dotąd widzianych. Wchodzimy na górę stromymi schodkami, robimy nieco zdjęć. Dość dziwnie wygląda taka antyczna budowla otoczona współczesnymi, zapuszczonymi domami. Na dole jest jeszcze muzeum, które okazuje się bardzo ciekawe - są tu stroje, tkaniny, dawna broń itp. Niestety, na to miejsce dostaliśmy jakoś mało czasu, więc jeszcze tylko biegiem do małego odeonu i potem szybko do autokaru, bo już musimy jechać. Mam wrażenie, że czasem więcej czasu spędzaliśmy w sklepach z pamiątkami niż w tym, naprawdę ciekawym miejscu.
Teraz ulice korkują się już mocno, autokar pełznie, a ja patrzę z ciekawością na coś co pilotka określa jako "Chinatown", bo wszystkim się tu handluje, jest dość obskurnie, ale kolorowo. To właśnie centrum tej palestyńskiej dzielnicy. Zauważam nawet... sklep z bronią. Widzę jakieś strzelby i karabiny. Ciekawe w sumie jak wygląda sprawa posiadania broni palnej przez cywila w Jordanii (jak po powrocie doczytałem - ukończone 21 lat, obywatelstwo jordańskie, niekaralność i pozwolenie, choć nie wiem dokładnie jak się je wydaje; w kraju jest duży problem z bronią nielegalną i niezarejestrowaną, ale taka uroda tego rejonu świata).
W końcu wyjeżdżamy z Ammanu i kierujemy się na zachód, w kierunku rowu tektonicznego, na którego dnie leży Morze Martwe i gdzie płynie rzeka Jordan. To może 30 km jazdy, ale spadek terenu jest ogromny, jedzie się non-stop w dół. W pewnym momencie mijamy tablicę z napisem "sea level". Czyli teraz już oficjalnie jesteśmy w depresji, pod poziomem morza. A końca zjazdu nie widać. Co ciekawe, w Ammanie było maksymalnie 12 stopni, a tu jest już 25. Nad samym Morzem Martwym, 440 metrów poniżej poziomu morza będzie najcieplej. Będzie tam też najwyższe średnie ciśnienie powietrza na świecie, wynoszące 1063 hPa. To podobno dobrze wpływa na niektóre schorzenia i mikroklimat i powietrze przesycone solą mają działanie lecznicze.
Docieramy wreszcie do miejsca, gdzie robi się płasko. Kierujemy się do strefy nadgranicznej z Izraelem, a właściwie Zachodnim Brzegiem Jordanu, czyli częścią Autonomii Palestyńskiej. Jak wiadomo, rejon od zawsze zapalny, niebezpieczny, ale jednocześnie święty dla wyznawców wszystkich religii. Aby umożliwić pielgrzymki do miejsc świętych nawet Izrael musiał poczynić jakieś ustępstwa. Jednak wjeżdżając od strony Jordanii i tak trzeba mieć specjalne pozwolenie, które Mizar załatwia na wojskowym posterunku. Trwa to dłuższą chwilę, a i tak musimy wrócić, bo czegoś tam nie dopatrzono.
Od parkingu prowadzi niby Agnieszka, ale Mizar prosi nas, byśmy trzymali się w kupie, by nikt nie zostawał z tyłu. Strefa nadgraniczna, po obu stronach co chwila uzbrojone wojsko, pewnie wszędzie kamery i drony nad głowami. Po prostu podstawowe zasady by nie robić nic głupiego i tyle. Idziemy do miejsca, gdzie Jezus był ochrzczony przez zanurzenie w rzece Jordan. Jest tu coś w rodzaju ścieżki edukacyjnej z kilkoma stacjami. Nad samym Jordanem stoi ciekawa cerkiew.
Rzeka Jordan okazuje się rozczarowująco mała. Ma szerokość kilkunastu metrów. Jest tu zejście do wody, gdzie pielgrzymi mogą zanurzyć rękę czy stopę. Mniej więcej pięć metrów dalej kończy się dozwolony obszar, wyznaczony bojkami. Podobnie jest z drugiej strony, z brzegu należącego do Izraela, gdzie też jest sporo ludzi. A obie wyznaczone strefy oddziela jakieś pięć metrów "wody niczyjej". Rzeka jest ponadto całkowicie żółta i zamulona. Kiedyś była szersza, ale wraz z zajęciem przez Izrael Wzgórz Golan i pobudowaniu tam wodociągów, w rzece zaczęło brakować wody. Przypomina mi się historia Morza Aralskiego, które wyschło z powodu zabierania wody z Syr-Darii i Amu-Darii w celu nawadniania plantacji bawełny. Rzeki zamieniły się w błotniste ścieki, a ogromne jezioro wyschło. Tu jest podobnie - Jordan wysycha, a poziom Morza Martwego opada o około metr rocznie!
Znów trzymamy się w kupie, Mizar dwa razy liczy wszystkich i wracamy na parking do autokaru. Teraz atrakcja, na którą czekali chyba wszyscy - jedziemy nad samo Morze Martwe gdzie mamy zaplanowane plażowanie i kąpiel w tym niezwykłym zbiorniku. Jest to jedno z najsilniej zasolonych jezior świata, przewyższa je tylko niewielkie jezioro Patience w Kanadzie, jezioro Lac Retba w Senegalu (które zresztą Ewa miała okazję oglądać), jezioro Assal w Dżibutti i jezioro Don Juan na Antarktydzie. Morze Martwe jest jednak o wiele większe i znacznie bardziej znane, w dodatku leży w najgłębszej depresji świata i jest łatwo dostępne. Zasolenie wynika z pokładów soli zalegających jego dno. Na powierzchni jest to ponad 22%, ale w głębinach nawet 36%, więc są to stężenia śmiertelne dla niemal wszystkich organizmów żywych. Co więcej, w wyniku opadania poziomu, stężenie soli rośnie. W jeziorze można znaleźć pływające słupy solne. Pływanie w tak słonej wodzie nie wymaga niczego - wypór jest tak silny, że można siedzieć na powierzchni, zanurzając się tylko trochę. Tak zresztą turyści robią sobie zdjęcia - siedząc w wodzie i czytając gazetę czy książkę.
Nie będziemy kąpać się na dziko, jedziemy do jakiegoś hotelu, który posiada ileś basenów, SPA i innych głupot. Można się normalnie przebrać, a po kąpieli umyć z soli. Przeraża nas nieco czas jaki mamy do dyspozycji - aż 2,5 godziny. Na kąpiel trwającą 15 minut? Co robić z resztą? Nie pójdziemy moczyć się w basenie, to jest totalnie nie w naszym stylu podróżowania i wypoczynku, wszelkie takie all inclusive irytują nas strasznie.
Gdy schodzimy nad brzeg wygląda to jeszcze znośnie. Gorzej gdy jesteśmy blisko. Miny rzedną nam, ale też i innym osobom z naszej grupy. To co prezentuje sobą "plaża" i "kąpielisko" tego wspaniałego hotelu to jest syf jakich mało. Trudno mi byłoby w Polsce znaleźć brudniejszą plażę, nie wiem, może w jakimś starym, dawno opuszczonym ośrodku nad sztucznym zalewem gdzie spuszczane są ścieki. Pełno tu gałęzi, śmieci, styropianu, woda to zatęchły żur. Wygląda to skrajnie odpychająco. Ale już kawałek dalej jest nieco znośniej, kilka osób idzie tam. Oczywiście od razu leci do nich Arab pełniący rolę ratownika. Tłumaczy że tu nie wolno, tylko tam gdzie te śmieci. Ludzie olewają go zupełnie, więc bezradny staje i pilnuje, choć jedyne ratownicze narzędzie jakie ma to gwizdek.
No cóż, trzeba to trzeba, choćby to był syf. Przebieramy się i najpierw ja, a potem Ewa wchodzimy do wody. Jest ciepła, dziwnie aksamitna w dotyku (pewnie dlatego, że wody w niej jest 78%, reszta to sól). Kładziemy się na plecach. No rzeczywiście, wyrzuca na powierzchnię jak korek, można siąść, stopy i tak co chwila lecą do góry same z siebie. Na brzuchu pływać ciężko, każdy ruch ramionami, to wyrzucenie nóg w górę, a zarazem wylądowanie twarzą w tej solance, co nie jest przyjemne. Mi starczy kilka minut kąpieli. Wychodzę na brzeg, robię Ewuni kilka zdjęć, ale najpierw dokładnie wycieram ręce. Nie chcę by jej aparat zeżarła sól. Potem idę opłukać się pod pobliskie prysznice. Są tak samo tandetne jak kąpielisko - odpadają z nich kurki, z połowy nie leci woda. Zbieramy się i idziemy nieco wyżej, gdzie są normalne łazienki. Tu już myjemy się dokładnie, z użyciem dużych ilości wody i mydła.
Czasu zostało nam niemal 1,5 godziny, nie mając już nic lepszego do roboty idziemy do hotelowej restauracji. I co ciekawe - ceny są naprawdę bardzo przystępne, mają tu normalne (a nie oszukane) piwo i normalne, europejskie jedzenie. Bierzemy pizzę i fish & chips. Jezu, jakie to dobre po kilku dniach jedzenia humusu na przemian z kurczakiem i jajkami! Najlepszy posiłek na całym wyjeździe, nie ma dwóch zdań.
Pakujemy się do autokaru i ruszamy na południe. Czeka nas około cztery godziny jazdy do Akaby. Najpierw jedziemy jakieś 100 m powyżej brzegu Morza Martwego. Są tu ośrodki pozyskana soli sodowych i potasowych z jego wód, widoki na góry i samo jezioro są bardzo ciekawe. Gdy Morze Martwe się kończy, zaczynają się tereny uprawowe. Ale gdy wyjeżdżamy wyżej - znów pustynia. Na stacji robimy krótki postój na rozprostowanie kości. Słońce zachodzi, widoki są bardzo ładne. Jakiś lokalny, bardzo przyjacielski pies zawiera ze mną znajomość i doprasza się o głaskanie po brzuchu.
Jeszcze dobra godzina jazdy. Jutro jest już dzień wolny, każdy robi co chce, ale oczywiście biuro zapewnia możliwość czy to rejsu statkiem do rafy koralowej, czy to wejścia na płatne plaże. Część ludzi to wykupuje, część się nie odzywa. My mamy swój plan spaceru po Akabie, żadne plaże czy rejsy nas nie interesują.
W końcu Akaba, ten sam hotel co poprzednio, ale tym razem inny, o wiele gorszy pokój. No nic, jakoś to przetrwamy, ostatnie dwie noce. Ta sama niejadalna kolacja, ale po tak dobrym obiedzie jemy już tylko troszkę. Mając jeszcze kilka dinarów do wydania kupujemy znów butelkę wina na wieczór. Przed północą znów idę na dach hotelu polować na to, co próbowałem pierwszego dnia. Tym razem dokumentacja fotograficzna Kanopusa wychodzi o wiele lepiej, jestem zadowolony.
(na górnym zdjęciu Kanopus widoczny jest na samym dole, w środku kadru gwiazdozbiór Wielkiego Psa i Syriusz, najjaśniejsza gwiazda nieba, a na górze gwiazdozbiór Oriona)
Rano wstajemy bez pośpiechu, ale na miasto chcemy wybrać się wcześnie, zanim pojawi się upał. Śpiewy z meczetów jakoś nie budzą, Ewunia i tak ma swój wewnętrzny budzik, który każe jej wstawać przed świtem. O 8 rano ruszamy i kierujemy się na północ. Fotografujemy kilka meczetów i kościołów, jakieś murale, idziemy na zakupy do Safewaya, nad samo morze. Zwiedzamy trochę miasto, ale około południa upał robi się nie do zniesienia. Idziemy jeszcze do McDonalda, spróbować lokalnych dań w tej sieciówce. Porcje są o wiele większe niż w Europie. Idziemy jeszcze na suk, kupując ostatnie upominki dla dzieci.
Popołudnie spędzamy już w pokoju przeglądając zdjęcia, podsumowując wyjazd, pijąc kolejne wino i generalnie miło razem spędzając czas. Martwi nas tylko fakt, że jutro musimy wymeldować się do 10:30, a wyjazd na lotnisko mamy około 12. Co będziemy robić w tym czasie? Po cichu martwi mnie tez fakt, że w Iranie źle się dzieje, a USA grożą interwencją militarną. Jeśli dołączyłby się Izrael, to istnieje możliwość zamknięcia przestrzeni powietrznej Jordanii... mam nadzieję, że nic się jednak nie wydarzy do jutra.
Rano idziemy po śniadaniu na spacer, do fortu w południowej części miasta. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Miejsce jest bardzo ciekawe i nie ma tu jeszcze nikogo. Widoki na Morze Czerwone są bardzo ładne. Po powrocie do hotelu musimy rzeczywiście opuścić pokoje, obsługa już czeka pod drzwiami by posprzątać. Na dole kłębią się grupy z czterech autokarów. Jedna grupa miała podobną objazdówkę jak my i często gdzieś w trasie się spotykaliśmy. Ale pozostałe dwie grupy miały znacznie bardziej stacjonarną formę pobytu. Nie ma szans wytrzymać w tym tłumie, zostawiamy walizki i idziemy na spacer i do McDonalda.
W końcu pora zapakować się i ruszyć na lotnisko. Jakaś kontrola przed wyjechaniem z miasta, a na samym lotnisku dość osobliwa odprawa. Najpierw taka pobieżna kontrola paszportów i znów ręczne przepuszczanie wszystkich bagaży przez skaner. Co i rusz walizki są otwierane i ludzie dowiadują się że to nie może być wiezione w podręcznym, a tamto w ogóle zabrane itp. Oczywiście nam każą wyjąć aparaty, znów oglądają teleobiektywy i znów robią im zdjęcia z naszymi paszportami. Potem wreszcie nadanie bagaży. Potem kontrola paszportowa, taka prawdziwa. Potem kontrola bezpieczeństwa. I co? I znów oglądanie aparatów i fotografowanie ich wraz z paszportami... przez tego samego człowieka. Po co? Wyjeżdżamy, rozumiem, gdy taki obiektyw wwożę, to jestem podejrzany, ale jak go wywożę? I po co robić to dwa razy w odstępie paru minut. Co miałem zrobić w międzyczasie, zapiąć jakiś inny potajemnie? Oczywiście totalnie nie interesują ich potencjalne szpiegowskie zdjęcia które mogliśmy zrobić, a jedynie fakt posiadania długich obiektywów. Dziwaczna sytuacja.
Oczekujemy około godziny, ale jest to chyba jedyny lot tego dnia z Akaby. Na pokład ładujemy się sprawnie, piloci startują dobre pół godziny przed czasem. Niestety, tym razem oboje nie możemy usnąć, lot dłuży się strasznie. W końcu upragnione zniżanie już po zachodzie słońca, przebijamy warstwę chmur i... ponura mokra i zimna mgła w Pyrzowicach, ograniczająca widoczność do 200 m. Dotarcie do terminala trwa sprawnie, odprawę paszportową przechodzimy jako jedni z pierwszych. No i co z tego. Moja walizka pojawia się od razu. A na walizkę Ewy czekamy z pół godziny. Ale w końcu możemy wyjść.
Chwila na odnalezienie busa, chwila jazdy na parking. Odkopanie samochodu ze śniegu. No i jazda do domu, w tych warunkach dobra godzina. Jesteśmy strasznie zmęczeni, ale też oboje chcemy coś dobrego zjeść. Ewunia staje na wysokości zadania jak zawsze, żadne arabskie specjały nie mają startu do tego co ona potrafi ugotować właściwie z niczego. Ale to niewiele daje, nawet rozmowa nam się nie klei, a rano trzeba wstać do pracy. O 21 kładziemy się spać.
Rano żegnamy się, Ewa jedzie do pracy a ja ruszam w drogę powrotną do Warszawy. Jedzie się nieźle, ale blisko stolicy dopada mnie straszna śnieżyca. Po południu i ja idę do pracy.
Wyjazd okazał się ciekawym przeżyciem. Pierwszy raz odwiedziłem kraj
muzułmański. Mało ortodoksyjny, tolerancyjny i ciekawy zarówno przyrodniczo
jak i jeśli chodzi o zabytki. Ewunia uważała że mi się spodoba i owszem,
spodobało mi się, dałbym 7,5/10. Miejsca takie jak Wadi-Rum czy Petra są
niesamowite. Ale podobał mi się tez bardzo Dżarasz i Amman. Zaskoczyło mnie
to, ale miejsca święte też zrobiły duże wrażenie, choć jestem osobą
niewierzącą. Mają jednak w sobie jakąś historię i magię. Mieliśmy świetną
pilotkę z ogromną wiedzą. A co mi się nie podobało? Arabowie - ich dziwaczna
służalczość w hotelach, natrętność w miejscach gdzie oferowali jakieś usługi
lub chcieli wcisnąć mi cokolwiek. To że z jednej strony są zadbane miasta, a z
drugiej miejsca wyglądające gorzej niż w Afryce równikowej, gdzie śmieci
wywala się pod własne okno, a nieczystości wylewa na ulicę. I takie poczucie,
że gdyby nie to, że mają bogatego króla, który mocno ten kraj prowadzi w dobrą
stronę, że będąc pod panowaniami różnych imperiów siłą rzeczy coś od nich
nabyli, to gdyby nie to wszystko, to by nadal jeździli po pustyni na
wielbłądach. Zresztą - spora część populacji wiedzie życie nomadów do teraz.
Tak jakby w ogóle ominął ich rozwój cywilizacji. Jak miasto Geraza zniszczyło
trzęsienie ziemi 1300 lat temu, tak do XX wieku nikt palcem nie kiwnął by
cokolwiek tam odbudować. A druga rzecz - hotelowe jedzenie. Mam dość
jakiejkolwiek potrawy z tego rejonu świata na długo.
Czy jednak
Jordanię polecam? Tak i to zdecydowanie! A jak ktoś lubi kraje arabskie i ich
kulturę, to zapewne odbierze ją jeszcze bardziej pozytywnie niż ja.




























































































































