Pokazywanie postów oznaczonych etykietą średnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą średnie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2026

Jednodniowa wycieczka po ciekawych miejscach zachodniej Słowacji

Dysponujemy wolnym weekendem, pogoda zapowiada się bardzo dobrze. Mamy dużo zaplanowanej pracy przy domu, ale rano w sobotę rzucam propozycję, by wykorzystać taki dzień i zrobić samochodowy wypad do zachodniej Słowacji. Ewa ma w zanadrzu dziesiątki ciekawostek u południowych sąsiadów właśnie z myślą o takich spontanicznych wypadach. Długo namawiać nie muszę, szybko zbieramy się i ruszamy.


Jedziemy na południe nowo otwartym odcinkiem drogi ekspresowej S1 do Bielska-Białej. Muszę uczciwie przyznać, że bardzo to skraca czas dojazdu do stolicy Podbeskidzia. Po kilkunastu minutach mijamy węzeł Hałcnów i już po wcześniej istniejącej S1 kierujemy się dalej na południe, w stronę Żywca. Tu postanawiamy na chwilę zatrzymać się w restauracji pod złotymi łukami i kupić coś, co pozwoli się najeść na tyle, że dotrwamy do planowanego na drogę powrotną obiadu.

Za Żywcem droga zaczyna wyraźnie piąć się w górę. Do niedawna S1 nie istniała tu w obecnej formie - teraz prowadzi wysokimi wiaduktami nad Węgierską Górką, a także przebija się kilkoma tunelami. Przyznam, że droga jest bardzo malownicza. Docieramy wkrótce do granicy, ale tu niespodzianka, droga D3 jest płatna. Jako że i tak już na nią wjechaliśmy, proszę Ewunię, by kupiła przez internet jednodniową winietę. Co prawda kosztuje ona ok. 40 zł, ale teraz już i tak nie było wyboru, za to możemy znacznie szybciej osiągnąć nasze cele.

Droga D3 jednak dość szybko z dwupasmowej robi się jednopasmowa, a do tego to zwykła droga - ze skrzyżowaniami i dużymi ograniczeniami prędkości. Bez sensu, że płaci się dosłownie za kilka kilometrów do granicy. Mijamy Kysucké Nové Mesto - taką wręcz książkową "Czechosłowację" jak ja to określam. Jakieś dawne, rozpadające się fabryki, kominy, osiedle pstrokatych panelaków, czyli bloków z wielkiej płyty, a to wszystko w otoczeniu pięknych gór. Tworzy się tu mały korek, jedziemy wolno i ze zdziwieniem obserwujemy jelenie skubiące trawę tuż przy drodze. Tak jakby miasto i ruch nie istniały.

Kierujemy się na Żylinę i wkrótce docieramy do tego sporego jak na słowackie warunki miasta. Nie ma tu niczego pięknego, przynajmniej przy drodze nie widać żadnych atrakcji. Gdzieś się gubimy, zjazdy nie są wcale jakoś normalnie oznaczone. Ale w końcu wyjeżdżamy i jedziemy jeszcze dalej na południe. Po kilkunastu kilometrach skręcamy w prawo, w zupełnie lokalną drogę. Jeszcze jakieś 10 km i jesteśmy przy pierwszym celu naszej wycieczki. To wieś Čičmany. Znana jest z niezwykłych ornamentowych zdobień na drewnianych domach, wykonywanych tradycyjnie białym wapnem i to już od kilkuset lat, a sztuki tej nauczyli mieszkańców bułgarscy osadnicy. 

Wieś nie jest typowym skansenem. Oprócz może 3-4 budynków które można zwiedzać, większość to prywatne domy. Co więcej, są tu również domy zwykłe, niezdobione. Nieco szkoda, że Čičmany nie mają jednolitego charakteru, no ale to żywa wieś, również ośrodek narciarski, a nie tylko skansen.  Obchodzimy całość, co zajmuje nam niecałą godzinę.








Pora ruszać dalej. Musimy cofnąć się do miasta Rajec i skierować się na zachód. droga jest dość kręta i prowadzi przez niewysokie góry, gdzie jest sporo skał i jakieś kamieniołomy. Mijamy Powaską Bystrzycę, dość spore miasteczko i kierujemy się na Żylinę. Ładnie widać na wysokiej skale ruiny zamku Powaskiego.


Teren robi się bardziej płaski, po dalszych kilkunastu kilometrach skręcamy ostro w prawo. Jeszcze chwila i dojeżdżamy do bardzo ładnego i ciekawego miejsca. To Súľovské skaly, rezerwat przyrody i bardzo atrakcyjne miejsce turystyczne. Przy parkingu zaczyna się wiele szlaków, którymi można wędrować po okolicy, najeżonej skalnymi turniami i iglicami. Jest to również rejon udostępniony dla wspinaczy. My jednak nie chcemy chodzić po górach, nie mieliśmy tego w planie. Chcemy tylko zobaczyć Wąwóz Sulowski (Súľovská tiesňava), którym przebiega tutaj droga. Okolica jest arcyciekawa i z pewnością warto tu będzie wrócić i nieco szerzej poeksplorować.





Wracamy do głównej drogi i kierujemy się do niezbyt odległego miasteczka Bytča. Jest tu kilka ciekawych budynków, a ponadto przez główny plac przebiega kanał, więc bywa to zwane "małym Amsterdamem". Parkujemy w pobliżu starej, zapuszczonej synagogi. Rzeczywiście, jest tu kanał, wzdłuż którego docieramy na plac główny. Porównanie z Amsterdamem jest mocno na wyrost, no ale to Słowacja i mała mieścina, nie spodziewajmy się cudów. Idziemy jeszcze do całkiem ciekawego pałacu ślubów, obok którego jest niewielki, ale bardzo dobrze zachowany zamek. 






Ruszamy ekspresową drogą w stronę Żyliny. Jedzie się szybko, teraz już zupełnie omijamy miasto. W pewnym momencie przed nami wspaniale ukazują się ośnieżone szczyty Małej Fatry, widać Wielki Krywań i Wielki Rozsutec. Ewie udaje się na szybko zrobić jakieś zdjęcie.


Drogą D3 docieramy do miasteczka Krásno nad Kysucou, gdzie skręcamy w lokalną drogę prowadzącą na wschód, w stronę Małej Fatry. Kilkanaście kilometrów jazdy i zatrzymujemy się w Starej Bystricy, Są tu ciekawie zaprojektowane budynki, które chcieliśmy zobaczyć. Jako że odczuwamy już głód, a obiecałem typowy słowacki obiad, czyli smażony ser, to znajdujemy małą, lokalną knajpkę. Atmosfera jest niemal domowa. Ser jest bardzo dobry, ziemniaki tak samo. Warto było tu się zatrzymać na posiłek.




Wracamy do drogi D3 i jedziemy już prosto do Polski. Serią wiaduktów docieramy do granicy, po której minięciu zaczyna się kilkunastokilometrowy zjazd przez Węgierską Górkę do Żywca. Potem jeszcze niecała godzina starym i nowym odcinkiem S1 i docieramy do domu.

Spontaniczna wycieczka okazała się bardzo ciekawa, zobaczyliśmy miejsca nietypowe, nieznane nam wcześniej, zjedliśmy dobry obiad. Pomysł na takie drobne wypady jest doskonały, Ewa ma tak pokaźną listę ciekawych celów, że starczy na kilka lat.

niedziela, 21 września 2025

Mazurskie pożegnanie lata

Przedostatni weekend września planowałem spędzić w Ostrawie, na NATO-wskich pokazach sprzętu wojskowego i lotniczego. Jednak Ewy nie ma, jej synowie są tego dnia zajęci, a samemu jechać z Flo 800 km jakoś mi się nie chce. Wolny weekend zamieniam na wolną niedzielę i przystaję na propozycję Flo, by zapakować do bagażnika rowery i zrobić jakąś trasę na takich bliższych Mazurach.

Weekend jest ciepły, wręcz upalny. Ruszamy w niedzielę, około 6:30 rano. W planach mamy spotkanie z Olą i Michałem na parkingu koło Rucianego-Nidy i około 50 kilometrową trasę rowerową przez Puszczę Piską. Jedzie się bardzo dobrze, samochodów zero. Gdy wjeżdżam do Ostrołęki, dzwoni Ola i przekazuje, że mają awarię samochodu i niestety nie dotrą na miejsce. Szkoda, może jeszcze zrobimy coś wspólnie jesienią. Jadę dalej, mijam Myszyniec, Rozogi i docieram na parking nad jeziorem Nidzkim, tuż koło Rucianego-Nidy. Jest 9:30 rano. Parking jest pod linią wysokiego napięcia, teraz jest zupełnie pusty. Wyjmujemy rowery, dokręcamy przednie koła, przygotowujemy się do jazdy i ruszamy.


Tafla jeziora, położona sporo niżej, przebłyskuje pomiędzy drzewami. Skręcamy z lasu na wąskie uliczki Nidy. Miejscowość pamiętam z dzieciństwa, często z Rodzicami spędzaliśmy wakacje pod namiotem w odległych około 10 km Krzyżach. Wtedy, pod koniec lat 80-tych zeszłego wieku funkcjonował tu duży tartak i fabryka płyt wiórowych. Obecnie już dawno nie istnieje, a tereny po niej to jeden wielki urbex. Zjeżdżamy nad rzeczkę Nidkę, potem dość mocno pod górkę i po kilku minutach docieramy do Rucianego. Zatrzymujemy się pod urzędem miasta, właśnie pisze do mnie Ewa, obecnie przebywająca kilka stref czasowych dalej, więc mamy okazję kilka minut popisać. U nas 10, u niej 4 rano... Pora jechać dalej. Przecinamy drogę nr 58 przebiegającą przez środek miasteczka i stanowiącą jego niejako centrum turystyczne. Obecnie jakieś stragany się rozkładają, ale daleko od tego co dzieje się tu w środku wakacji.



Jedziemy na północ, lekko pod górę, w stronę jeziora Bełdany. Jeszcze niedawno dalej była szutrowa, choć ubita droga. Wiem, że obecnie droga została wyasfaltowana i obok niej postała ścieżka rowerowa w ramach projektu Mazurskiej Pętli Rowerowej. Ciekaw jestem jak wygląda. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę, by sfotografować ładnie stąd widoczne jezioro Bełdany. Jak na razie nie ma jeszcze ścieżki rowerowej, ale asfalt jest nowy.


Mijamy miejscowość Wygryny i właśnie tu, zamiast starej szutrówki wita nas doskonały asfalt zarówno na drodze głównej jak i ścieżce rowerowej biegnącej równolegle. Są też tabliczki podające odległości do kolejnych punktów na szlaku. Jednak z tym rejonem zawsze najbardziej kojarzą mi się kamienne słupki z wskazaniami która leśna droga dokąd prowadzi. 


Jazda tym fragmentem MPR bardzo mi się podoba, to luksus w porównaniu z tym co było kiedyś. Teren jest dość falisty, rower zawsze się tu zakopywał. Teraz jedzie się lekko i przyjemnie. W sam raz na wyprawę z Flo, która w tym roku mało miała okazji do rowerowego treningu. Mijamy Kamień i docieramy do Iznoty, gdzie jednak wygodny asfalt kończy się i powraca stary i dziurawy. Przejeżdżamy nad Krutynią i po niedługim czasie skręcamy w prawo, w leśną drogę w stronę pola namiotowego Flosek i promu do Wierzby.


Dochodzi 11:30, a wiem, że prom zaczął kursy o 11. Pytanie jak długo czeka na każdym z brzegów. Wolałbym być przed 11:30 przy nim, ale nie ma szans. Jest tu sporo podjazdów, sporo piachu, a do tego źle oszacowałem odległość, wydawało mi się to sporo bliżej. W końcu skręt w prawo i zjazd nad jezioro. Prom jest akurat na drugim brzegu, ale właśnie zaczyna płynąć w naszym kierunku. Szybko zjadamy po kanapce i uzupełniamy płyny.



Gdy podpływa ładujemy się wraz z kilkoma innymi rowerzystami i dwoma samochodami. Opłata jest bardziej niż symboliczna - 3 zł od rowerzysty. Czekamy chwilę, odbijamy i mamy kilka minut przerwy i podziwiania samego jeziora i pływających po nim jachtów.




Po drugiej stronie ruszamy pod dość stromą górkę. Bełdany to typowe jezioro rynnowe, więc leży w terenie morenowym i otoczone jest wzgórzami. Teraz kierujemy się wschodnią stroną jeziora na południe, znów w kierunku Rucianego-Nidy. Na obszarze kilku kilometrów droga wiedzie tu przez rezerwat Konika Polskiego, którego hodowlę prowadzi zakład PAN w Popielnie. Konie można spotkać na drodze i w lesie, jak włóczą się całymi stadami. Mam nadzieję, że się uda, bo jest to fajna atrakcja. Jak na razie koni jednak nie ma, ale podjazdy pod liczne górki są łatwiejsze dzięki również tu wybudowanej ścieżce rowerowej. 



Mimo uważnego rozglądania się, koni nie zauważamy i w końcu opuszczamy rezerwat. Trudno, co robić. Droga wiedzie teraz polami i łąkami, docieramy w końcu do miejscowości Wejsuny. Tu skręcamy w lewo, w kierunku jeziora Śniardwy, a właściwie jego południowych brzegów. Mamy wiatr w plecy, co bardzo ułatwia jazdę, za nami już ponad 30 km. Po niedługim czasie mijamy Końcewo i skręcamy do miejscowości Niedźwiedzi Róg. Tam planujemy odpoczynek, posiłek i powrót tą samą drogą do samochodu. Upał zaczął mocno dawać się we znaki, dawno nie było tak gorąco.



Docieramy wreszcie do celu. Jest tu kilka miejsc, ogromną przestrzeń największego polskiego jeziora widać ładnie, ale widoki ograniczają trzciny. Jak byłem tu kiedyś zimą, to widoki były znacznie bardziej rozległe. Tu znów uzupełniamy płyny, zjadamy coś, chwilę odpoczywamy. Pora wracać.




Teraz niestety jest pod wiatr, a zmęczenie zaczyna dawać się Flo już we znaki. Wspieram ją na duchu, zaciska zęby i ciśnie dalej. Sama nagle zwraca mi uwagę, że minęliśmy chyba żmiję wygrzewającą się na asfalcie. Z niedowierzaniem zawracam... no żmija zygzakowata! Szkoda tylko że martwa, ktoś musiał na nią najechać. Ale nigdy nie dane było mi zobaczyć tego węża, więc nawet w takim stanie robi pewne wrażenie. Po prawej widać taką mocno wyodrębnioną zatokę Śniardw, zwaną jeziorem Warnołty.



Wracamy do Wejsun i jedziemy prosto do Rucianego-Nidy. Ruch samochodowy wyraźnie się nasila, jedzie się tak sobie, staje się to irytujące. Teren jest mocno falisty i tempo mamy nieduże. W końcu zjazd nad koniec jeziora Bełdany i początek jeziora Guzianka Wielka. Jest tu śluza, teraz nawet już dwie równoległe, bo oba jeziora leżą na różnym poziomie. Śluzy umożliwiają połączenie jeziora Bełdany i północnej części szlaku żeglugowego z jeziorem Guzianka i Nidzkim i południem szlaku Wielkich Jezior.



Przecinamy całe Ruciane-Nidę i w końcu docieramy do parkingu. Samochodów nie jest przesadnie dużo, co jest dość zaskakujące. Wycieczka to 55 km, całkiem ciekawa i fajna widokowo trasa. Dla Flo - najdłuższa rowerowa trasa w życiu, więc tym bardziej jest z siebie dumna. Pakujemy rowery i upychamy je w bagażniku. Pora jechać do jakiegoś sklepu, kupić coś do picia i coś słodkiego. Sklep jest w Nidzie, 5 minut jazdy. 


Po zakupach ruszamy w stronę Warszawy. Nawigacja pokazuje, że drogi już korkują się, ludzie wracają z pięknego weekendu. Zamiast na Ostrołękę krócej czasowo jest jechać lokalnymi drogami na Łomżę i tam ekspresówką S8. Trasa okazuje się bardzo malownicza i bardzo ciekawa, rzeczywiście są to lokalne podlaskie drogi. Musze kiedyś to przejechać rowerem. Na S8 jedzie się dobrze, jest to już nowa obwodnica Łomży. Jednak bliżej Warszawy ruch gęstnieje, a widząc liczne korki za Wyszkowem skręcam na Mińsk Mazowiecki. Gdy docieram do autostrady A2 dziwi mnie ogromny ruch i tutaj. Rozumiem, ludzie wracają z Mazur, z gór, znad morza. Ale A2 ze wschodu? W końcu udaje się dojechać. Nasz wypad to łącznie 14 godzin, ale większość spędzone w samochodzie.


Załączam mapkę trasy. Pożegnanie lata było bardzo miłym akcentem. Trzeba częściej robić takie wypady, takie mikro przygody.