wtorek, 30 kwietnia 2019

Rowerowe podsumowanie kwietnia

Na początku kwietnia nic nie zapowiadało, że będzie to miesiąc gdzie będę robił jakiekolwiek dłuższe wycieczki rowerowe. Początek miesiąca to pobyt w szpitalu i operacja. Tak jak pisałem już nieco wcześniej był to efekt wypadku na rowerze. Mimo że miałem prowadzić tzw. "oszczędzający tryb życia" to nie zamierzałem się do tego stosować. Zawsze ruch działał na mnie uzdrawiająco i bardzo szybko wychodziłem dzięki niemu z kryzysów zdrowotnych i kontuzji. Tym razem było tak samo. Najgorzej działał właśnie bezruch i bezczynność w szpitalu. Już dwa dni po jego opuszczeniu zrobiłem pierwszą wycieczkę rowerową i biegałem. A potem dobra pogoda i dobre samopoczucie sprawiły, że aktywności rowerowe stały się dominującymi w tym miesiącu. Mimo, że miałem na to właściwie tylko drugą połowę miesiąca to i tak zrobiłem 700 km, wszystko na kilkugodzinnych wycieczkach.



Miesiąc mogę uznać za udany pod względem rowerowym. Nie z powodu pokonanego dystansu, co raczej z powodu szybkiego i pełnego powrotu do zdrowia i formy. Co prawda nadchodzi okres upałów, które jak dla mnie nie są dobrą pogoda na rowerowe wycieczki, no ale mam już w głowie kilka planów dalszych wypadów i postaram się je realizować.



Najdłuższa kwietniowa przejażdżka miała 156 km, ale wycieczek z dystansem trzycyfrowym było trzy. I jedna ciut poniżej 100 km. I oczywiście kilka krótszych. Mapka tradycyjnie pokazuje wszystkie trasy powyżej 30 km.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Rowerowa wycieczka do Grochalskich Piachów

Dziś pogoda nie jest może jakaś szczególna, bo jest chłodno, pochmurnie i wietrznie. W dodatku prognozy zapowiadają deszcz. Mam jednak wolne kilka godzin i postanawiam zrobić sobie rowerową wycieczkę. Częściowo będzie się ona pokrywać z moją poprzednią trasą wokół Puszczy Kampinoskiej. Dopiero analizując tamtą trasę w domu, zauważyłem że minąłem bardzo ciekawe miejsce. Otóż w odległości 50 km od Warszawy jest... coś w rodzaju pustyni! Stwierdzam, że muszę to miejsce zobaczyć.

Ruszam na północ wzdłuż Stegien i ulicy Czerniakowskiej. Tym razem pod wiatr przyjdzie mi pokonać pierwszą cześć trasy. Może to i lepiej, lepiej wracać z wiatrem w plecy, niż na zmęczeniu zmagać się z nim. Mimo niedzieli, na wiślanych bulwarach jest niewielu ludzi. To pewnie przez tą pogodę. Nie mam co narzekać, choć realnie zastanawiam się czy... nie założyć rękawiczek. Jest naprawdę bardzo zimno.

Mijam Cytadelę i Żoliborz, docieram do Mostu Północnego. Tym razem postanawiam urozmaicić sobie dojazd do Łomianek. Nie jadę na wprost, tylko lokalnymi uliczkami docieram pod cmentarz na Wólce Węglowej. To największy cmentarz w Warszawie i pewnie jeden z większych w Europie. Objechanie go, to dobre kilka kilometrów jazdy. Wreszcie docieram do ulicy Estrady, którą kieruję się na północ. Mijam granicę Warszawy, potem Laski by wreszcie dotrzeć do Łomianek.

W Łomiankach są aktualnie jakieś remonty, więc jadę niewielkimi uliczkami na wyczucie i wreszcie wyjeżdżam na lokalną drogę wzdłuż krajowej "siódemki". Jechałem nią dwa dni temu. Tym razem przychodzi mi pokonywać ją pod wiatr, co powoduje, że utrzymuję 22-25 km/h i nie jestem w stanie rozwinąć większej prędkości. Po kilku kilometrach mijam Czosnów i w Dębinie skręcam w lewo.

Mijam jednostkę wojskową i radar dozoru powietrznego, docieram do drogi nr 579, łączącej Nowy Dwór Mazowiecki z Błoniem. Rozważam, czy może nie wracać tą drogą do domu, ale zwycięża plan pokonania Wisły pobliskim mostem i powrotu jej prawą stroną. Po kilku kilometrach odbijam w prawo, w drogę nr 899 na Kamion. Droga prowadzi przez piękny las.



Obok drogi, po obu jej stronach są pozostałości jakiś... posterunków wojskowych? Tak to wygląda, jak pomieszczenia dla wartowników.


Orientuję się, że w okolicznym lesie jest zdaje się ukryty jeden z fortów Twierdzy Modlin. Zerkam na mapę. Tak, to fort VII. Musze dojść do niego jakieś 200 m piaszczystą drogą. Nie jestem w stanie jechać na niej rowerem, więc prowadzę go. Po chwili wyłania się biała ściana fortyfikacji. Fort jak fort, obecnie to ruina i miejsce spotkań miejscowej młodzieży. W środku jest totalna pustka, pomieszczenia wymiecione ze wszystkiego.



Wracam do drogi i ruszam dalej na północ. Po chwili po lewej stronie pojawiają się koślawe tabliczki "teren wojskowy, wstęp wzbroniony". A potem droga, przy której jest informacja, że jest to strzelnica wojskowa i wejście grozi śmiercią. Nikt obecnie na niej nie strzela, zresztą nawet nie wiem czy ona jest aktywna. Wjeżdżam na teren. Widać łaciaty budynek dyżurki, wieżę obserwacyjną i obwałowania. Typowa wojskowa strzelnica. Jednak przy budynku stoi jakiś samochód, nie chcę więc działać aż tak bezczelnie i omijać szlabany, gdy może tu jednak być jakiś wartownik.



Wracam na główną drogę i jadę jeszcze kawałeczek na północ, a potem w lewo, na drogę nr 575. Jeszcze kawałeczek, wypatruję drogi w lewo, prowadzącej do interesującego mnie celu wycieczki. Jest! Oczywiście to również teren wojskowy. Pobliska jednostka saperów z Kazunia tutaj przywozi wszystkie odnalezione niewybuchy i tu je detonuje. Co ciekawe, wojskowy szlaban jest uniesiony, a tabliczka informuje że... klucz jest u dyżurnego strzelnicy ;)




Omijam szlaban i po kilkudziesięciu metrach moim oczom ukazuje się... prawdziwa piaszczysta pustynia! Wygląda tak samo jak Pustynia Błędowska, choć zajmuje mniejszy obszar. Warto dodać, że w Polsce największym tego typu obszarem nie jest najprawdopodobniej Pustynia Błędowska, tylko... poligon czołgowy Żagań-Świętoszów. Ciągłe manewry i strzelania nie pozwalają roślinności na regenerację. W Europie największą pustynią są Oleszkowskie Piaski na Ukrainie. Grochalskie Piachy, mimo że znacznie mniejsze i tak wyglądają imponująco. To raptem 1,5 godziny jazdy rowerem z centrum Warszawy.





Według mapy i zdjęć satelitarnych, na tym obszarze jest jeszcze jeden interesujący obiekt. Z góry wygląda bardzo charakterystycznie - pierścieniowo ułożone sześć kółeczek. Tak wyglądały stanowiska ogniowe dywizjonów rakiet przeciwlotniczych systemu S-75. Wojska Obrony Powietrznej Kraju już od dawna z nich nie korzystają, ale takich miejsc w Polsce można nieco znaleźć. Obok jest jednostka w Dębinie, obecnie tylko radar, ale niegdyś mająca właśnie takie rakiety. To miejsce, to zapasowe stanowisko ogniowe. Gdy podchodzę bliżej ukazują się charakterystycznie obwałowania samych stanowisk startowych i miejsca ukrycia pojazdów wspomagających. Na środku kiedyś stał bunkier dowodzenia i stacja radarowa. Teraz to już tylko pozostałości.






Wracam do głównej drogi robiąc jeszcze kilka zdjęć. Robi się już późno, a w dodatku szarość dnia pogłębia nieprzyjemne wrażenie. Pora jechać w drogę powrotną. Zgodnie z planem pojadę przez Nowy Kazuń i Nowy Dwór Mazowiecki. Ruszam na wschód i po kilku kilometrach wyjeżdżam z lasu. Potem przejeżdżam pod krajową "siódemką" i jestem w Nowym Kazuniu. Tu właśnie widać zabudowania jednostki wojskowej saperów i w oddali ich pojazdy.



Docieram do ruchliwej drogi, skręcam nią w lewo, w stronę Wisły. Na szczęście jest tu nowa ścieżka rowerowa. Po chwili ukazuje się charakterystyczny most. Dawno temu właśnie przez niego i kolejny most na Narwi odbywał się cały ruch Warszawa-Gdańsk i tworzyły się tu ogromne korki. Sprawę rozwiązała budowa drogi ekspresowej i nowego mostu pod Zakroczymiem.




Za mostem jest centrum handlowe i zaraz kolejny most, tym razem nad Narwią. Wjeżdżam na niego i fotografuję dziką rzekę i widoczne niedaleko główne fortyfikacje Twierdzy Modlin. Dziś już nie mam czasu na jej zwiedzanie, ale kiedyś muszę się tu wybrać właśnie w tym celu. Poniżej też widać jakieś stare, wojskowe budynki.





Wracam kawałek i przecinam Nowy Dwór Mazowiecki. Nie byłem tu dawno, stwierdzam że miasteczko rozrasta się energicznie, powstają tu nowe osiedla. Taka dalsza sypialnia dla Warszawy.



Ruszam w końcu na południowy wschód, w stronę Jabłonny. Droga jest ruchliwa, ale ma przyzwoite i szerokie pobocze. Obok zresztą powstaje ścieżka rowerowa, choć na razie gotowa nie jest. Droga jest również niemożliwie prosta, przez dobre 10 km nie ma na niej najmniejszych skrętów. W dodatku wieje w plecy, więc bez problemów utrzymuje prędkość powyżej 30 km/h na całym odcinku. Zwalniam jedynie na wzniesieniach, które pojawiają się bliżej celu.


Przecinam Jabłonnę i wjeżdżam do Warszawy. Jeszcze 30 km i będę w domu, muszę pokonać całe miasto. Skręcam na Tarchomin i na Most Północny. A potem już wzdłuż Wisły, kopiując moją trasę w tamta stronę jadę na południe. Wiatr na szczęście w plecy. Pod koniec, już na Ursynowie zaczyna padać, jednak udaje mi się zdążyć przed największym deszczem.



Przejechałem 118 km w czasie 5 h 30 min. Dało to średnią ponad 21 km/h - nie jest to dużo, ale na dystansach powyżej 100 km ciężko mi utrzymać większą średnią, bo na ogół jest mnóstwo czynników które ją ograniczają - a to wiatr, a to jakieś objazdy, a to światła, a to dziury. Dziś poza tym robiłem trochę zdjęć. Wycieczka okazała się ciekawa, a sam jej główny cel bardzo interesujący. Kiedyś muszę się tam wybrać na rowerze górskim.




Na koniec wrzucam zdjęcie Grochalskich Piachów, Twierdzy Modlin i mostów w Zakroczymiu i Nowym Dworze Mazowieckim, które zrobiłem z samolotu, w czasie powrotu z Oslo w zeszłym roku. Widać wszystko jak na dłoni.

piątek, 26 kwietnia 2019

Rowerowa wycieczka wokół Puszczy Kampinoskiej


Dziś mam wolny dzień, a pogoda jest bardzo dobra. Wiatr, który od kilku dni mocno utrudniał rowerowe eskapady nieco przycichł, choć nadal jest odczuwalny. Postanawiam zrealizować trasę, którą mam od jakiegoś czasu w głowie - objechać całą Puszczę Kampinoską dookoła. Objechać utwardzonymi drogami i nie wjeżdżać w kampinoskie piaski, bo jadę dziś na rowerze szosowym.

Ruszam o 9 rano. Jest już dość ciepło, a przecież zrobi się o wiele cieplej. Na razie jednak mam na sobie koszulkę z długim rękawem. Jadę na północ, przecinam Stegny i Czerniaków, kieruję się na wiślane bulwary, na rowerową "autostradę", którą można sprawnie pokonać całe miasto (poza weekendami, kiedy jest tam Armageddon). Tuż za mostem Świętokrzyskim, w miejscu gdzie miałem tą fatalną kolizję, która skończyła się na sali operacyjnej poskręcaniem mojej szczęki na śruby, zatrzymuję się na chwilę. Rozpamiętuję jeszcze raz tamtą sytuację. Można było tego uniknąć gdybym mniej ufał innym. To było dokładnie miesiąc temu. W sumie szybko wróciłem do formy i nie mam co narzekać ;). Pora też zdjąć tą długą koszulkę.



Ruszam dalej wzdłuż Wisły. Trwają przygotowania do niedzielnej defilady wojskowej, wszędzie kręcą się ludzie w mundurach, którzy rozstawiają sprzęt. Mijam Stare Miasto, Cytadelę i jadę dalej. Trochę zastanawiam się, jak rozwiązać problem dojazdu do Łomianek. Jest tam odcinek, gdzie w ogóle nie ma pobocza, nie ma żadnej ścieżki rowerowej a ruch na krajowej "siódemce" jest bardzo duży. Staram się zawsze unikać jazdy takimi trasami. To jednak raptem tylko kilometr, więc poradzę sobie nawet po nieutwardzonym poboczu, dlatego odrzucam myśl objechania Cmentarza Północnego, bo to nadkładanie kilometrów.

Dojeżdżam do wyjazdu z Warszawy. Rzeczywiście jazda tym odcinkiem jest bardzo nieprzyjemna i niebezpieczna, więc póki mogę jadę po piasku obok. Wkrótce robi się tak kopny, że mój rower kapituluje. Ale akurat trafiła się dziura w potoku samochodów, bo przytrzymały je światła. Wjeżdżam na jezdnię i cisnę mocno przez ostatnie 500 m do Łomianek, na szczęście zdążając przez zbliżającymi się w lusterku TIR-ami. Tu już zjeżdżam w drogę lokalną, więc jedzie się spokojnie. Jest nawet ścieżka rowerowa. Na najbliższym rondzie skręcam w lewo i przecinam "siódemkę". Po drugiej stronie jest taka lokalna równoległa droga, nią można względnie spokojnie jechać. Jedyne co przeszkadza to dziury w niektórych jej odcinkach i hałas samochodów. Szybko wyjeżdżam poza Łomianki.


Jeszcze kilka kilometrów na północ i mijam Czosnów. Teraz jeszcze kawałeczek i skręcam w lewo, w dobrą drogę w miejscowości Dębina. Droga ma szerokie pobocze przeznaczone dla rowerów, ma nową nawierzchnię i jedzie się bardzo dobrze, a co najważniejsze - szybko. Nie schodzę poniżej 30 km/h. Kawałek za Dębiną zatrzymuję się na moment i idę jakieś 50 m w las. Jest tu jednostka wojskowa gdzie na wzgórzu pracuje radar dozoru powietrznego, który stąd dobrze widać. W okolicy były też kiedyś dywizjony rakietowe WOPK systemu S-75. No i całkiem niedaleko jest kolejna jednostka wojskowa w Kazuniu - wojska inżynieryjne.




Ruszam dalej na zachód i wkrótce docieram do drogi nr 579, łączącej Nowy Dwór Mazowiecki z Błoniem. To alternatywny wariant powrotu do domu, jednak to tylko przecięcie Puszczy Kampinoskiej, a nie jej objechanie. Kieruję się dalej na zachód. Droga miejscami przecina naprawdę malownicze lasy.



Myliłby się jednak ten, kto uważa że wybrana przeze mnie trasa prowadzi lasami. Są owszem na niej dość krótkie leśne fragmenty, ale w większości to otwarta przestrzeń i małe miejscowości. A przy tym słońcu to dość dokuczliwe, czuję że mnie spiecze. Robi się jak dla mnie nieznośnie gorąco. Na szczęście wiatr jest w plecy, co pozwala mi momentami na rozwijanie prędkości prawie 40 km/h i utrzymywanie jej. Wiem jednak, że czeka mnie jeszcze naprawdę długa droga, więc specjalnie nie szarżuję. Liczyłem też, że zobaczę malowniczą w tym miejscu Wisłę. Niestety wiślany wał jest w pewnej odległości od szosy, nie ma jak do niego dojechać, a za nim widać kolejne drzewa, czyli sama Wisła musi być dalej. Droga którą jadę staje się coraz gorsza, w asfalcie pojawiają się dziury i koleiny, ale niezrażony tym cisnę dalej. W pewnym momencie droga skręca na północ, ale jest tu taka lokalna szosa, która oszczędzi mi kilku dodatkowych kilometrów. Miejscami asfalt jest już tak zniszczony, że drogę można uważać za szutrową.



Na szczęście po kilku minutach docieram znów do głównej drogi, w tym miejscu w ogóle odremontowanej, z doskonałą nawierzchnią. Jeszcze kilka kilometrów i dotrę do zachodniego krańca Puszczy Kampinoskiej. Na liczniku jest już 70 kilometrów, do domu więc pewnie drugie tyle.

Wkrótce droga rozwidla się, a ja skręcam na południe, na Sochaczew. Dopiero teraz odczuwam, że wiatr jest i to całkiem silny! Może nie tak obezwładniający jak dwa dni temu, ale jednak mocno ograniczający możliwości szybkiej i lekkiej jazdy. Po chwili wjeżdżam w las, gdzie na szczęście wiatr nieco słabnie.




Kilka kilometrów dalej docieram do zupełnie nowej asfaltówki biegnącej na wschód. Zerkam na mapę. Idealnie! Tylko nieco mnie niepokoi co dalej, bo dalej są już jakieś słabej jakości drogi. Oby to nie były szutrówki. Ale ryzyk-fizyk, wariantów jest kilka więc coś powinno być dla mnie odpowiednie.

Dobry asfalt tak jak przewidziałem kończy się po kilku kilometrach. Na południe prowadzi jakaś wąska, ale całkowicie pusta droga. Jedzie się fajnie, choć raz że wiatr daje popalić, a dwa, że upał powoduje że powoli kończy mi się pierwszy litr wody, który mam w bidonie. Na szczęście mam w plecaku dalsze półtora litra. Zaczynam też odczuwać delikatny głód.



W swoim dalszym przebiegu droga prowadzi przez podmokłe, bagienne tereny, zupełnie jak nad Biebrzą. Zatrzymuję się na mostku nad zarośniętym kanałem. Chwila na rozprostowanie kości, na zjedzenie banana i na uzupełnienie bidonu wodą z plecaka. Nad głową na wysokości kilku kilometrów przelatuje mi LOT-owski Dreamliner wracający z USA. W zeszłym roku gdy wracałem z Oslo leciałem właśnie nad tymi terenami i pamiętam ogrom lasów. Gdzie te lasy???




Ruszam dalej, ale zgodnie z przewidywaniami - dalsza droga na wschód to piaszczysta szutrówka. Na szczęście na zachód jest droga asfaltowa. Znów oddalam się od domu, ale trwa to niezbyt długo, bo znów skręcam na południe. Asfalt położony jest tu na sześciokątnej kostce i jedzie się słabo, drgania nie pozwalają na większą prędkość. Wiatr też nie pozwala - jadę góra 20-25 km/h, mordując się strasznie. Wreszcie jednak pojawia się przyzwoita droga na zachód.

Droga po kilku kilometrach robi się mniej przyzwoita, asfalt jest chropowaty i dziurawy, w dodatku wiatr mnie już wkurza. Do Warszawy dobre 60 km i zapowiada się, że lekko nie będzie. W dodatku są to całkiem odczuwalne wzniesienia. Na szczęście po pewnym czasie docieram do drogi nr 580, łączącej Żelazową Wolę z Warszawą. Wreszcie normalny, równy asfalt! Niestety ruch samochodowy też wyraźnie większy.

Teraz już nie muszę nawigować, drogę znam dobrze. Wystarczy, że będę się jej trzymał i dotrę na Bemowo. Wiatr ogranicza moją prędkość do 20-22 km/h, a jazda kosztuje sporo sił. Zerkam na zegarek... liczyłem, że będę w domu na 15, ale wydaje się to nierealne. Gdy docieram do Kampinosu na liczniku pokazuje się 100 km. Robię króciutki postój na rozprostowanie kości.



Pora jednak nie obijać się, tylko cisnąc dalej. Na stacji benzynowej kupuję butelkę zimnej coli. Ciężko się nią napić, bo strasznie "zalepia", ale orzeźwia, ochładza i jednak daje energetycznego kopa z powodu swojej zawartości cukru ;)

Do Warszawy jest jednak spory kawałek w gęstniejącym ruchu. Mijam wreszcie Leszno, gdzie dociera droga nr 579  Nowego Dworu Mazowieckiego, którą dziś przecinałem. W miejscowości jest całkiem ładny kościół.



Cisnę i cisnę, wiatr osłabia coraz bardziej, słońce również. A czasu mam coraz mniej, teraz już widzę, że w domu będę kilka minut po 16. Ile jeszcze? Mijam Zaborów, Borzęcin, Zielonki i Blizne. Ufff! Wreszcie Bemowo! Do domu jednak nadal dobre 20 km i oczywiście pod wiatr! Czasu coraz mniej, teraz czuję już że 16:30 będzie realną godziną dotarcia.

Skręcam na południe, w stronę Ursusa. Wiatr, słońce, kolejne światła na których muszę stanąć. Z Ursusa do Ursynowa nie ma prostej i łatwej trasy rowerowej, trzeba nieco kluczyć uliczkami, miejscami tak dziurawymi, że jadę na stojąco. Wreszcie Okęcie, objeżdżam lotnisko i ulicą Poleczki docieram na Ursynów. W domu jestem o 16:43. 7,5 h jazdy, razem 156 km, z czego połowa pod wiatr. Całość na jednym bananie ;) A teraz muszę wyjść od razu z domu, więc ekspresowy prysznic. Nie mam nawet czasu czegoś zjeść, więc wyenergetyzowanie jest wyraźnie odczuwalne. Moja awaryjna czekolada która miałem w plecaku... przybrała formę płynną i uległa działaniu grawitacji ;)



Podsumowując - trasa ogólnie całkiem fajna, ale warunki spowodowały, że była dość męcząca, mimo że przecież nie jest jakaś ekstremalnie długa. Mimo, że objechałem jeden z największych kompleksów leśnych w pobliżu Warszawy, to większość trasy przebiegała w odkrytym terenie. A palące słońce nie ułatwiało zadania.


Na zakończenie mapka mojej wycieczki.

środa, 24 kwietnia 2019

Rowerowa wycieczka nad Zalew Zegrzyński


Dziś mam względnie wolny dzień. Postanawiam wykorzystać go na rowerową wycieczkę. Jednak już od wczoraj nad Polską przemieszcza się istny huragan, wiejący z południa. Mimo, że jest słonecznie i ciepło, to wiatr naprawdę daje popalić. Choć dziś już nieco słabiej, to i tak zastanawiam się jak będzie mi się jechało.

Ruszam z Ursynowa przez Stegny w stronę Trasy Siekierkowskiej. Nie mam żadnego sprecyzowanego planu, ale myślę by jechać gdzieś na północny-wschód, może w okolice Zielonki i Wołomina. Może objechać wielki poligon w Rembertowie i Zielonce? A może pojechać gdzieś w stronę Radzymina? No zobaczymy co z tego wyjdzie.

Po przekroczeniu Wisły kieruję się nadal wzdłuż Trasy Siekierkowskiej. Wiatr jest silny, szczególnie jego porywy, ale teraz wieje jakoś z boku co niespecjalnie przeszkadza w samej jeździe. Mijam Rembertów i Mokry Ług. To właściwie koniec Warszawy, zaczynają się tu spore kompleksy leśne. Kieruję się na północ wąską i pustą asfaltową drogą. Szybko mijam tabliczkę z napisem "Zielonka". Tu zaczyna się wygodna i dobra ścieżka rowerowa. Po kilku dalszych minutach docieram do ruchliwej drogi łączącej Warszawę z Wołominem. Ostatecznie porzucam plan jazdy wokół poligonu, postanawiam jechać dalej na północ, w stronę Radzymina. Mijam Muzeum Zielonki i przejeżdżam tunelem pod linią kolejową. A potem całkiem nową ścieżką rowerową nad jakimś kanałkiem. Ścieżka jednak wkrótce się kończy, a ja jadę poboczem ruchliwej drogi, którą sznur samochodów kieruje się ku ekspresowej trasie S8 prowadzącej do Białegostoku. To tzw. obwodnica Marek, która bardzo odciążyła ta wiecznie zakorkowaną miejscowość. Przejeżdżam pod trasą i już w znacznie spokojniejszych warunkach kieruję się dalej na północ.

Droga przecina obszar podmokłych torfowisk, z których sterczą kikuty obumarłych drzew. To rezerwat "Horowe Bagno". Droga tu ma wąskie pobocze, ale mam dzięki niemu pewien komfort jazdy. Mimo że ruch jest mniejszy, to i tak co chwila mija mnie rozpędzona ciężarówka. Bez pobocza byłoby to mocno stresujące. Docieram wkrótce do wiaduktu nad starą drogą na Białystok, która nagle z zatłoczonej krajowej trasy zmieniła się w drogę lokalną. Teraz kieruję się przez malownicze lasy w stronę Nieporętu.


Pobocze miejscami jest na tyle dziurawe i niemiłe, że jednak jadę pasem ruchu. Jedzie się jednak przyjemnie i dość szybko, bo wiatr jest tu mało odczuwalny. Bez problemu trzymam 30-35 km/h, aż dziwię się, że idzie to tak lekko. Może wyjść niezła średnia z całej wycieczki. Po dłuższej chwili docieram do skrzyżowania w Nieporęcie. Teraz chwila zastanowienia. Jechać w stronę Białobrzegów i Ryni? Czy może dalej na zachód? Stwierdzam, że wybieram ten drugi wariant. Może dojadę do zapory w Dębem Wielkim, która spiętrza wody Narwi w Zalew Zegrzyński? Na razie muszę minąć most nad Kanałem Królewskim, który jest przedłużeniem Kanału Żerańskiego. Co ciekawe, do dziś pływają po nim wycieczkowe statki Białej Floty. Z mostu rozpościera się ładny widok na port w Nieporęcie i sam Zalew Zegrzyński.



Skręcam w stronę portu i po krótkiej jeździe nabrzeżem z zacumowanymi jachtami docieram na plażę nad samym Zalewem. Widoki piękne!




Pora jednak pomyśleć co dalej. Wiatr jest tu bardzo silny i wyraźnie odczuwalny. Jechało mi się tak dobrze tylko dlatego ze jechałem z wiatrem. A teraz jak bym nie kombinował, to będę wracał pod wiatr. Im dalej od domu odjadę, tym dłuższy odcinek pod wiatr... Rezygnuję z wydłużenia wycieczki. Jadę jeszcze tylko kawałek w stronę Wieliszewa i skręcam w ruchliwą drogę do Legionowa. Liczyłem że będzie tu szersze pobocze, a pobocza zupełnie nie ma! To jednak kilka kilometrów i dotrę do miasta, gdzie już powinno być lepiej. O dziwo wiatr nie przeszkadza tak strasznie jak to sobie wyobrażałem.

Mijam rozkopane Legionowo. W pewnym momencie droga robi się dwupasmowa, a ja zjeżdżam na ścieżkę rowerową. Niestety jest to model wykonany z kostki, który jest dodatkowo nierówny i dziurawy. Jedzie się słabo, ale liczę że od Jabłonny już będzie lepiej. Docieram w końcu do trasy z Warszawy do Nowego Dworu Mazowieckiego. Tu są całkiem dobre specjalne pobocza dla rowerów. Gdy skręcam na południe... dopiero teraz uderza we mnie cała furia wiatru. Coś niewiarygodnego. Najgorsze są podmuchy, które dosłownie zatrzymują w miejscu. Mimo, że łapię kierownicę w najniższym chwycie i staram się przybrać najbardziej opływową sylwetkę, mimo że cisnę z całej siły, to na liczniku szyderczo widać 17-18 km/h i po prostu nie daję rady więcej. A do domu 40 km pod ten cholerny wiatr!

Co gorsza, po przekroczeniu granicy Warszawy w pewnym momencie znika wygodne pobocze i ścieżka rowerowa. Po chwili męczenia się jakimś chropowatym asfaltem odbijam w prawo, w stronę Nowodworów. Mieszkałem tu kilka lat i znam okolicę, ale chętnie zobaczę co się od tego czasu zmieniło. A zmieniło się bardzo dużo, wyrosło sporo nowych osiedli. Tu gdzie były pola teraz są bloki. Wiatr nadal przeszkadza i to mocno, ja też jestem już coraz bardziej zmęczony. Nie chce mi się jednak sięgnąć do plecaka po czekoladę, którą wożę jako awaryjne źródło energii. W końcu docieram do Mostu Północnego, z którego robię zdjęcie Wisły. Wygląda tu fajnie, tak dziko jak gdzieś zupełnie poza miastem.



Potem skręcam na południe. O ile wcześniej kląłem na wiatr, to teraz już brakuje mi słów. Momentami moja prędkość spada do 15 km/h i nic nie mogę na to poradzić. Wzdłuż Wisły tworzy się prawdziwy korytarz powietrzny, gdzie ta wichura ma się gdzie rozpędzić. Mam tego już serdecznie dość. Ciesze się że zrezygnowałem z wydłużenia wycieczki dalej na północ. Tak została mi jeszcze godzinka szarpania się i będę w domu ;) W dodatku tuż za mną jedzie jakiś typowy "cwaniak" siedząc mi na tylnym kole i korzystając z mojego cienia aerodynamicznego. Oczywiście sam bym zrobił to samo, gdyby było pod kogo się podczepić ;) Tak razem dojeżdżamy aż do mostu Łazienkowskiego. Przyznaję, że jego widok w lusterku motywował mnie by cisnąc mocniej i mu uciec, choć oczywiście było to nierealne. Bez tego dopingu jechałbym jeszcze wolniej.

Ostatnie kilometry do domu to już jazda przez miasto. Wieje dokuczliwie, choć odrobinę słabiej niż nad Wisłą. Wreszcie Wilanów. Gdy skręcam w prawo i wiatr zmienia kierunek... momentalnie rozpędzam się do 30 km/h ;) Nie ma już jednak potrzeby się spinać, wkrótce docieram do domu.



Cała wycieczka była planowana na znacznie więcej, jednak jak się okazuje słusznie postąpiłem skracając trasę. Tak czy siak przejechałem 95 km, z czego połowę pod huraganowy wiatr. Trwało to 4,5 h, co dało średnią 21 km/h. Gdyby nie ten czołowy wiatr to pewnie dałbym radę zrobić średnią ok. 27-28 km/h, no ale nie dało rady. Czuję się jakbym przejechał 150 km w normalnych warunkach :)

sobota, 20 kwietnia 2019

Wiosenny spływ kajakowy na szlaku Krutyni


Kilka dni temu w głowie pojawiła mi się myśl, by wykorzystać piękną pogodę i wybrać się gdzieś na mały spływ kajakowy. W pobliżu Warszawy można popłynąć Jeziorką, Pilicą, Świdrem czy Wkrą. Można nawet Wisłą. Ale to typowe nizinne rzeki, które płyną przez mało malownicze pola i łąki. Nie ma na nich jakiś większych atrakcji.

Na tzw. bliskie Mazury jest raptem około 200 km, co oznacza 2-2,5 h jazdy samochodem. Szczególnie po otwarciu trasy ekspresowej do Białegostoku czas dojazdu uległ skróceniu. Postanawiam wykorzystać wolny dzień i wraz z Flo wybrać się na kilkugodzinną kajakową przygodę na dobrze mi znanym szlaku Krutyni. Byłem tam ostatnio... niemal 20 lat temu. Mogło się wiele zmienić, ale raczej na plus - jest teraz wiele firm organizujących spływy i wypożyczających kajaki, co powoduje, że jakość usług jest naprawdę przyzwoita, a wybór duży.

Wstaję dopiero o 8 rano. Niestety pracowałem w nocy i położyłem się spać ok. 4. Jestem więc po 4 godzinach snu, ale jakoś udaje mi się rozruszać. Gorzej, że muszę przejechać przez Warszawę w godzinach porannego szczytu. Idzie nadspodziewanie dobrze, jedynie dłuższą chwilę zajmuje przejazd przez Rembertów i Zielonkę. W końcu wjeżdżam na ekspresówkę S8. Niby szło dobrze, ale trwało to niemal godzinę i jest prawie 10 rano. Liczyłem że ok. 11 będę na miejscu... no niestety nie ma na to żadnych szans. W sumie nie wiem jak ja to planowałem, bo dystans okazuje się spory, ponadto w Ostrołęce z powodu remontu mostu jest spory korek. A potem jeszcze dwa razy ruch wahadłowy... W Myszyńcu zatrzymuję się jeszcze by wziąć nieco gotówki z bankomatu. Sam już się na siebie złoszczę, że tak późno wyjechałem i teraz będziemy musieli się mocno spinać, by spływ zakończyć około 16. Mijamy Rozogi i dalej już w pięknych lasach Puszczy Piskiej docieramy do Starych Kiełbonek. Jeszcze kilka kilometrów. Mijamy Zgon i po dłuższej chwili wreszcie jesteśmy w Krutyni, gdzie jadę prosto do wypożyczalni, z którą wcześniej kontaktowałem się telefonicznie. Już mało pamiętam samą miejscowość, ale widać że żyje ona po prostu z kajakarzy - wszędzie są wypożyczalnie i firmy organizujące spływy. Pierwotnie chciałem płynąć z Krutyni do Ukty lub jeziora Bełdany, ale teraz zmieniam plan. Sensowniej będzie zacząć spływ w Zgonie nad jeziorem Mokrym i dopłynąć tu na miejsce. To kilkanaście kilometrów, powinniśmy zdążyć akurat na 16, czyli godzinę o której wypożyczalnia kończy dziś pracę.

Płacę za nasz kajak, panowie z obsługi ładują go na przyczepę, a my wsiadamy do małego busa. Kilka kilometrów jazdy do miejscowości Zgon, dokładnie tą drogą co tu przyjechaliśmy. Ta dziwna nazwa nie pochodzi od czyjejś śmierci, a od spędzania bydła :) Docieramy nad południowy brzeg największego jeziora na szlaku Krutyni - jeziora Mokrego. To również jedno z najgłębszych mazurskich jezior - ma 51 m głębokości. W ogóle Krutynia nie jest w większości biegu typową rzeką, a właściwie ciągiem jezior, połączonych krótkimi strugami. Dopiero za jeziorem Mokrym przybiera postać rzeki i tak już dopływa do jeziora Bełdany, leżącego już na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich.



Przebieramy się, pakujemy nasze rzeczy do kajaka i ruszamy. Czeka nas dobre 7,5 km wiosłowania. Trzymam się względnie blisko prawego brzegu jeziora, bo wieje dość silny wiatr i im bliżej środka, tym większa fala i rozbryzgi. Flo radzi sobie doskonale, nie marudzi i trzyma równy rytm i tempo. Super! Nie spodziewałem się że będzie jej tak dobrze szło. Rozmawiamy o różnych wodnych ptakach, wszędzie widać perkozy i kaczki, a nawet kilka kormoranów. Wiosłujemy i wiosłujemy, a przeciwległy brzeg zdaje się w ogóle nie przybliżać...





W końcu jednak nasz wysiłek staje się wyraźnie widoczny. Brzeg za nami został w oddali, a ten przed nami jest już coraz bliżej. Już ponad 5 km przewiosłowane. Może to już tu wypływa Krutynia? To miało być w jakiejś zatoczce. Jednak nie, to tylko jakieś pole biwakowe, aktualnie puste. W ogóle na całym jeziorze nie ma żywego ducha, jest tylko nasz kajak. Wspaniałe uczucie bycia samemu w tak pięknym miejscu. Latem są tu tłumy kajakarzy. Nad naszymi głowami krąży czapla, robię jej kilka zdjęć.



Momentami mój zegarek z GPS głupieje, w sumie nie wiem czemu. Pokazuje jakieś absurdalne prędkości, rzędu 300-500 km/h. Co ciekawe, odległość pokazuje właściwie. Aż mu robię w końcu zdjęcie, bo to rzadkość by ktokolwiek tak szybko płynął kajakiem i miał to udokumentowane ;)




W końcu odnajdujemy wypływ Krutyni. Jest to zatoczka na północnym końcu jeziora, ponad 7 km od początku naszej wycieczki. Wiatr na szczęście nieco cichnie, a my przepływamy pod mostkiem i zatrzymujemy się koło jazu. Czeka nas przenoska, na szczęście bardzo krótka. Kajak swoje waży, a Flo nie ma tyle siły by unieść go na dystansie dłuższym niż kilka kroków. Przeciągamy go jednak na drugą stronę i wodujemy. To jezioro Krutyńskie, będące w zasadzie rozlewiskiem rzeki a nie typowym jeziorem. Tabliczki informują, że jest tu rezerwat i nie można wychodzić z kajaków.






Teraz czeka nas kilka kilometrów przez niezwykle malownicze rozlewiska. To połączone ze sobą kolejne jeziorka, gdzie jednak wiatr jest odczuwalny a słaby prąd rzeki jeszcze nie pomaga.




Wreszcie kończy się jezioro Krutyńskie i zaczyna już typowa rzeka. Typowa, ale jakże piękna! Krutynia w tym odcinku płynie przełomem pomiędzy niewysokimi wzgórzami porośniętymi sosnowymi borami.  Całość jest niezwykle malownicza. Na brzegu co rusz widać tablice informacyjne o tym odcinku i otaczającym go rezerwacie. Rzeka tu jest bardzo płytka, ale nurt jest w miarę wartki przez co płynie się zupełnie bez wysiłku.





W pewnym momencie mijamy "wyspę" złożoną głównie z wodnej roślinności. Na jej środku siedzi... łabędzica na jajach w gnieździe. Gdy przepływamy obok rusza za nami dorodny samiec, mający ewidentnie bojowe nastawienie. Goni nas, syczy i napusza się. Jest coraz bliżej, więc uderzam piórem wiosła o wodę, nieco go ochlapując. W łabędziu wzbudza to jeszcze większą agresję, bo z pasją uderza w kajak jednym ze skrzydeł. Ewidentnie broni swojej rodziny i terytorium, ale nawet się do nich nie zbliżyliśmy. Moja kolejna interwencja wiosłem nie jest potrzebna, bo łabędź w końcu daje za wygraną. Trochę śmiejemy się z nieoczekiwanej przygody.

Wkrótce zaczynają się pierwsze zabudowania miejscowości Krutyń. Umówiliśmy się, ze mamy dopłynąć do centrum i za mostem wyjść na brzeg i zadzwonić. Mijamy stanicę PTTK i kilka pól namiotowych.




W końcu docieramy do mostu, gdzie rzeczywiście jest piaszczysty brzeg. Tu kończymy nasz spływ. Dzwonię do wypożyczalni i dosłownie po krótkiej chwili przyjeżdża busik z przyczepą, na którą ładujemy kajak. To kilkaset metrów od siedziby firmy i miejsca gdzie zostawiliśmy samochód. Przepłynęliśmy 12 km, z czego większość pod wiatr na jeziorze. To bardzo malowniczy odcinek szlaku Krutyni, bo jest na nim zarówno jezioro jak i piękny odcinek rzeki, a także krótka przenoska. Spływ zajął nam 2,5 godziny i rzeczywiście skończyliśmy go niemal punktualnie o 16. Bardzo nam się podobał, było zupełnie dziko, samotnie i przy pięknej pogodzie. Wprost idealne warunki.

Przebieramy się, pakujemy do samochodu i ruszamy w drogę powrotną. Po raz trzeci tego dnia przejeżdżamy przez Zgon. A potem piękna droga przez mazurskie lasy, niemal jak drogi w Finlandii.



Na chwilę zatrzymuje się w Spychowie. To właśnie to Spychowo, gdzie mieszkał słynny Jurand ze Spychowa, jedna z głównych postaci "Krzyżaków" Henryka Sienkiewicza. Gdy byłem tu dawno temu, to w grodzie Juranda było do dostania wspaniałe wino owocowe marki... a jakże "Jurand". Z wąsatym olbrzymem z mieczem na etykiecie. Jak ono wtedy smakowało! Jak zresztą każdy "alpagi łyk i dyskusje po świt" w latach młodości. Było też kilka gatunków piwa "Jurand". Nawet niezłego.


Dziś zechciałem zakupić butelkę któregoś trunku z czasów młodzieńczych. Niestety. Po wizycie w czterech sklepach okazuje się, że nigdzie tego nie mają Ani piwa ani wina. Jakiś cholerny Harnaś tylko, ale gdzie mu tam do Juranda! Skandal po prostu! Jurand w grobie się przewraca!



Potem już powrotna droga do Warszawy. Przez Myszyniec, Ostrołękę i Ostrów Mazowiecką. Jesteśmy w domu przed 20. Wycieczka i spływ okazały się bardzo udane, był to wspaniały relaks, a dla mnie powrót myślami do czasów gdy sporo pływałem na kajakach. Muszę częściej organizować takie wyjazdy, może nawet kilkudniowe! Możliwości sprzętowo-transporotwe są o wiele lepsze niż 20 lat temu, a jeziora i rzeki nic nie utraciły ze swojego piękna.