sobota, 6 maja 2000

Wiosenny spływ Krutynią

Ostatnie trzy dni spędziłem na Mazurach. Wraz z moja cioteczną siostrą - Gosią, jej mężem Robertem, a także z Kasią i Bartkiem, których znam z poprzednich spływów, postanowiliśmy wykorzystać tzw. majówkę i zorganizować sobie mały spływ po Krutyni. Jedziemy fiatem seicento, w 5 osób, samochód jest załadowany tak mocno, że ciężko się w nim ruszyć. W dodatku wieziemy ze sobą dwa wiosła do kajaków, które są tak długie, że wchodzą tylko w osi samochodu. Gdy Robert musi wrzucić piąty bieg to... trzeba wspólnymi siłami unieść pióra wioseł ;) Jakoś jednak udaje nam się wytrzymać kilka godzin i dojeżdżamy do Iznoty. To miejscowość nad jeziorem Bełdany, u ujścia Krutyni. Stąd wypożyczamy kajaki. Ich właściciel wrzuca trzy sztuki na przyczepę, a my wraz z bagażami pakujemy się do niewielkiego busa. Teraz kilkanaście kilometrów jazdy przez lasy Puszczy Piskiej.

Docieramy w końcu nad jezioro Spychowskie. Tu upychamy cały nasz sprzęt w kajakach i wreszcie zaczynamy wodną przygodę. Najpierw krótkim odcinkiem rzeki dopływamy do jeziora Zdrużno. Potem kilka kilometrów przez wydłużone i wąskie jezioro Uplik i wreszcie docieramy do największego jeziora na szlaku Krutyni - jeziora Mokrego. Jest naprawdę duże, a jego przeciwległy koniec odległy o 8 km jest ledwo widoczny. Zjadamy coś w miejscowości Zgon i zaczynamy mozolne wiosłowanie i walkę z wiatrem na jeziorze. Mijamy dwie niewielkie wysepki, ale to dopiero połowa! Przyznam, że moje profilowane i monolityczne wiosło sprawuje się doskonale, o niebo lepiej niż składane drewniane, a już bez żadnego porównania do metalowych z piórami z tworzywa. Doskonale leży w dłoni, to w końcu drewno. To że jest monolitem powoduje że jest całkowicie sztywne. Obrócone o 90 stopni pióra też pomagają gdy wieje silny wiatr. Opłaciło się je wieźć z Warszawy.

Docieramy do końca jeziora, skręcamy w prawo. Tu szlak wodny zwęża się, przechodzi w końcu w rzekę. Mijamy uroczą Krutyń, ten odcinek rzeki jest wyjątkowo piękny. Jest to nawet zdaje się jakiś rezerwat. Tu czeka nas też mała przenoska, ale to jednak zupełnie inne kajaki, niż składaki na których dotąd pływaliśmy. Są mocne i sztywne, można je złapać za dziób i rufę i przenieść w dwie osoby. Przenoska idzie więc bardzo sprawnie i zajmuje chwilkę. Potem znów piękne leśne zakola rzeki, ale w końcu las się kończy i zaczynają się meandry wśród pól. Dzień też powoli już się kończy, trzeba mocniej powiosłować, by dopłynąć do stanicy PTTK w Ukcie, gdzie zanocujemy.


Pole namiotowe jest mi dobrze znane, wspominam je jako swojego rodzaju "wyższą klasę" wśród kempingów. Teraz ludzi jest znacznie mniej, pole świeci pustkami. Wypakowujemy się, już niemal po ciemku rozbijamy namioty. Teraz nie ma komarów, ale zaczyna już robić się nie tyle chłodno, co po prostu zimno. Jeszcze dłuższy czas grzejemy się przy ognisku, ale wreszcie trzeba iść spać.

Noc jest bardzo zimna. Nie możemy wręcz spać, mimo ubrania się w naprawdę kilka warstw odzieży. Dobrze że wzięliśmy zimowe czapki. W końcu udaje mi się usnąć, ale ledwie zamykam oczy a tu już wpadają do namiotu pierwsze promienie słońca i niedługo trzeba będzie wstawać. Okazuje się że... na trawie jest szron, a spodnie Kasi, które wieczorem musiała wyprać i powiesiła na sznurku... zamarzły i są teraz pokryte lodem! Nie mamy termometru, ale przenikliwy chłód mówi, że jest kilka stopni mrozu. Na szczęście mróz jest krótkotrwały, pojawił się tuż przed świtem, a słońce skutecznie go przegania. Robi się ciut cieplej, szron znika.

Ociągając się wychodzimy z namiotów. Idę z Bartkiem uzupełnić zapas wody pitnej, dziewczyny robią śniadanie. W końcu, około 8 rano, zwijamy namioty, pakujemy wszystko do kajaków i ruszamy w dalszą drogę. Do Iznoty jest stąd kilkanaście kilometrów, ale dalszy odcinek rzeki jest dość zarośnięty i dziki. Nie ma co prawda problemów by go pokonać, ale trzeba uważać na różne przeszkody.

Po kilku kilometrach malowniczego odcinka przepływamy pod mostem drogowym w miejscowości Nowy Most. Nieco dalej rzeka zaczyna rozlewać się coraz szerzej i skręca na wschód. To ostatni odcinek. Widać już jezioro Bełdany i kilka białych żagli. Ludzie pływają, ale łódek jest o wiele mniej niż w sezonie. Wypływamy na jezioro i po chwili docieramy do przystani w Iznocie. To koniec tego niewielkiego spływu. W ciągu dwóch dni pokonaliśmy jednak prawie 50 km.

Robert i Gosia muszą wracać do Warszawy, pakują się więc, biorą też moje wiosła. Żegnamy się. Ja z Bartkiem i Kasią mamy jeszcze jeden dzień, więc postanawiamy zostać na Mazurach. Wieczorem znów jest bardzo zimno i choć tym razem nie ma mrozu, to też nie śpi się nam jakoś bardzo komfortowo.

Rano pakujemy nasze plecaki i ruszamy piechotą do Mikołajek. Skąd jak skąd, ale z Mikołajek z pewnością złapiemy jakiś pociąg do Warszawy. To w końcu bardzo znana miejscowość turystyczna. Gdy docieramy do miasteczka jest już godzina 15, a całość sprawia wrażenie wymarłego. To zupełnie inne Mikołajki niż w sezonie. Na dworcu kolejna niespodzianka. Bezpośredni pociąg do Warszawy jeździ wyłącznie w sezonie! Teraz nie ma już nic. Co robić? Nie ma już nawet PKS-u do Olsztyna. Jest natomiast jeszcze jeden pociąg tego dnia, niemal o 18, dojedziemy nim właśnie do Olsztyna. Uff! To duże miasto, tam nie będzie już takich problemów.

Czekamy na dworcu, nudzimy się już. Pociąg wreszcie przyjeżdża, pakujemy się do środka. Mimo że do Olsztyna jest całkiem niedaleko, to jazda trwa i trwa, miejscami nasza prędkość to jakieś 30 km/h. Masakra.

W Olsztynie kolejna niespodzianka - o tej porze nie ma już nic do Warszawy - ani pociągu ani autobusu. Czeka nas mało pociągająca perspektywa noclegu na brudnym dworcu. Sytuacja niewesoła, szczególnie, że jesteśmy już naprawdę zmęczeni. Okazuje się jednak, że jest wyjście z naszej sytuacji, a nawet dwa wyjścia. Pierwsze z nich to pociąg osobowy do Iławy, gdzie przy pewnej dozie szczęścia uda nam się złapać inny pociąg, jadący z Gdyni do Warszawy. Czasu na przesiadkę jest niewiele, istnieje spore ryzyko, że przy małym spóźnieniu spędzimy noc w Iławie. Druga opcja to pociąg osobowy do Działdowa. Tam jest inny pociąg, również osobowy, do Warszawy. Na stacji mówią nam, że lepiej tak, bo ten w Działdowie czasem czeka na ten z Olsztyna, by ludzie zdążyli się przesiąść.

Wybieramy więc jazdę do Działdowa. Ciemno, nic nie widać. Ciężko dokładnie stwierdzić gdzie jesteśmy i jak daleko jeszcze. Niestety pociąg na spóźnienie i to niemałe, bo dobre pół godziny. Jestem przekonany, że spędzimy resztę nocy na peronie w Działdowie. Na miejscu okazuje się że... pociąg do Warszawy nadal czeka! Super! Biegiem się przesiadamy, minutę później pociąg rusza.

Dalsza jazda to niemal jak pociąg widmo. W całym składzie jest poza nami może z 5 osób, nie więcej. Cały nasz wagon 2 klasy jest zupełnie pusty. Co więcej - pusty jest także sąsiedni wagon pierwszej klasy, więc po sprawdzeniu biletów przenosimy się do niego. Pociąg staje co jakiś czas na stacjach, ale nikt z niego nie wysiada i nikt do niego nie wsiada.

Przysiada się do nas chłopak w mundurze. Żołnierz służby zasadniczej, jedzie na dwudniową przepustkę do domu. Mieszka jednak gdzieś na południowym wschodzie Polski, a zasuwa gdzieś z Pomorza. Jak będzie miał szczęście i zdąży na swój pociąg w Warszawie to w domu spędzi jeden dzień i już będzie musiał wracać do jednostki. Polityka wysyłania żołnierzy do jednostek odległych od miejsca zamieszkania znana jest "od zawsze", by nie mieli pokus do dezercji. Jednak to bardzo utrudnia wizytę w domu na przepustce. Chłopak okazuje się sympatyczny i przegadujemy z nim resztę drogi do Warszawy.

W Warszawie niespodzianka, bo pociąg zamiast na Dworzec Wschodni to... kończy swój bieg na Gdańskim. Dla nas już bez różnicy, ale nasz wojskowy towarzysz podróży wpada w panikę. Ma pociąg ze Wschodniego za pół godziny i nie wie co teraz zrobić, nie zna miasta. Szybko mówimy mu że w nocy szybko dotrze na Wschodni właściwie tylko taksówką. Już nawet nie żegnając się z nami leci do najbliższej, a ona rusza z piskiem. Mamy nadzieję że zdążył, bo był naprawdę sympatyczny i miły i dobrze by mógł zobaczyć rodziców czy dziewczynę.

My na szczęście nie musimy już myśleć. Jest 4 rano, mamy już serdecznie dość tej podróży. Na szczęście przyjeżdża po nas samochodem ojciec Bartka i rozwozi po domach. Uff! Długa podróż. Pokazuje ona też jakie problemy komunikacyjne są w Polsce na początku XXI wieku!

Spływ był bardzo udany i fajny, choć krótki. A rożne przygody w trakcie powodowały ze miło się go wspomina :)

PS. Wpis był tworzony po latach od tych wydarzeń. Miałem jakieś analogowe zdjęcia z tego spływu ale... mam nadzieję że jeszcze je odnajdę :) Wrzucam jedno ilustracyjne zdjęcie, by wpis nie był suchym tekstem, zdjęcie pochodzi z ogólnie rozumianego internetu.