poniedziałek, 31 grudnia 2018

Podróżnicze podsumowanie roku 2018

Kończy się rok, pora więc na małe podsumowanie. Udało się zaliczyć kilka ciekawych wyjazdów, choć jak sam stwierdzam - jestem dość monotematyczny. Szukam zimy nawet latem i gór nawet na nizinach :) Ponadto przebiegłem ok. 1200 km i przejechałem ok. 5000 km rowerem. W czerwcu dotarłem jak dotąd najdalej na północ w życiu - niemal na 79 równoleżnik w środkowej części Spitsbergenu. Aby pobić ten rekord na lądzie pozostaje względnie realna tylko jedna możliwość - wyspa Ellesmere'a w kanadyjskiej Arktyce. Północne wybrzeże Grenlandii, Ziemia Franciszka Józefa bądź Biegun Północny - są raczej poza moim zasięgiem, choć należy dążyć do spełniania marzeń :) Po raz kolejny byłem też w Norwegii i zdobyłem najwyższy szczyt tego kraju - Galdhopiggen. Niemal tradycyjnie odwiedziłem też po raz dziewiąty Strefę Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Udało się także odwiedzić Ignalińską Elektrownię Jądrową i stanąć na pokrywie reaktora RBMK. Udał się nawet krótki wypad w Tatry, choć daleko mi tu do lat poprzednich gdzie jeździłem tam kilka razy do roku. Ogólnie nieco się działo :)



Na 2019 rok mam już sporo planów, ale co z tego wyjdzie, to zobaczymy :) Chciałbym wrócić na Islandię, do fińskiej Karelii i na północ Norwegii. Może pokonać pieszo płaskowyż Hardangervidda. Chciałbym wejść na Kebnekaise - najwyższy szczyt Szwecji i na Mulhacén - najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii. Może wrócić na Spitsbergen. Pokonać rowerem Niżne Tatry i rumuńskie Fogarasze. Zobaczyć białoruską część Strefy Wykluczenia. Co z tego wyjdzie? Wszystko zależy od dobrego zaplanowania i nieco szczęścia. Bo uporu mi nie zabraknie :)


Rowerowe podsumowanie grudnia

Po pięknej, suchej i słonecznej jesieni nastał depresyjny grudzień. Siłą rzeczy nieco spadła rowerowa aktywność. Gdy pada deszcz i wieje wiatr można wybrać się na wycieczkę... ale raz że nie jest to zbyt przyjemne, a dwa że po każdej takiej trasie należy dokładnie wyczyścić rower z piasku i soli. Wręcz szkoda czasem tego roweru i jego napędu, bo przecież w trasie wiele kilometrów pokonuje w niezbyt dla niego dobrych warunkach.


W grudniu pokonałem rowerem zaledwie 230 km, mniej więcej połowę na rowerze szosowym i połowę na górskim. Na mapce załączam trasy powyżej 30 km. Łączna odległość jest śmieszna, ale to w końcu grudzień, wiele osób nawet sporo jeżdżących latem teraz nie przejeżdża nawet kilometra. Ja zimę lubię, ale... no właśnie nie ma jeszcze typowej zimy, raczej taka późna, szara jesień. Moje trasy ograniczyły się raczej do samej Warszawy, bo większość z nich była pokonywana już po zapadnięciu zmroku, a w mieście jakoś przyjemniej.



Pokonałem w ciągu roku nieco ponad 5000 km rowerem. Większość w Warszawie lub jej bezpośredniej bliskości. Gdyby mieć nieco więcej czasu wolnego... Stwierdzam, że w takich warunkach, gdy się sporo pracuje, czasem gdzieś wyjeżdża, a czasem po prostu nie ma pogody, to aby zbliżyć się do 10000 km rocznie trzeba raczej wszystko postawić na rower - jeździć nim dosłownie wszędzie i zrobić z niego podstawową dyscyplinę sportową. Jak ktoś spędza jeszcze wakacje na rowerowej wyprawie, to wtedy bez żadnego wysiłku osiągnie nawet sporo większe roczne przebiegi. Dla kogoś takiego jak ja, traktującego rower jako narzędzie rekreacji, ale robiącego wiele innych rzeczy poza rowerem - 10000 km rocznie to już dość niełatwe zadanie. To znaczy łatwe, o ile będzie celem samym w sobie. A jeśli zrobić taki przebieg "przy okazji" to już trudniej :)

piątek, 7 grudnia 2018

Litwa 2018 - Ignalińska Elektrownia Jądrowa, Wisaginia, Wilno i Troki



Ostatnie kilka dni spędziłem na Litwie. Celem wyjazdu było zwiedzenie Ignalińskiej Elektrowni Jądrowej. Jest to może dość nietypowy powód wyjazdu do kraju naszych sąsiadów, ale o wizycie w tym obiekcie myślałem od dawna. Jeżdżę regularnie do Strefy Wykluczenia wokół elektrowni w Czarnobylu, a elektrownia Ignalińska jest bardzo podobna. W środku elektrowni Czarnobylskiej byłem trzykrotnie, ale wizyty ograniczały się do korytarzy, sterowni i pomp reaktora nr 3, leżących obok słynnego Sarkofagu, w którym jest zamknięty zniszczony 26 kwietnia 1986 roku reaktor nr 4.

Elektrownia w Ignalinie tak naprawdę nie znajduje się w miejscowości Ignalino, która jest od niej odległa o około 50 km. Zresztą podobnie jest z innymi elektrowniami jądrowymi na terenie byłego ZSRR - ich nazwy pochodzą od najbliższej większej miejscowości, ale odległości czasem są spore. Każdy taki wielki zakład przemysłowy ma satelickie miasto, w którym mieszka jego załoga i ich rodziny. W przypadku elektrowni Czarnobylskiej była to Prypeć, którą po katastrofie ewakuowano i obecnie jest miastem duchów, ale też sporą atrakcją turystyczną. Miastem satelickim dla elektrowni Ignalińskiej jest Wisaginia. Sama elektrownia i Wisaginia zlokalizowane są w północno-wschodniej Litwie, w pobliżu zbiegu granic Łotwy i Białorusi, nad największym litewskim jeziorem Dryświaty. Elektrownię i miasto zaczęto budować w 1975 roku, a w 1983 roku uruchomiono pierwszy reaktor i zakład zaczął działać. Planowano budowę 4 reaktorów RBMK-1500. Są one większe od używanych w Czarnobylu, Leningradzie, Kursku i Smoleńsku reaktorów RBMK-1000, ale konstrukcyjnie są niemal identyczne. Gdy 26 kwietnia 1986 roku doszło do katastrofy w elektrowni Czarnobylskiej, drugi blok energetyczny w Ignalinie był niemal gotowy do pracy. W związku z katastrofą wprowadzono jednak szereg zmian we wszystkich reaktorach RBMK i niemal gotowy blok musiał być przebudowany. Drugi reaktor oddano do użytku w 1987 roku i elektrownia osiągnęła moc 2600 MW (maksymalnie 3000 MW). W budowie był też trzeci blok, ale z uwagi na niewielki stopień zaawansowania prac i wstrzymanie rozwoju niebezpiecznych reaktorów RBMK po katastrofie w Czarnobylu, zrezygnowano z jego budowy i fundamenty wyburzono. Planowana na 4 reaktory elektrownia miała ich więc tylko 2, ale i tak dysponowała dużą mocą, wystarczającą dla dostarczenia prądu dla całej Litwy. W związku z zatrzymaniem rozbudowy elektrowni zahamowano też rozbudowę Wisagini. Radzieccy architekci planowali by miasto liczyło ok. 60 tysięcy mieszkańców i swoim kształtem przypominało motyla. Zahamowanie rozwoju miasta spowodowało, że Wisaginia wygląda więc dokładnie jak... połówka motyla. Warto dodać, że w czasach ZSRR miasto nazywało się Sniečkus, na cześć wieloletniego pierwszego sekretarza Litewskiej SRR. Nazwę Wisaginia nosi od czasu odzyskania przez Litwę niepodległości, czyli od 1992 roku. Podobnie jak wszystkie tego rodzaju miasta jest zaprojektowane z rozmachem, ma szerokie ulice, dużo sklepów, klubów sportowych, szkół i przedszkoli. To miasto ludzi młodych i wykształconych, duża część personelu elektrowni jądrowej to wysokiej klasy specjaliści, wybierani z całego ZSRR. Tu raczej nie było ludzi przypadkowych. Inna sprawa, że miasto wybudowano dosłownie w sosnowych lasach i do dziś w wielu miejscach między blokami jest las, a nie jakieś typowe parki znane z innych miast. Elektrownia była zdecydowanie największym tego typu zakładem przemysłowym na terenie Litwy i zapewniała ponad 90% zapotrzebowania kraju w energię elektryczną, a część prądu sprzedawano do krajów sąsiednich. W tym czasie Litwa była światowym liderem jeśli chodzi o odsetek energii wytwarzanej "z atomu". Nawet Francja czy Japonia nie mogły pochwalić się aż tak wysokim udziałem energii jądrowej w całkowitej produkcji energii. Co prawda, na Litwie te 90% wytwarzały dwa reaktory w jednej elektrowni, ale odsetek był najwyższy na świecie ;) Niestety jednym z warunków przyjęcia Litwy do UE było wyłączenie elektrowni, jako niespełniającej zachodnich norm bezpieczeństwa. Pierwszy reaktor wyłączono w 2004, a drugi w 2009 roku. Jednak przez dłuższy czas reaktory były załadowane paliwem i utrzymywane w stanie gotowości do podjęcia pracy niemal natychmiast. Wyłączenie elektrowni było wielkim kłopotem dla Litwy, bo straciła ona główne źródło energii elektrycznej, przez co została zmuszona do kupowania prądu z Rosji, bo nawet nia miała połączenia liniami energetycznymi z Polską czy Skandynawią. Utrzymanie zakładu, który przecież nie pracował, było też bardzo kosztowne. Planowano w pobliżu budowę nowej elektrowni jądrowej, w oparciu o nowoczesne reaktory, ale ostatecznie po ogólnokrajowym referendum projekt zawieszono. Elektrownia Ignalińska weszła w ostatnią część swojego życia - w fazę likwidacji. Całkowite usunięcie takiego obiektu jest niezwykle złożone i kosztowne i jest to proces wieloletni. Litwa i Ukraina jako pierwsze kraje zdobędą takie doświadczenie - nikt jeszcze poza nimi nie rozmontowywał reaktorów RBMK. Być może wykształcą specjalistów w tej specyficznej dziedzinie i niedługo to one będą oferować swoje usługi Rosji, gdzie reaktory RBMK też powoli dobiegają kresu swoich dni?

Pierwszy raz pod elektrownię dotarłem w roku 2015, w czasie powrotu z wyjazdu do Finlandii. Ze strony internetowej zakładu wynikało, że jest tam centrum turystyczne które można zwiedzać. Gdzieś w duchu liczyłem nawet na możliwość zobaczenia wnętrza elektrowni albo i reaktorów. Rzeczywistość okazała się inna. Centrum turystyczne owszem jest, ale gdy dojechałem na miejsce było już nieczynne. Nie było też nawet mowy aby zobaczyć wnętrze samej elektrowni, a ona sama okazała sie bardzo dobrze strzeżona, niemal jak jakaś strategicznie ważna baza wojskowa. W sumie nia ma się co dziwić - to obiekt jądrowy, na jego terenie są reaktory oraz odpady radioaktywne. Atak terrorystyczny na taki obiekt miałby bardzo poważne skutki, więc chroni jej minimum batalion wojska. Mogłem jedynie zobaczyć elektrownię z zewnątrz i obejrzeć samą Wisaginię, która w przeciwieństwie do podobnych miast w Rosji jest miastem otwartym, ogólnodostępnym dla każdego. Temat odpuściłem, bo uznałem że nie ma szans nawet na podłączenie się do jakiejś naukowej wycieczki, które mogą zwiedzać takie miejsca.

Tematem udało mi się jednak zainteresować Krystiana, założyciela Napromieniowani.pl. Organizuje on wyjazdy do Czarnobyla i ma spore doświadczenie w zdobywaniu pozwoleń do takich nietypowych miejsc. Krystian zadziałał tak skutecznie, że nie dość, że zorganizował kilka wyjazdów do elektrowni Ignalińskiej, to udało mu się zdobyć pozwolenie na zwiedzanie w niewielkich grupach hal reaktorów, sterowni i hali turbin. Dwa terminy mi nie przypasowały, ale pod koniec 2018 roku planowany był termin kolejny. Wiedziałem że tym razem już MUSZĘ, bo być może dalszych pozwoleń nie będzie.

2 grudnia spotykamy się pod Pałacem Kultury. Jedzie łącznie 14 osób, więc wystarczy nam średnich rozmiarów bus. Czeka nas cały dzień jazdy, do Wisagini jest ponad 600 km. Pogoda jest taka sobie, typowo grudniowa. No ale nie ma co narzekać, w końcu naszym głównym celem jest wnętrze elektrowni, a tu pogoda nie powinna mieć znaczenia. Jednak kolejnego dnia mamy zwiedzać Wilno, a tu już przydałyby się nieco lepsze warunki. Jak to zwykle bywa na takich wyjazdach - w ruch idzie jedna butelka, potem kolejna... każdy pociąga właściwie po łyku, a po przejściu przez wszystkich butelka jest już pusta. Dlatego mamy tylko lepsze humory, ale ciężko powiedzieć byśmy byli pod większym wpływem alkoholu. Jedziemy drogą S8 na Białystok, trasa jest niedawno oddana i wreszcie w pełni dwupasmowa. Jedzie się sprawnie i szybko. Odbijamy na Łomżę, gdzie krótki postój. Tu zmieniają się kierowcy, za kółkiem siada Żenia - wspólnik Krystiana i człowiek z wielkim doświadczeniem w podróżowaniu po byłym ZSRR. Ma podwójne polsko-rosyjskie obywatelstwo, zna świetnie język i wszystkie "miejscowe" zwyczaje różnych służb. Taka osoba to skarb w organizacji tego typu wyjazdów. Co prawda Litwa leży w granicach UE i strefy Schengen, ale sama Wisaginia jest zamieszkana w 55% przez... Rosjan, zaś elektrownia jest nadal reliktem epoki ZSRR.

Pogoda robi się coraz gorsza, w Augustowie pojawia się pierwszy śnieg. Mijamy Suwałki i zatrzymujemy się w Szypliszkach, tuż przed granicą. Tam robimy małe zakupy i jemy coś w miejscowym lokalu. Co ciekawe, na Litwie są ograniczenia w sprzedaży alkoholu - w niedzielę w ogóle go nie można kupić, a w pozostałe dni tylko do godziny 20. Odpowiednio wyposażeni ruszamy dalej. Dalsza droga to już całkowite ciemności - w grudniu zmrok zapada szybko. Mijamy granicę, potem Mariampol, Kowno, Ucianę i w Deguciach skręcamy z głównej drogi w prawo. Śniegu sporo, jest dość ślisko, więc nie można jechać zbyt szybko. W pewnym momencie tuż przez maską przebiega kilka saren, co zmusza Żenię do gwałtownego hamowania. Bez większych przeszkód docieramy na zaśnieżone ulice Wisagini, przejeżdżamy niemal przez całe miasto i zatrzymujemy się przed hotelem "Idile". Jeszcze niedawno w samym centrum miasta stał hotel który wyglądał niemalże tak, jak hotel "Polesie" w Prypeci. Okazuje się jednak, że rok temu został zburzony i w jego miejsce postawiono... Lidla. Niestety teraz nocleg w nim jest już niemożliwy, dlatego śpimy w innym miejscu. Nie ma co narzekać - hotel jest mały, ale wygodny, ciepły i ma właściwie wszystko co potrzeba. Szybko idę spać, całodniowa podróż mnie wykończyła.

Rano śniadanie mamy zaplanowane na godzinę 9, ale postanawiam wstać o 7:30 i pójść na poranny spacer po Wisagini. Potem pewnie nie będzie na to czasu, a chcę zobaczyć miasto w większym stopniu niż trzy lata temu. Na zewnątrz jest jeszcze ciemno, a do tego jest kilkustopniowy mróz, prószy śnieg i wieje dość odczuwalny wiatr. Spacer będzie jednak dobrym porannym rozruchem. Okazuje się jednak, że półtorej godziny to niezbyt wiele. Do spaceru podłącza się koleżanka z wyjazdu, w towarzystwie idzie się raźniej. Przecinamy jakieś pobliskie osiedle zbudowane z bloków z wielkiej płyty. W sumie całe miasto to jedno wielkie blokowisko, ale dla mnie to zawsze ciekawa sprawa zobaczyć coś takiego w innym kraju. Sam wychowałem się w takim osiedlu i mają one dla mnie pewien urok. Zerkam na mapę w telefonie. Aby iść najkrótszą drogą do centrum należy przeciąć... dużą, niezabudowaną i porośniętą krzakami przestrzeń do kolejnego osiedla. Teraz jest tam pełno śniegu, więc zmoczenie butów jest niemal pewne.



Nadkładamy nieco drogi i idziemy główną ulicą, będącą jednocześnie zewnętrzną granicą miasta. Za nią jest już tylko las. Docieramy do kolejnego osiedla i tym razem wchodzimy już między bloki. Mimo że dopiero świta, to sporo osób idzie do pracy, dzieci do szkół, a mamy odprowadzają najmłodszych do przedszkoli. Przedszkola... są właściwie takie same jak w Prypeci, ale są żywe, w doskonałym stanie i pełne dzieci. Jakże uderzająca różnica.



Mijamy kolejną większą ulicę i przecinamy kawałek lasu, stanowiący coś w rodzaju miejskiego parku. Tak jak wcześniej wspomniałem, miasto wybudowano w lasach i między osiedlami zostawiono spore ich fragmenty. Docieramy do choinki i bożonarodzeniowej szopki, gdzie jest też ustawiona z dużych liter litewska nazwa miasta "Visagina". To już centrum miasta. Spore galerie handlowe i... no właśnie. Lidl zamiast charakterystycznego hotelu.




Zerkam na zegarek. Czasu do śniadania nie pozostało zbyt wiele, ruszamy więc w drogę powrotną, tym razem nieco inaczej niż tu dotarliśmy. Przecinamy kolejne osiedla, robimy nieco zdjęć. Ciekawostką jest fakt, że niemal w centrum stoją dwa... niedokończone bloki. Ja rozumiem, zrezygnowano z rozbudowy miasta gdy zrezygnowano z rozbudowy elektrowni. Ale żeby pozostawić praktycznie wybudowany do końca 10-pietrowy budynek? I to nie gdzieś na peryferiach? Dziwne, aczkolwiek fakt faktem, że ludzi w mieście ubywa, likwidowana elektrownia nie daje już zatrudnienia wielkiej liczbie ludzi, a nie ma tu właściwie innych większych pracodawców. Wiele bloków jest zasiedlonych w połowie. W takiej sytuacji opłacało się tych dwóch bloków nawet nie wykańczać i tak straszą do dziś oknami bez szyb. Przecinamy kolejne uliczki między kolejnymi blokami, a potem główną drogą wracamy do naszego hotelu, kilka minut przed planowanym śniadaniem.





Samo śniadanie jest porządne i sycące, ale takie właśnie ma być, by wystarczyło nam na cały dzień. Pakujemy się do busa, ale najpierw jedziemy znów do centrum Wisagini. Krystian chce pokazać samo centrum reszcie grupy, ktoś chce zrobić małe zakupy. Z koleżanką z porannego spaceru postanawiamy wykorzystać dodatkowe 20 minut czasu i pójść pod urząd miasta, gdzie stoi pomnik łabędzia i jest zainstalowany duży zegar. Kiedyś zegar ten pokazywał też poziom promieniowania w miescie, obecnie już tylko godzinę. Po zrobieniu kilku zdjęć wracamy do busa, gdzie chwilkę czekamy na resztę grupy.



 
Ruszamy pod elektrownię, jadąc tym razem drogą, która miała być centralną aleją miasta, niejako środkiem planowanego "motyla". Jako że drugiej połowy miasta nie wybudowano, jest bardzo szeroka, ale jednocześnie jest boczną granicą miasta a nie jego centrum. Do samej elektrowni jest 6 km, po kilku minutach jazdy stajemy na wielkim parkingu, gdzie już miałem okazje być. Przed nami potężne budynki, w których kryją się dwa reaktory RBMK-1500, hala turbin, administracja i stacja generatorów awaryjnych. Całość wieńczą dwa charakterystyczne kominy wentylacyjne, złożone z trzech nitek. To inne kominy niż były w Czarnobylu, Kursku czy Smoleńsku, jedyne w swoim rodzaju.


 
Zostawiamy w busie wszystkie niepotrzebne rzeczy, czyli właściwie wszystko oprócz zgłoszonego wcześniej dokumentu. Do środka nie wolno wnieść np. telefonu i robić nim zdjęć. Na szczęście Krystian wystarał się o odpowiednie pozwolenie i może mieć w środku aparat i dozymetr i jako jedyny ma upoważnienie na fotografowanie - zawsze będzie to miła pamiątka z wycieczki. W budynku administracyjnym oddajemy nasze dokumenty i dłuższą chwilę czekamy na naszą przewodniczkę. Pani zna już Krystiana, oprowadzała grupy na poprzednich wyjazdach. Każdy z nas dostaje kartę magnetyczną, którą może odblokować bramki po wstukaniu odpowiedniego kodu. Przechodzimy przez szczegółową kontrolę, zbliżoną do tej na lotniskach. Oprócz naszej przewodniczki dołącza do nas pan z ochrony obiektu. Nie jest to jednak ponury barczysty żołnierz obwieszony bronią, a sympatyczny człowiek, znający dość dobrze język polski. On tylko ma dbać by nie wchodzić gdzie nie trzeba, nie robić żadnych głupich rzeczy i nie próbować np. przemycić własnego aparatu.

Wychodzimy na wewnętrzny teren i idziemy do kolejnego budynku, gdzie są kolejne bramki i strażnicy. Kierujemy się do szatni, gdzie rozbieramy się praktycznie całkowicie i przebieramy w ubranie wydane nam przez pracowników. Białe spodnie i koszula, białe skarpetki w które należy wpuścić nogawki spodni. A na to kolejne białe spodnie i kolejna biała koszula. Białe buty. Na głowę biały czepek, a na to budowlany kask. Jeszcze ochraniacze na obuwie i maska przeciwpyłowa do kieszeni. Ja dostaję też do kieszeni dozymetr sumujący otrzymaną dawkę. Identyczny dostaje jedna z koleżanek. Tak by sprawdzić jaką dawkę złapali mężczyźni, a jaką złapały kobiety. Jesteśmy gotowi. Ruszamy długim korytarzem łączącym budynek socjalny z głównym budynkiem elektrowni. Korytarz w pewnym momencie ma kilka zakrętów, gdzie jest kolejny posterunek straży zakładowej. Wreszcie dochodzimy do pierwszego bloku energetycznego. Teraz siedem pięter w górę wewnętrzną klatką schodową. Kolejne drzwi, kolejny zakręt korytarza i... naszym oczom ukazuje się wielka hala. To tu! Hala reaktora nr 1. Widać charakterystyczną dla RBMK górną płytę, która wygląda jak wielka mozaika z kwadratowych osłon kanałów technicznych. Sama płyta na której stoimy ma kilka metrów grubości i kilka tysięcy ton wagi. Są w niej otwory, które prowadzą w dół, do rdzenia reaktora. Każdy taki kwadracik to szczyt pręta paliwowego lub kontrolnego. Ogólnie hala jest dość pusta, poza samą pokrywą reaktora zawiera wielkie pionowe urządzenie, które służyło do wymiany prętów paliwowych. Cały taki pręt ma ok. 20 metrów długości, dlatego urządzenie do ich wymiany ma takie rozmiary.





Konstrukcja RBMK jest modułowa i pozwala wymienić pręt paliwowy nawet w czasie pracy całej reszty reaktora. Jest to z jednej strony zaleta - wydobywając paliwo w niewielkim stopniu wypalenia można odzyskiwać z niego... pluton, ale nie trzeba w tym celu zatrzymywać reaktora. Z drugiej strony to wada - reaktor jest ogromny i pozbawiony typowej obudowy bezpieczeństwa. Dlatego też reaktory takie nie pracowały nigdzie poza ZSRR, bo nie spełniały wymogów bezpieczeństwa, natomiast w ZSRR niejako przy okazji uzyskiwano materiał do produkcji broni jądrowej. RBMK pracuje też na bardzo nisko wzbogaconym paliwie (ok. 2 % U-235) dzięki czemu jest bardzo ekonomiczny. Z miejsca gdzie jesteśmy oczywiście nie widać całej reszty reaktora, a ciągnie się on kilkadziesiąt metrów w dół.

Nasza przewodniczka opowiada mnóstwo ciekawych rzeczy, pytamy ją o różne sprawy, wywiązuje się dyskusja. Kilka osób z grupy to inżynierowie pracujący w polskiej energetyce, więc pytania są konkretne, a odpowiedzi na nie bardzo ciekawe. Krystian korzysta z możliwości jakie daje mu pozwolenie na fotografowanie. Robimy sobie zdjęcia indywidualne i grupowe. Po ok. pół godzinie w hali reaktora pora ruszać dalej.





 
Idziemy z powrotem do korytarza i schodzimy w dół klatką schodową. Teraz korytarz który wygląda niemal tak samo jak "złoty korytarz" w elektrowni Czarnobylskiej. Nawet kolor ścian jest podobny. Ale i tu są dość komicznie wyglądające liche drewniane drzwi, zabezpieczone jakimiś kosmicznymi zamkami szyfrowymi. W końcu skręcamy do sterowni bloku nr 1.

Sterownia bardzo przypomina te znane mi już z Czarnobyla. To duże półkoliste pomieszczenie, gdzie nadal dyżuruje kilku inżynierów. Co prawda reaktor jest wyłączony, usunięto z niego paliwo, ale nadal jest w nim napromieniowany grafit i na bieżąco jest mierzony poziom radiacji. Nie ma już tu ludzi odpowiedzialnych za pracę pomp czy generatorów. Jednak urządzenia nadal działają, nadal pobierają prąd z zewnątrz i nadal wymagają nadzoru. Sama sterownia jest ciut nowocześniejsza niż te w Czarnobylu, ale należy pamiętać, że wyłączono ją później, więc była dłużej usprawniana. Po lewej stronie jest stanowisko sterowania samym reaktorem. Tablica przedstawiająca schemat płyty, podobnie wyglądający zestaw przycisków sterujących. Przed oczami wielki schemat reaktora i analogowe "zegary" pokazujące stopień zagłębienia prętów kontrolnych. Wskaźniki mocy i reaktywności. Pośrodku stanowisko obsługi turbogeneratorów, obecnie główny wskaźnik pokazuje 0 MW mocy i tak już pozostanie do końca. A z prawej stanowisko obsługi pomp układu chłodzenia, obecnie też już nieużywane. Na samym środku nieco z tyłu siedzi kierownik zmiany, który odpowiada za wszystkie decyzje. Teraz jednak pracownicy się nudzą. Przyznać trzeba, że gdyby elektrownia działała, to nie byłoby pewnie żadnych szans na wizytę grupy zarówno na hali reaktora jak i w sterowni.





Przewodniczka znów udziela szerokich objaśnień, znów wywiązuje się dyskusja. Krystian robi nam znów trochę zdjęć. Pół godziny to wystarczający czas by dokładnie obejrzeć sterownię. Pora kończyć wizytę w tym miejscu i ruszać dalej.

  


Czeka nas spacer na halę maszyn - to największy budynek elektrowni, wspólny dla obu bloków energetycznych. Każdy reaktor dysponował maksymalną mocą 1500 MW, choć na ogół pracowały ustawione na 1300 MW. Każdy reaktor zasilał parą dwa turbogeneratory o maksymalnej mocy 750 MW każdy. W tej chwili same turbiny, rurociągi, zbiorniki, generatory i wszystkie inne rzeczy są cięte na złom. Przed wejściem na halę turbin musimy założyć maski przeciwpyłowe. RBMK sa reaktorami jednoobiegowymi - napromieniowana w rdzeniu para wodna stykała się bezpośrednio z rurociągami i turbinami. To rozwiązanie o wyższej sprawności, ale zdecydowanie mniej bezpieczne niż stosowane w innych elektrowniach dwa albo nawet trzy oddzielone od siebie obiegi robocze pary. Elementy maszyn są więc w pewnym stopniu skażone, a że są cięte na złom i w powietrzu unosi się sporo pyłu - potrzebna jest ochrona dróg oddechowych. Na niższych poziomach hali widać wielu ubranych w odzież ochronną ludzi, którzy palnikami i pilarkami usuwają kolejne elementy. Wokół kręcą się dozymetryści, którzy sprawdzają poziom radiacji i kierują elementy do różnych, odpowiednio oznaczonych pojemników. My przechodzimy mostkiem ponad ich głowami, przechodzimy przez sam środek hali. Ma ona 600 metrów długości i robi duże wrażenie. Niestety samych turbogenetratorów już nie ma, a to co z nich pozostało jest przykryte plandekami. Obchodzimy halę, znów kilka zdjęć, znów ciekawa dyskusja. Pora wracać. To już ostatnia rzecz do zobaczenia w sercu elektrowni, ale nie koniec całej wycieczki.










Wracamy do korytarza, do odpowiednich śmietników wyrzucamy maski i ochraniacze na buty. Wracamy do budynku socjalnego, gdzie przebieramy się w nasze ubrania. Dokładnie myjemy ręce, a przewodniczka zabiera nam dozymetry kontrolne. Okazuje się że przez te 2-3 godziny nie złapaliśmy żadnej mierzalnej dawki. Byłbym mocno zdziwiony gdyby było inaczej, bo mierzalnych dawek nie łapaliśmy nawet w znacznie silniej skażonej elektrowni Czarnobylskiej. Mijamy pierwszą bramkę ochrony i dokładną kontrolę w bramce dozymetrycznej. Bramka jest znacznie nowocześniejsza niż te w Czarnobylu. Trzema najpierw stanąć przodem wsuwając ręce w specjalne otwory. Potem trzeba stanąć tyłem wsuwając ręce w inne. Nikt jednak nie został w żadnym stopniu skażony :) W końcu przechodzimy na zewnątrz i wchodzimy do budynku administracji. Tu główne bramki i znów szczegółowa kontrola. Ochrona sprawdza nawet aparat Krystiana czy nie został skażony i czy jego numer zgadza się z tym co jest wpisane w pozwoleniu. Wreszcie przechodzimy i odzyskujemy nasze dokumenty.

Teraz pora na mały obiad. Jest tu stołówka podobna do tej w Czarnobylu, ale o tej godzinie zupełnie pusta. Jemy smaczny posiłek, chwilkę odpoczywamy. Idziemy teraz do innego budynku, gdzie mieści się centrum turystyczne. To właśnie to miejsce, gdzie w 2015 chciałem wejść, ale nie udało mi się, bo było już zamknięte. Odwiedzają je dzieci ze szkół i inne wycieczki. Nie mogło zabraknąć i nas, bo jest to ciekawa ekspozycja. Spotykamy się znów z naszą przewodniczką. Pokazuje nam schematy elektryczne całego zakładu i schemat sieci elektroenergetycznej Litwy. Wisaginia jest jej najważniejszym węzłem, zbiegają się tu linie przesyłowe z Litwy i ze wschodu, wszystkie na napięcie 330 i 750 kV.



Dalej podziwiamy misterną makietę elektrowni, modele przechowalników wypalonego paliwa jądrowego i same przechowalniki i pręty paliwowe. Słuchamy małej pogadanki o rozbiórce elektrowni i planach jak to ma wyglądać i do kiedy ma się skończyć. Proces potrwa do 2029 roku a jego koszt sięgnie kilku mld euro. Okazuje się, że rozbiórka elektrowni trwa dłużej niż jej budowa i pochłania więcej pieniędzy. Jest to również pewna nowość, bo oprócz rozbieranej elektrowni w Czarnobylu nikt nie rozbierał jeszcze takiego zakładu. W centrum turystycznym spędzamy kolejne pół godziny, wreszcie żegnamy się z naszą przewodniczką i opuszczamy budynek.








Powoli zapada zmierzch. Wizyta w elektrowni zajęła nam niemal cały dzień. Pakujemy się do busa, podjeżdżamy jeszcze pod betonowy powitalny pomnik z napisem "Ignalinos Atominė Elektrinė", gdzie robimy ostatnie zdjęcia. Pora jechać dalej.



Żenia kieruje się wprost na Wilno, jadąc taką nieco mniej uczęszczaną drogą. Teraz jest na niej sporo śniegu. Po kilku kilometrach jazdy... korek. Co się stało? Okazuje się, że przed nami leży przewrócony TIR, tarasując całą drogę. A niech to, trzeba zawrócić i pojechać inną drogą. Robi się już ciemno. Wracamy do Deguciów i tam już szerszą drogą kierujemy się na Wilno. Przymykam oczy, droga szybko mija, szczególnie że w ruch idą kolejne butelki z kolorowymi napojami. Po dwóch godzinach jazdy jesteśmy w Wilnie. To spore miasto, ma kilkaset tysięcy mieszkańców. Docieramy do naszego hotelu, położonego jakieś 500 m od starówki. Hotel jest bardzo porządny, idealny wybór ze strony Krystiana i Żeni. Umawiamy się, że za 20 minut zbieramy się na dole i idziemy na wieczorny spacer.

Całą grupą ruszamy na wschód, robimy jeszcze zakupy w centrum handlowym. Potem spacer urokliwymi uliczkami, wśród ładnych kamienic. Wilno jest położone w pagórkowatym terenie i w czasie spaceru co raz to idzie się albo w górę albo w dół. Mijamy polską ambasadę, dochodzimy do słynnej, nawet opiewanej w poematach Ostrej Bramy, nad którą jest nie mniej słynny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Potem jeszcze kierujemy się na główny plac przed ratuszem. Okrążamy całą starówkę, łącznie ponad 6 kilometrów spaceru.



Wreszcie zdrowo pod górę i docieramy do miłej restauracji. Ceny są przyzwoite, porcje ogromne, a klimat bardzo fajny. Dostaję wielkiego kartacza z mięsem, takie typowo litewskie danie. Jest pyszny, ale tak duży, że aż ciężko go zjeść. Pijemy jakieś lokalne piwo. O godzinie 23 restauracja kończy pracę, więc ruszamy do hotelu, od którego dzieli nas zaledwie jakieś 500 metrów. To jednak nie koniec dnia, w pokoju Krystiana i Żeni kontynuujemy małą imprezę, która przeciąga się do późnych godzin. Ja jednak już koło 2 w nocy idę spać, kończąc ten dzień pełen wrażeń.

Kolejny dzień to już powrót do Warszawy, ale najpierw, po śniadaniu idziemy na kolejny spacer po Wilnie. Niestety pogoda jest taka sobie. Większość śniegu stopiła się, a całe miasto spowija mgła. Jest wilgotno i chłodno, ale powyżej zera. Idziemy podobną trasą jak wieczorem, ale w pewnym momencie odbijamy w stronę pałacu prezydenckiego. W pobliżu jest pomnik Księcia Giedymina i bazylika. A zaraz obok wzgórze, na którym są ruiny zamku.






 
Dalej jest kolejne wzgórze z trzema krzyżami. To znane miejsce w litewskiej stolicy, chcemy wejść na jego szczyt. Idziemy przez park, gdzie jest wręcz istne lodowisko i zajmuje nam to dłuższą chwilę. Potem skręcamy jakoś nie tak jak trzeba. Obchodzimy wzgórze z drugiej strony. Jest tu aż dziwnie, bo w samym środku miasta są jakieś a to opuszczone domy, a to stare, drewniane chałupy. A zaraz obok nowe osiedle i znów stare domy. Taki groch z kapustą. Zerkam w końcu w mapę w telefonie, skręcamy na ścieżkę w stronę szczytu wzgórza. Jest śliska i błotnista, ale to tylko kawałek i wreszcie stajemy przez pomnikiem trzech krzyży. Pomnik jest odnowiony, oryginalne krzyże były drewniane i stały tu w latach 1636-1740. Potem wymieniono je na kolejne, a gdy one rozpadły się, władze rosyjskie nie pozwoliły na ich odbudowę. Kolejne, tym razem już betonowe krzyże powstały w 1916 roku, ale w 1950 zostały wysadzone w powietrze przez władzę radziecką. Do dziś leżą one poniżej szczytu wzgórza. Współczesny pomnik stoi na szczycie od 1989 roku. Ze wzgórza rozciąga się panorama miasta, ale niestety wiele nie widzimy, poza mgłą. Owszem, coś niby widać, ale pogoda nie pozwala cieszyć się tymi widokami. Schodzimy na drugą stronę, mijając duży amfiteatr. Krystian dzwoni do Żeni, który podjeżdża na parking busem.




Jedziemy dosłownie jakieś 2 km, by znów się zatrzymać. Teraz idziemy do kościoła św. Piotra i Pawła, który wygląda może zupełnie niepozornie z zewnątrz, ale w środku po prostu muszę zbierać szczękę z podłogi. Wszystkie ściany i sufity kościoła są zdobione nieprawdopodobnie bogatymi i misternymi rzeźbami. Wykonanie tego ręcznie musiało zająć całe lata. Z najwyższego punktu kopuły spogląda w dół twarz Boga. Po wrzuceniu 2 euro włącza się na kilka minut oświetlenie kościoła, co ułatwia robienie zdjęć. Cieszę się, że trafiłem w tak niesamowite miejsce, choć zazwyczaj unikam chodzenia po kościołach.







Opuszczamy ciekawą budowlę i znów wsiadamy do busa. Jedziemy kilka kilometrów do dzielnicy Wilna zwanej Karolinką. Jest tu park w którym stoi najwyższa budowla całej Litwy - Wileńska Wieża Telewizyjna. Ma 326 metrów wysokości. Tu mieści się centrum nadawcze, ale też można wjechać na samą wieżę i z obrotowej restauracji na wysokości niemal 170 m nad ziemią podziwiać panoramę miasta. Wjazd kosztuje 7 euro, ale uznajemy to za dobry pomysł, choć z mgły wyłania się tylko dolna część budowli. Należy pamiętać, że pod wieżą w styczniu 1991 roku rozegrały się dramatyczne wydarzenia. Rozpad bloku wschodniego ogarnął również ZSRR i choć Litwa formalnie nadal do niego należała, to jej rząd podjął próbę odzyskania niepodległości. Pod wieżą zebrały się tłumy ludzi, a z samej wieży nadawano przemówienia do narodu. Radziecki rząd wysłał wojsko, które zaatakowało nieuzbrojonych cywilów. Pod wieżą stoczono prawdziwą bitwę, porównywalną z wydarzeniami z grudnia 1970 r w Polsce. Zginęło 14 osób a ponad 700 odniosło rany. Wieżę zdobyto. Jednak już kilka miesięcy później w Moskwie wybuchł pucz Janajewa, który opanował Borys Jelcyn. Michaił Gorbaczow musiał oddać władzę i zaczął się proces rozpadu ZSRR. Litwa stała się niepodległym państwem. Na dole jest wystawa dziecięcych prac opisujących wydarzenia z 1991 roku, a w restauracji jest puszczany w pętli film dokumentalny o tej tragedii. Niestety na 170 metrach jest totalne mleko i musimy się zadowolić dłuższą chwilą odpoczynku i całkiem smacznymi burgerami. Widoków zero.






Po dobrej godzinie spędzonej na górze zjeżdżamy windą na dół i wsiadamy do busa. Teraz czeka nas jakieś 45 minut jazdy do jednej z największych atrakcji turystycznych Litwy - zamku w Trokach. Troki to maleńka miejscowość nad jeziorem, leżąca niezbyt daleko od Wilna. Na wyspach były w dawnych czasach zamki, w chwili obecnej jest tylko jeden, odbudowany w czasach wojny. Jest niezwykle uroczy i pięknie położony, latem przyciąga tłumy turystów. Gdy docieramy do Troków jest już niemal ciemno, a zamek spowija mgła, co dodaje mu uroku. Przechodzimy na wyspę dwoma mostkami, kupujemy bilety i zaczynamy zwiedzanie kolejnych pomieszczeń. Co ciekawe - zdjęć nie można robić, chyba że kupi się dodatkowy bilet pozwalający na to. I tak jakieś robimy, choć jedna z przewodniczek zwraca uwagę, że jednak nie wolno. W sumie jest dość ciemno i wiele z tych zdjęć i tak nie wyjdzie. Zamek jest ciekawy, a wnętrza komnat zawierają ciekawe ekspozycje. Jest tu też bardzo ładna sala tronowa. Są stroje z różnych epok, zbroje, broń, trofea, monety, zastawa stołowa itp. Jest np. pomieszczenie, gdzie są dziesiątki przeróżnych... fajek. Zamek jest rzeczywiście dość ciekawy, choć mimo wszystko dziwi mnie trochę opowiadanie Krystiana, że latem bywają tu takie tłumy, że nie można spokojnie przejść.







Opuszczamy wreszcie zamek, wracamy na parking. Jeszcze coś na ząb i małe piwo w pobliskiej restauracji i wsiadamy do busa. Teraz już tylko droga powrotna. Jedziemy lokalną droga do Olity, a potem nieco większą drogą przez lokalne przejście graniczne kierujemy się na Augustów. Tuż przed granicą robimy jeszcze jakieś zakupy. Alkohole niedostępne w Polsce, dobry litewski kwas chlebowy i różne słodycze. A potem kolejne kilometry. Augustów, Białystok, Warszawa. Pod Pałacem Kultury jesteśmy kilka minut po północy.

Wyjazd okazał się świetny! Zobaczyłem wnętrze elektrowni, samą halę i pokrywę reaktora, sterownię i halę maszyn. Zobaczyłem nieco lepiej niż w 2015 samą Wisaginię. No i zobaczyłem Wilno, w którym jeszcze nigdy nie byłem, a które mi się spodobało i chętne tam wrócę. Zobaczyłem też zamek w Trokach. Ekipa była bardzo fajna, a spędzony razem czas minął zdecydowanie za szybko.

Dziękuję Krystianowi i ekipie Napromieniowani.pl za zorganizowanie tej wycieczki. Na trop możliwości wejścia do elektrowni wpadłem ja sam kilka lat temu, ale dzięki zainteresowaniu tematem Krystiana, dzięki jego energii i umiejętnościom organizacyjnym - udało się to zobaczyć! Sam nic bym pewnie nie zdziałał.

Opis wyjazdu można też znaleźć na mojej stronie dotyczącej wypraw do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia - http://czarnobyl1986.info. Zapraszam.