wtorek, 31 marca 2020

Rowerowa wycieczka wokół Warszawy i rowerowe podsumowanie lutego i marca



Od kilku dni w Polsce de facto jest stan wyjątkowy... choć oficjalnie go nie wprowadzono. Rozporządzenia rządowe o zakazie zgromadzeń na szczęście nie obejmują samotnych wycieczek rowerowych. Na takiej trasie nie stykam się z nikim, trudno więc bym albo ja kogoś zaraził, albo ktoś zaraził mnie. W dodatku jest bardzo pusto na drogach, czego nie można powiedzieć o parkach i lasach, gdzie mimo obostrzeń są tłumy spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy. Nie jest to taki kontakt jak np. w sklepach, gdzie też są tłumy, no ale takie koncentracje ludzi nie są teraz pożądane. Jako że potrzebuję ruchu jak powietrza, to korzystając z wolnego dnia w pracy i pięknej pogody, postanawiam zrobić ciut dłuższą wycieczkę rowerową, tak jednak planując trasę, by względnie z nikim się nie spotykać.

Postanawiam objechać całą Warszawę dookoła, a dokładniej jej centrum. Gdyby objeżdżać administracyjne granice miasta, to wycieczka miałaby długość ponad 150 km, a na tyle dziś nie mam czasu. Postaram się jednak utrzymać minimum 10 km odległości od centrum miasta.

Ruszam dość późno, bo dopiero wczesnym popołudniem. Mimo pięknej, choć zimnej pogody na ulicach nie ma prawie nikogo. Ludzie jednak boją się koronawirusa, większość respektuje wprowadzone ograniczenia. Waham się dłuższą chwilę jak jechać, ale w końcu ruszam na zachód. Tu kolejne wahanie - czy lotnisko Okęcie objeżdżać od południa czy od północy. Wybieram drugi wariant. Mijam Tory Wyścigów Konnych na Służewcu, a później uliczkami mokotowskiego "Mordoru" docieram do ulicy Woronicza. Od kilku dni zyskała ona połączenie ze Żwirki i Wigury, co mocno zmienia układ komunikacyjny całej okolicy. Nowa ulica, więc ma niejako w standardzie porządne ścieżki rowerowe.

Kieruję się dalej na zachód, docieram do ulicy Grójeckiej, a potem do Alej Jerozolimskich. Tu jednak jest problem. Dalej na zachód są rozległe tereny należące do PKP, wielkie węzły torów kolejowych. Nie ma jak tam przejechać rowerem szosowym, a i na górskim to jest wyzwanie. Skręcam wiec nieco na południe i ulicą Popularną docieram do dzielnicy Włochy.



Tu odbijam jeszcze dalej na południe, w kierunku Ursusa. Ta niegdyś peryferyjna dzielnica miasta zyskała od pewnego czasu połączenie z Jelonkami i Bemowem przez nowo wybudowany wiadukt nad torami kolejowymi. Całe dziesięciolecia nie było tam jak przejechać, a teraz jest to wygodna i szybka trasa. Na chwilę zatrzymuję się na samym wiadukcie.



Dalej jadę już dokładnie na północ. Dawniej ulica Lazurowa była synonimem początku Warszawy gdy wjeżdżało się do niej od zachodu - były tu pola ziemniaków i nagle za ulicą zaczynały się blokowiska Jelonek. Obecnie budowane są dookoła liczne osiedla, a wąska niegdyś Lazurowa stała się szeroką arterią. Wieje tu jednak silny, przeciwny wiatr, co sprawia, że muszę zdrowo się namęczyć.



Mijam trasę S8, mijam zabudowania Wojskowej Akademii Technicznej. Teraz muszę ominąć kolejne lotnisko - sportowe na Bemowie. Wybieram wariant od strony zachodniej. Przecinam obszary leśne, mijam w końcu wysypisko śmieci w Radiowie. Jeszcze kawałek na północ. Docieram do skraju Puszczy Kampinoskiej. Pora odbijać na wschód. Uliczki Wólki Węglowej, potem największy chyba warszawski cmentarz. Tu również nie ma prawie nikogo.



Docieram do ulicy Pułkowej. Teraz trzeba pokonać Wisłę. Wariant przez Nowy Dwór Mazowiecki odpuszczam z miejsca - to dobre 40 km wydłużenia trasy. Kieruję się na niezbyt odległy Most Północny. Ale tu wieje! Dopiero nad otwartą przestrzenią wiatr staje się wręcz dokuczliwy. Na szczęście po zjechaniu z mostu będę jechał trochę w kierunku południowym, czyli z wiatrem w plecy. Uff... duża ulga, bez problemów rozwijam 35 km/h i utrzymuję tą prędkość.



W tym rejonie Warszawy sporą przeszkodę stanowią również tory kolejowe. Postanawiam je pokonać wzdłuż Trasy Toruńskiej, bo jest to najmniej kłopotliwy wariant. Mijam elektrociepłownię na Żeraniu, potem największy chyba skład kontenerów w mieście.





Docieram na Bródno. Teraz muszę ominąć jeszcze budowę metra, więc trzymam się Trasy Toruńskiej. Kieruję się dalej w stronę Zacisza i Ząbek. To również była niegdyś prowincjonalna dzielnica gdzie były dziurawe i wąskie drogi, ale teraz zbudowano tu spore osiedla i zupełnie nową dwupasmówkę z dobrymi ścieżkami rowerowymi.

Docieram do Ząbek. Kieruję się na południe, chcąc dotrzeć do ulicy Żołnierskiej, niegdyś też wąskiej, a obecnie dwupasmowej. Przejeżdżam przez jakieś osiedle, docieram w końcu do lasu i... okazuje się, że z tej strony nie ma jeszcze gotowej ścieżki rowerowej. No nic, wracam kawałek i jadę jeszcze dalej na wschód, do ronda między Ząbkami i Zielonką. Tu skręcam na południe, tu jest już ścieżka rowerowa.



Znów mam wiatr w plecy, wiec rozwijam dużą prędkość i bez wysiłku ją utrzymuję. W dość ekspresowym tempie docieram do Rembertowa. Teraz już niemal prosto do domu. Kieruję się wzdłuż Trasy Siekierkowskiej. Szkoda, że nie jest już przejezdny Most Południowy, bo to by pozwoliło na ciekawszy wariant. Ale myślę, że to kwestia kilku miesięcy. Przecinam Wisłę ponownie.



Dalsza trasa jest już bez większej historii. Wiatr wieje w plecy, jedzie się więc idealnie. W Wilanowie zauważam nowe i ciekawe udogodnienie. Są tu swoiste "fotoradary" które mierzą prędkość rowerzysty i informują go, czy ma jechać tak jak jechał, czy przyspieszyć, czy może zwolnic, by nie stać na kolejnych światłach. Fajne i użyteczne rozwiązanie. Część urządzeń jest jeszcze nieaktywna, ale cześć już działa.



Mijam Miasteczko Wilanów, mijam Powsin i Kabaty. Docieram do domu. Wycieczka to nieco ponad 88 km. Jako że teraz należy trzymać dystans od większych skupisk ludzi to go utrzymałem ;) niemal na całej trasie odległość od centrum miasta przekraczała 10 km. Nie spotkałem niemal w ogóle rowerzystów, a i zwykłych przechodniów było niewiele. Ruch samochodowy był minimalny. Wycieczka mimo wiatru okazała się całkiem przyjemna i pozwoliła oderwać się od tych wszystkich przytłaczających informacji.



Dwa dni później obostrzenia powiększyły się. Teraz już nie można jeździć rekreacyjnie i przebywać na terenie parków i lasów. Pozostaje mi jeździć rowerem do pracy, to nie jest zabronione i jest bezpieczniejsze z punktu widzenia epidemiologicznego niż komunikacja miejska.

Na koniec podsumowuję pod kątem roweru aż dwa miesiące. Zawsze robię to co miesiąc, ale tym razem w lutym było tego roweru na tyle mało, że nie było sensu tego podsumowywać. Skupiałem się na przygotowaniach biegowych, by w końcu nie pobiec w biegu do którego się przygotowywałem... Tuż po jego odwołaniu przerzuciłem się na rower. Mam nadzieję, że w przyszłym miesiącu uda się sporo pojeździć, a zakazy i cała epidemia nie potrwają długo.



Mapka tradycyjnie przedstawia wszystkie trasy, które przekroczyły 30 km. W ciągu tych dwóch miesięcy zimy pokonałem rowerem 700 km. Warto jednak dodać, że w marcu było ich 600 :)

sobota, 14 marca 2020

Rowerowa wycieczka nad Zalew Zegrzyński



Dziś miałem kończyć po raz czwarty ciężki bieg wojskowy na nieco ponad 100 km, czyli "Setkę Komandosa". Wczoraj rano byłem jeszcze gotowy jechać do Lublińca i kilkanaście godzin biec po lesie. Organizatorzy jednak w ostatniej chwili bieg odwołali. To znaczy odwołali oficjalnie. Można go mimo to było ukończyć "korespondencyjnie" czyli pobiec sobie gdzieś u siebie 100 km w mundurze, udokumentować to i wysłać.

Wahałem się cały dzień jak to zrobić. Miałem już opracowaną trasę - 5 pętli wokół Lasu Kabackiego po 20 km każda. Chciałem wystartować o 4 rano, więc około 21-22 powinienem to kończyć. Jednak wczorajszy dzień, coraz bardziej gorące decyzje władz i skala ogólnoświatowego problemu, wraz z moją Małżonką uświadomiły mi, że to jest teraz akurat mało rozsądne. Biegłbym sam, bez żadnego wsparcia medycznego - gdyby mi się cokolwiek stało to miałbym problem. Ale to nie najważniejsze. Teraz najważniejsze jest nie zachorować i nie zarażać innych, a także normalnie pracować i nie zarażać kolegów w pracy. Jakby nie patrzeć 100 km jest sporym wysiłkiem i w jakiś sposób na pewien czas obniża odporność - łatwiej byłoby mi złapać co nie trzeba. A nawet jakbym się tylko przeziębił i kaszlał w pracy, to kwarantanna gwarantowana, a tego chcę uniknąć. Zresztą kto wie co jutro ogłoszą?
 
Możecie mówić, że jestem leszczem, że zrezygnowałem z głupiego powodu i nie umiałem się zmotywować. Może i tak. Uznałem jednak, że bieg ukończyłem już trzy razy i jak raz go nie ukończę, szczególnie w tak specyficznych warunkach, to korona mi z głowy nie spadnie, a wielkość jaj mimo wszystko się nie zmieni. Nie muszę sobie niczego na siłę udowadniać. Wiem, że część uczestników ukończyła trasę w Lublińcu i w różnych miejscach Polski. Szacun dla Was Panie i Panowie! Ja na starcie zjawię się za rok ponownie. W normalnej sportowej rywalizacji.
 
To, że Setki nie zrobiłem i raczej nie zanosi się bym miał okazję zrobić w najbliższym tygodniu, oznacza, że tegorocznego Szlema Komandosa nie zdobędę. Mam ich jednak pięć i choć w tym roku go nie będę miał, to w przyszłym roku jednak zrobię kolejnego.

Podjąwszy tą trudną dla mnie, ale jednak chyba rozsądną decyzję, postanawiam wykorzystać wolny czas. Na powietrzu, bo w domu nie mogę usiedzieć. Stwierdzam, że mimo wszystko pokonam 100 km siłą własnych mięśni, ale jednak na rowerze. To nie jest jakiś wielki dystans, nieco dłuższa przejażdżka, ale to na tyle nieduży wysiłek, by nie obniżyć mojej odporności w tym niełatwym czasie.

Ruszam z domu dopiero około południa. Pogoda jest całkiem ładna, ale mocno zmienna. Raz świeci słońce, a raz nadciągają ciemne chmury. W dodatku wieje bardzo silny i zimny wiatr z północy. Stwierdzam, że lepiej zrobić początek trasy pod wiatr, by później wracać już z wiatrem. Ten dzisiejszy jednak od samego początku powoduje, że jazda staje się walką. Moja prędkość oscyluje w granicach 20-22 km/h i naprawdę ciężko jest wycisnąć więcej. Mijam Powsin, Wilanów, Sadybę, Czerniaków. Miasto jest niemal jak wymarłe, mijam jakieś pojedyncze samochody, pojedyncze osoby. Większość ludzi została w domach, co zresztą jest dobrą decyzją. Jeśli ktoś już ma koronawirusa to nic to nie zmieni, ale jeśli nie ma i nie będzie się kontaktował z innymi, to ustrzeże go to przez zarażeniem się. Ja jadę sam i z nikim się nie kontaktuję, więc o ile nie mam w sobie wirusa, to nic mi nie grozi. A jeśli mam - to innym też nic nie grozi.

Docieram nad Wisłę i tu wiatr staje się jeszcze bardziej dokuczliwy. Wieje wzdłuż rzeki, nic go nie hamuje i daje mocno popalić. Na szczęście to początek trasy i mam spory zapas sił. Zaczyna się jednak mocno psuć pogoda, bo z wiatrem lecą... tumany śniegu. Całą zimę nic nie padało, a teraz, jak na złość, gdy już jest niemal wiosna, to zima o sobie przypomina. 



Skręcam w końcu na Most Grota. Postanawiam jechać przez Białołękę i dalej jakoś na północ. Sam jeszcze nie wiem gdzie. Może Legionowo? Może Nowy Dwór? A może Zalew Zegrzyński? Ta ostatnia myśl najbardziej mi się podoba. Przy okazji sprawdzę, czy istnieje nowa ścieżka rowerowa wzdłuż Kanału Żerańskiego.


Na moście wiatr wyczynia prawdziwe cuda, cieszę się że jest tu barierka, która oddziela mnie od samochodów. Wiatr spycha mnie cały czas w kierunku jezdni i ciężko to kontrować. W końcu zjeżdżam w dół i mijam elektrociepłownię "Żerań", Port Żerański i skręcam w końcu w prawo. Jest tu dawne osiedle, które ostatnio mocno się rozbudowuje o nowe bloki. Jednak jak wiele takich osiedli - do teraz nie ma normalnych dróg dojazdowych. Jest tylko jedna, od strony Modlińskiej. Nad kanał nie przejadę bez roweru górskiego, a w sumie nie da rady wyjechać w żadną stronę. Muszę wrócić. Rok temu w tym miejscu było to samo.

Wracam do Modlińskiej i jadę na północ. Skręcam w Płochocińską, potem w Marywilską. Wiatr przeszkadza strasznie. Ale nie rezygnuję. Przecinam coraz rzadszą i coraz niższą zabudowę Białołęki. Docieram w końcu nad sam Kanał Żerański. Oczywiście ani śladu jakiejkolwiek ścieżki rowerowej, czyli jest ona czymś na kształt Yeti - podobno ktoś widział, ale nie ma. Trudno, jadę na wschód, a potem lokalnymi drogami na północ.

Mijam Stanisławów Pierwszy, potem Aleksandrów. To doskonała alternatywa do ruchliwej Płochocińskiej, która wiedzie po drugiej stronie kanału do Nieporętu. Tu jest gładki asfalt i zero ruchu. W końcu mijam tabliczkę z napisem "Nieporęt". Jeszcze kilka kilometrów i docieram do dość ruchliwej drogi z Marek, która jeździłem wiele razy. Nie kieruję się jednak do portu nad Zalewem Zegrzyńskim, ale skręcam w prawo, na Białobrzegi. Mijam tereny YKP. To tu kiedyś przypłynąłem z Mazur korzystając ze szlaku Pisy i Narwi i łódek klasy "Omega" (opis tutaj). Ale to dawne czasy. Teraz zjeżdżam kawałek dalej nad wodę i robię jakieś zdjęcia.


Kieruję się dalej na północ. Docieram do Białobrzegów. To letniskowa miejscowość, ale jej urok burzą ponure bloki. No tak, jest tu jednostka wojskowa. Po pewnym czasie znów skręcam na Zalew. Jest tu coś w rodzaju miejskiej plaży i spora przystań. Teraz jestem tu sam. Widać stąd mosty w Zegrzu i w Serocku. Szkoda że nie mam więcej czasu, wtedy objechałbym cały Zalew dookoła. Muszę to zrobić latem. Teraz w końcu jest nadal kalendarzowa zima i dzień nie jest zbyt długi.




Jadę jeszcze dalej na północ. Skręcam w lewo w kierunku Ryni. Doskonały asfalt kończy się wkrótce, ustępując miejsca brukowi. Ech... nie zdążyli tego jeszcze zrobić. Na szczęście dalej znów jest gładka nawierzchnia. Sprawdzam godzinę... jest 15, pora wracać by zdążyć do domu przed zmrokiem. Na szczęście układ dróg w Ryni pozwala na zrobienie pętli i nie będę musiał znów jechać po kocich łbach.

Skręcam na wschód, potem na południe. Docieram do miejsca gdzie odbiłem do Ryni. Teraz, z wiatrem w plecy jedzie się wręcz doskonale. Prędkość wzrasta do 33-35 km/h i wreszcie mogę zsunąć buffa z twarzy. Docieram wkrótce do Białobrzegów, gdzie fotografuję pomnik ku pamięci żołnierzy Józefa Piłsudskiego i bardzo malowniczą dolinkę małej rzeczki.



Pora już nie zatrzymywać się, tylko jechać do domu. Jak mam wracać? Przez Warszawę, tak jak przyjechałem? Czy może przez Marki, Zielonkę i Rembertów? Wybieram pierwszy wariant. Dziś nie ma ruchu, a tak będzie chyba ciut bliżej. Zależy mi by zdążyć przez zmrokiem, bo nie wziąłem ze sobą lampek na rower, nie sadziłem że zmarnuję tyle czasu.

W Nieporęcie skręcam w kierunku Marek, ale potem na tą samą drogę, którą tu dotarłem. Teraz idzie po prostu rewelacyjnie, nie zwalniam poniżej 30 km/h. Dopiero na Białołęce wybieram nieco inny wariant. Zamiast kierować się dziurawymi drogami i na Most Grota, kieruję się dobrą ścieżką rowerową przez Tarchomin na Most Północny. Tu mała pauza i jeszcze jedno zdjęcie.


Dalsza trasa wzdłuż Wisły idzie doskonale, choć już powoli odczuwam te kilka godzin na zimnym wietrze. Na szczęście wiatr jest w plecy, a pogoda wyraźnie się poprawia. Jeszcze jakieś zdjęcia i cisnę dalej.


Mijam Czerniaków, Stegny, Ursynów i wreszcie docieram do domu. Wycieczka okazała się całkiem udana. Pokonałem 109 km, więc nieco dalej niż miałbym dziś przebiec. Oczywiście wysiłek jest nieporównywalnie mniejszy, a czas o wiele krótszy. Zajęło mi to 5 godzin. Taka weekendowa przejażdżka, aczkolwiek jest to najdłuższa trasa pokonana od początku roku.


Załączam na koniec mapkę mojej wycieczki. Wolałbym ten dystans przebiec, ale w obecnej sytuacji w Polsce i na świecie - pokonanie tego rowerem było chyba lepszym rozwiązaniem.


sobota, 22 lutego 2020

Białka Tatrzańska - luty 2020

Podobnie jak rok temu, w lutym trafia mi się okazja na kilka wolnych dni. Moi Rodzice jadą tradycyjnie do Białki Tatrzańskiej i zabierają ze sobą moją córkę. Jadą w sobotę, ja jednak mogę dojechać do nich dopiero we wtorek. W tym roku będę dysponował własnym samochodem, co bardzo usprawni logistykę już na miejscu.

Droga na Podhale mija mi zadziwiająco sprawnie - już po pięciu godzinach jazdy jestem na miejscu, unikając większych zatorów. Od pewnego czasu opracowałem sobie wariant trasy omijający centrum Krakowa i po raz kolejny sprawdza się on znakomicie. Jako że do Białki docieram pod wieczór, nie mam już żadnych planów na ten dzień.

W środę rano razem z Flo idziemy na narty, wybierając największy kompleks wyciągów w Białce, czyli Kotelnicę. Chcę by Flo spróbowała jakiś nowych tras, a ponadto zobaczyła jak korzysta się z wyciągu krzesełkowego - dotąd jeździła tylko na wyciągach talerzykowych. Najdłuższy wyciąg na Kotelnicy ma ponad kilometr długości, ale... kolejka do niego jest nie do zaakceptowania. Na wjazd trzeba czekać dobre 20 minut, choć jest wcześnie rano i wyciąg dopiero zaczął pracę. Raz zjeżdżamy głównym stokiem. Dla mnie jest on nudny, bo nachylenie jest minimalne, a ponadto są tu tłumy ludzi, sporo małych dzieci itp.

 
Trzeba jechać bardzo ostrożnie, no a potem czekać na wjazd w kolorowym tłumie. Nawet Flo to się nie podoba, więc kolejne zjazdy kierujemy już w bok, gdzie stok jest już nieco trudniejszy, a do wyciągu jest o wiele mniejsza kolejka. Po kilku zjazdach stwierdzamy, że na dziś nam wystarczy i głównym stokiem zjeżdżamy na parking, po drodze robiąc jeszcze kilka zdjęć pięknie stąd prezentujących się Tatr.


 
To co się dzieje na parkingu można określić krótko - koszmar. Mnóstwo samochodów, błoto po kostki. Całe szczęście, że byliśmy tu rano i z parkowaniem nie było problemu. Bez żalu wyjeżdżamy stąd, przysięgając sobie, że to był pierwszy i ostatni raz. Jedziemy na chwilę do naszego pokoju, gdzie zostawiamy sprzęt narciarski i przebieramy się w ubrania nieco bardziej turystyczne. Pora wykorzystać resztę dnia na jakąś wycieczkę.

Ruszamy w stronę Nowego Targu, gdzie odbijamy na wschód. Po dłuższej chwili jazdy malowniczą drogą docieramy do Krościenka nad Dunajcem. Nigdy jakoś nie miałem okazji chodzić po Pieninach, a góry te, choć mikroskopijnej wielkości, są jednak niezwykle malownicze. Wiele lat temu byłem na spływie przełomem Dunajca i bardzo mi się to podobało. Naszym celem na dziś jest jeden z najbardziej charakterystycznych szczytów Pienin - Trzy Korony. Warto dodać, że nie jest to najwyższy szczyt tego pasma górskiego, choć zazwyczaj panuje taka opinia. Trzy Korony liczą 982 m n.p.m. a najwyższym wzniesieniem Pienin jest Wysoka, która ma 1050 m n.p.m.

Ruszamy z Krościenka pod górę błotnistą drogą. Miasteczko zostaje w dole za nami, my wspinamy się coraz wyżej po dość łagodnym zboczu. Docieramy wreszcie do tablicy informacyjnej Pienińskiego Parku Narodowego.



Tu szlak rozgałęzia się - można iść w prawo na Trzy Korony, lub w lewo na nie mniej znany punkt widokowy - Sokolicę. Całość można połączyć w sporą pętlę, ale dziś nie mamy aż tyle czasu. Ograniczymy wycieczkę do Trzech Koron. W lesie zaczynają się płaty śniegu, a na ścieżce pojawia się lód. Do szczytu jeszcze kilkadziesiąt minut marszu. W końcu ukazuje się imponujący widok na Tatry.



Ruszamy dalej w górę po zaśnieżonej i zalodzonej ścieżce. Wreszcie docieramy pod szczytowe spiętrzenie Okrąglicy - najwyższej skały w masywie Trzech Koron. Tu zaczyna się metalowy "chodnik" ułatwiający wejście na sam szczyt. W sezonie jest tu pełno ludzi, jest nawet ruch jednokierunkowy. Teraz jesteśmy sami.




Po kilku minutach docieramy na platformę widokową na Okrąglicy. Widok zarówno na Pieniny jak i na Tatry jest przepiękny. Spędzamy tu dłuższą chwilę. Pora jednak wracać, musimy zdążyć na 17 do Białki, by dostać obiad.


 


Ruszamy metalowymi schodkami w dół. Osoby z lękiem wysokości mogłyby tu chyba czuć się niezbyt pewnie, mimo istnienia wysokich poręczy.



Droga w dół okazuje się nieco bardziej uciążliwa niż w górę. Na lodzie i zbitym śniegu jest bardzo ślisko, trzeba uważać podwójnie. W końcu robi się nieco łagodniej i przyspieszamy kroku.



Dotarcie do parkingu w Krościenku trwa jednak ponad godzinę. Gdy ruszamy w drogę powrotną jest 16:30. Jeśli zdążymy do Białki, to dosłownie "na styk". Dzwonię do Rodziców i jak okazuje się nie będzie problemu by wydano nam posiłek już po godzinie 17, więc nie muszę się jakoś szczególnie spieszyć. Nawet zatrzymuję się w miejscu skąd Tatry prezentują się szczególnie pięknie i robię im kilka zdjęć.


W końcu docieramy do Białki. Jemy zasłużony posiłek i resztę wieczoru poświęcamy na słodkie lenistwo. Nie jesteśmy zwolennikami jazdy na nartach po zmroku, ale wyciągi działają tu do 22, co oznacza, że ludzi, którzy jeżdżą wieczorem musi być całkiem sporo. Ustalam z Rodzicami i Flo, że kolejny dzień będzie odpoczynkiem od nart. Młoda jeździ już cztery dni z rzędu i chce mieć dzień nieco spokojniejszy, a ja postanawiam to wykorzystać na jakąś górską wycieczkę. Planuję wejść na Czerwone Wierchy, ale co z tych planów wyjdzie, to okaże się rano.


Rano okazuje się, że całą noc sypał śnieg i co gorsza pada nadal. Myśl o Czerwonych Wierchach odpuszczam, bo w warunkach padającego śniegu i ograniczonej widoczności jest to bardzo zdradliwy i mylny teren, gdzie łatwo można się zgubić i wpakować w spore kłopoty. Postanawiam pojechać do Palenicy Białczańskiej i pójść do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Czy coś wyżej? Nie wiem, tak duży opad świeżego śniegu na zlodzone podłoże powoduje duży wzrost zagrożenia lawinowego, a ja nie lubię głupio ryzykować.

Ruszam o świcie. Kilkadziesiąt minut jazdy i docieram na parking w Palenicy. Zmieniło się tu od mojej ostatniej wizyty - są szlabany, gdzie kupuje się bilet na parking. Cena jest bandycka - 30 zł. No ale co się dziwić? Tu zaczyna się droga do Morskiego Oka. W sezonie letnim zdecydowanie najpopularniejszy turystycznie kierunek w Tatrach.

Ruszam raźnym krokiem pustą o tej godzinie drogą. Śnieg pada cały czas, choć momentami słońce próbuje się przebić przez chmury. Po trzech kilometrach docieram do miejsca, gdzie droga wchodzi w gardziel Doliny Roztoki. Potok Roztoka płynie dołem, pod drogą, tworząc tu kaskadę wodospadów zwaną Wodogrzmotami Mickiewicza. Tuż za mostkiem odbija w prawo ścieżka w las, w górę doliny. Jak miło iść tak popularną trasą i być zupełnie samym! Latem jest to po prostu niewykonalne, ale teraz mogę cieszyć się samotnością i ciszą.

Powoli zdobywam wysokość. Mijam wreszcie pierwszego turystę, który schodzi z góry. I znów jestem sam. Przecinam kilka razy potok, śnieg na kamieniach tworzy charakterystyczną "pierzynkę". W końcu las poczyna rzednąć.




Dochodzę do miejsca, gdzie kończy się Dolina Roztoki. Teraz zaczyna się strome podejście na próg wyżej położonej Doliny Pięciu Stawów. Szlaki letnie prowadzą dwoma wariantami, ale teraz są warunki zimowe i korzysta się z jeszcze innego wariantu zimowego. Zakładam raki, a po kilkudziesięciu metrach jeden z kijków zastępuję czekanem. Podejście jest bardzo strome, bez raków byłoby to bardzo utrudnione i ryzykowne. Pod świeżym śniegiem jest twarda, zlodzona warstwa. Śnieg zsuwa się, zęby raków trzeba wbijać głęboko. Czekan też trzeba wbijać po samą głowicę by trzymał dobrze. Tu raczej nie ma szans na lawinę, ale trzeba i na to uważać, szczególnie, że górna warstwa śniegu nie jest dobrze związana, a dolna zapewnia jej dobry poślizg. Jest tu jednak wydeptany ślad, a powyżej są trasery - tyczki ułatwiające wybór właściwej drogi we mgle lub w śnieżycy.



Podejście pod strome zbocze daje w kość. W końcu nachylenie maleje, jeszcze kilkadziesiąt metrów w górę i przede mną ukazuje się Dolina Pięciu Stawów Polskich. Teraz położenia poszczególnych jezior trzeba się tylko domyślać - są zamarznięte i całkowicie przykryte śniegiem.



Do schroniska zostało kilkaset metrów. Warunki są nieprzyjemne. Widoczność jest mocno ograniczona przez padający śnieg, poza tym wieje silny i wychładzający wiatr. Postanawiam jednak dojść do schroniska w samym softshellu, bo jeszcze jestem rozgrzany forsownym podejściem. Wkrótce docieram na werandę. Zdejmuję raki, ogarniam buty ze zlodowaciałego śniegu.

W środku jest niemal pusto. Siedzi to kilka osób, a okienko w którym wydawane są posiłki jest teraz nieczynne. Niestety nie dane mi będzie skosztować najlepszej chyba tatrzańskiej szarlotki. Wyjmuję swoje kabanosy i termos z kawą. Chwilę siedzę i zastanawiam się co dalej. Warunki są mocno niekorzystne. Wejście czy to na Kozi Wierch czy Zawrat jest ryzykowne z kilku powodów - wzrastającego zagrożenia lawinowego, słabej widoczności i silnego, wychładzającego wiatru. Oraz tego, że na podejściu byłbym sam. Rezygnuję bez większego żalu z myśli o czymś bardziej ambitnym. Nie zawsze pogoda na to pozwala.

Ruszam w drogę powrotną. Teraz zakładam już na siebie goretexową kurtkę. Chroni przed wiatrem o wiele lepiej niż softshell.




Na zejściu robię jeszcze kilka zdjęć. Odsłaniają się nieco posępne ściany Wołoszyna, pokazuje się zawieszona wysoko Dolinka Buczynowa. Z dołu podchodzi kilka osób, większość odpowiednio wyposażona w zimowy sprzęt, ale... idą też turyści bez raków. Właściwie nie idą. Robią dwa kroki w górę i jeden krok w dół, a poruszają się niemal na czworaka. Zakładam że przy pewnym uporze wejdą na samą górę. Ciekawe jak będą schodzić nie mając nawet kijków! No ale to już nie mój problem, każdy ma swój rozum i każdy kalkuluje sobie sam poziom akceptowalnego ryzyka.






Asekurując się kijkiem i czekanem docieram w końcu w teren, który jest już bardziej płaski. Tu czekan wędruje do plecaka, a ja wyciągam drugi kijek. A kilkaset metrów dalej - zdejmuję też raki, bo zaczyna się ścieżka w lesie i nie będą już tu potrzebne.



Dalsza droga to już po prostu spacer dnem Doliny Roztoki. Długi spacer. Po godzinie docieram w końcu do Wodogrzmotów Mickiewicza. Tu jeszcze zdjęcie słynnego mostka z góry i wychodzę na drogę.

 
Latem przewala się tu kolorowy tłum. Teraz ilość ludzi jest dość umiarkowana. Idzie się całkiem przyjemnie, choć na drodze jest... bardziej ślisko niż na ścieżce w Dolinie Roztoki. Idę jednak szybko w dół, by w jak najkrótszym czasie dotrzeć na parking. W pewnym momencie jednak aż się zatrzymuję. Pod górę idzie kilku "prawilnych" turystów. Odzianych w całości w firmowe ciuchy, w lodowcowych butach i w... rakach! Przyznam, że trzeba mieć fantazję, by w rakach iść zaśnieżoną, to fakt, ale jednak zwykłą asfaltową drogą. Szkoda że nie używają czekanów i nie idą związani liną ;)

Docieram w końcu do samochodu. Ruszam w stronę Białki przez Wierch Poroniec i Bukowinę. W samej Białce oczywiście jest mały korek - tylu narciarzy jedzie w kierunku wyciągów. W końcu jestem w naszym pokoju. Czekam trochę na Flo i moich Rodziców, a potem już wspólnie idziemy na obiad. No i znów wieczorne lenistwo. Postanawiam jednak wykorzystać wolny czas. Zabieram Mamę i jedziemy do Zdziaru, by kupic kilka słowackich smakołyków niedostępnych w Polsce. Wypad zajmuje nam godzinę, a dodatkową atrakcją jest bardzo ładny widok na Tatry Bielskie i Wysokie skąpane w promieniach zachodzącego słońca.





Kolejny dzień przynosi całkiem ładną pogodę. Rano ruszam z Flo na narty. Podejmujemy decyzję, że pojedziemy na całkiem fajnie wyglądający wyciąg na zboczach Czarnej Góry, czyli Litwinowej Grapy. Jest niemal naprzeciwko okien naszego pokoju, ale jest po drugiej stronie rzeki. Aby doń dotrzeć, trzeba przejechać dobre 15 km samochodem.

Stok okazuje się doskonały. Utrudniony dojazd powoduje, że nie ma tu nawet ułamka tłumów jakie są na Kotelnicy. Jest tu dobre 800 metrów całkiem fajnego stoku i szybki wyciąg krzesełkowy. Co najważniejsze - podjeżdża się i w ogóle nie ma kolejki. Aby wsiąść na krzesełko czeka się góra minutę. Jeździmy tu dwie godziny. Pod koniec pogoda psuje się i to dość mocno. Zaczyna wiać i zaczyna się śnieżyca. Jeździ się coraz bardziej "na siłę". Choć stok bardzo nam się podoba, po dwóch godzinach rezygnujemy.

Wracamy do Białki i szybko przebieramy się w turystyczne ubrania. Chcemy iść na krótką i łatwą wycieczkę tatrzańską. Wybieramy spacer Doliną Kościeliską. Trzeba tam jednak najpierw dojechać. W okolicy południa i w takich warunkach pogodowych okazuje się to jednak wyzwaniem. Przebicie się przez totalnie zakorkowane Zakopane zajmuje dobrą godzinę. W końcu jednak docieramy do parkingu w Kirach. Cena jest równie bandycka co w Palenicy Białczańskiej - 30 zł. No ale co robić?

Ruszamy w śnieżycy i w wietrze w górę Doliny Kościeliskiej. Jest tu trochę ludzi, ale można było się tego spodziewać. Ta dolina jest duża, bardzo piękna, sam szlak jest banalny, niemal płaski. A na końcu doliny jest schronisko, więc to też ściąga turystów.






Rozmawiamy o jakiś filmach, czas mija szybko. Mijamy wylot Jaskini Mroźnej, mijamy miejsce które chyba najbardziej lubię - kilka mostków na Potoku Kościeliskim "wpasowanych" w skalną bramkę. Docieramy do  podnóży Raptawickiej Turni.





Tu postanawiamy zawrócić. Nie mamy jakoś wiele czasu, a chcemy jeszcze zajść do Wąwozu Kraków. To nasze ulubione miejsce w całej dolinie. Kilkaset metrów w bok i z dość ruchliwego szlaku trafia się w cudowne miejsce, o którym jakoś mało kto wie.



Wąwóz jest w tym miejscu bardzo wąski i tworzy to bardzo klimatyczne miejsce. Robimy kilka zdjęć, ale już nie idziemy dalej, po prostu wracamy do doliny.



Teraz już szybki marsz w dół. Zajmujemy sobie czas rozmową. Droga mija szybko, a dodatkowo robi się nieco przyjemniej, bo śnieg przestaje padać.





Docieramy w końcu do samochodu. Spacer okazał się mieć 10 km, więc był całkiem przyjemną, niezbyt długą wycieczką. Ruszamy z powrotem do Białki. W tą stronę korek jest mniejszy, ale i tak powrót zajmuje nam niemal godzinę. I znów wieczorem ogarnia nas lenistwo.


Sobota to już ostatni dzień naszego pobytu. Musimy się wymeldować do godziny 10. Już o 9 jedziemy na wyciąg "Zebra", gdzie Flo stawiała pierwsze kroki na nartach. Jesteśmy zupełnie sami, po doskonale wyratrakowanym stoku robimy dziewiczy zjazd. Kupujemy sobie tylko 6 wjazdów, bo wiemy, że nie ma zbyt wiele czasu. Pogoda jest idealna, stok doskonale przygotowany - jeździ się świetnie!



Pora jednak pakować się i wracać. Rodzice dzwonią i mówią, że Zakopianka jest mocno zakorkowana. Postanawiam pojechać nieco dookoła, aby ominąć te korki. Jedziemy przez Pieniny, mijamy Krościenko, Nowy Sącz, Limanową, Bochnię. W okolicy Niepołomic zatrzymuję się. Wow! Na horyzoncie widać doskonale Tatry, a to 90 km stąd! Robię zdjęcie.



Wjeżdżamy na wschodnie przedmieścia Krakowa. To Nowa Huta. Stąd też widać Tatry, mimo że to już ponad 100 km! Kolejne zdjęcia robię z parkingu przy cmentarzu w Ruszczy.




Mijam Kraków jakimiś bocznymi drogami. Jednak "siódemka" jest też mocno zakorkowana. Tracimy sporo czasu zanim zaczyna się normalna jazda. Tatry widzę nawet z okolicy Miechowa, a to już około 125 km w lini prostej. Tu jednak nie ma dobrego miejsca by zatrzymać się i uwiecznić to na fotografii.

Dalsza droga już bez większych historii. Ekspresówka łącząca Jędrzejów z Grójcem pozwala na szybką jazdę. Tylko przed samą Warszawą znów zjeżdżam na lokalne drogi, by ominąć budowany fragment drogi.

Wyjazd okazał się bardzo fajny. Pojeździliśmy na nartach, zrobiliśmy kilka fajnych wycieczek. No i spotkaliśmy nieco zimy, choć w całej reszcie kraju jest totalna wiosna.