W sobotę idę do pracy dopiero na 18:30, więc cały niemal dzień mam wolny i
korzystając z dobrej pogody mogę zrobić pierwszą wiosenną wycieczkę rowerową.
Stawiam sobie za cel przejechanie minimum 5 godzin i 100 km. Będzie to
pierwsza na tyle długa jazda, nie ma co szaleć z tempem. Za swój cel obieram
środkową część Zalewu Zegrzyńskiego, miejsce gdzie Bug wpada do Narwi.
Ruszam dopiero około 11, dość szybko zatrzymuję się i zakładam rękawiczki, które na szczęście zabrałem. Wieje silny, zimny wiatr i do tego prosto w twarz. Uznaję, że za chwilę się rozgrzeję, ale jakoś mijają kilometry, a mi nadal tak samo zimno. Jadę Trasą Siekierkowską, pokonuję Wisłę i docieram na Gocław. Po kilku dalszych kilometrach zatrzymuję się przy ulicy Marsa, gdzie wyjmuję z plecaka termoaktywną koszulkę zabraną na wszelki wypadek i zakładam ją na siebie. Dopiero teraz robi się komfortowo.
Przejeżdżam przez Rembertów, Zielonkę i Kobyłkę. Tam skręcam na północ, do Nadmy, przecinając wiaduktem ruchliwą trasę S8. Ta trasa nad Zalew jest lubiana przeze mnie, nie ma tu tłumów rowerzystów, nawet ruch samochodowy jest mocno ograniczony. Docieram do Słupna, gdzie przecinam drogę nr 629 łączącą Marki z Radzyminem. Lokalnymi drogami objeżdżam Radzymin po jego obrzeżach - nie ma żadnego sensu jechać przez środek miasteczka. Drogi są wyremontowane, niektóre dopiero niedawno doczekały się asfaltu, jedzie się komfortowo, choć cały czas pod silny wiatr. Zaczyna się ładny i ciekawy fragment, gdzie droga przecina tereny rekreacyjne, przypominające mi Rynię albo Wilgę.
Po wyjechaniu z Radzymina mijam Rudę i zatrzymuję się na moście nad Rządzą - niewielką rzeką, która wpada do Narwi, a właściwie już do szeroko rozlanej części Zalewu Zegrzyńskiego. Kawałek dalej wieś Stare Załubice, gdzie skręcam w najkrótszą drogę prowadzącą do niedalekiego już Arciechowa. Z początku jest to dobrej klasy szuter, gdzie na szosowych oponach jedzie się całkiem nieźle.
Niestety, już po jakimś kilometrze droga staje się mocno piaszczysta, koła grzęzną i wymaga to ode mnie sporego wysiłku. Miejscami jest gruby żwir, ale to też niezbyt pomaga. Po chwili jakieś zabudowania - to już Arciechów, ale jakość drogi nie poprawia się. Docieram w końcu do starorzecza Bugu, a po chwili do wału przeciwpowodziowego. Gdy wchodzę z rowerem na jego koronę, otwiera się widok na cel wycieczki. Plaża jest dość szeroka, ale nie jest tak ładna jak plaże nad Wisłą. Jest tu dużo śmieci, do wody daleko... nie chce mi się tam iść, robię jedynie kilka zdjęć.
Pora kierować się na południe, ale inną drogą niż te piachy, jakimi tu dotarłem. Bliżej Narwi droga jest o wiele lepsza, wkrótce pojawia się asfalt. Docieram do innej części Starych Załubic, gdzie skręcam w kierunku Ryni. Tu znów na chwilkę staję na moście nad Rządzą, rozlaną już o wiele szerzej. Kolejny odcinek jest bardzo malowniczy, prowadzi przez sosnowe lasy położone na piaszczystych wzniesieniach.
Za Rynią, na początku Białobrzegów, zatrzymuję się przy dawno już opuszczonym ośrodku wypoczynkowym. Robię kilka zdjęć ogołoconym z wszystkiego domkom. Zjadam wreszcie coś, bo od początku wycieczki mój zapas sił już zmalał, a mam jeszcze ponad 50 km do domu.
Kawałek dalej skręcam pod czynny i ładnie odnowiony hotel. Stąd otwiera się piękny widok na Zalew. Niestety, nabrzeżem nie da się przejechać dalej, trzeba wrócić do głównej drogi. Objeżdżam też jakiś inny ośrodek, też chyba opuszczony, ale dość niedawno. Zawsze tu straszy, ale nie jest aż tak zniszczony. Przypomina mi bloki w Prypeci.
Wracam nad wodę, do niedawno wybudowanej ścieżki rowerowej. Widoki z niej są kapitalne, dużo ptaków w pobliżu, kaczki i łabędzie wyszukują jakieś smakołyki na dnie. Ścieżka kończy się po jakiś 2 km, ale co budzi moje zaskoczenie - coś zaczęto robić z terenem, gdzie dotąd dało się prosto przejechać do Nieporętu. Jest zagrodzony, podobnie jak stara przystań, gdzie jednak udaje mi się wejść. Ale i jej dni są już policzone. Robię kilka zdjęć i ruszam dalej, do głównej drogi.
W Nieporęcie rozpoczął się remont dawnej, kostkowej drogi dla rowerów, trzeba obecnie jechać jezdnią. Ale dobrze, że coś się ruszyło, bo ta dawno była tragiczna. Mijam most nad Kanałem Żerańskim, skręcam w lewo na rondzie, a kawałek dalej na ścieżkę rowerową nad kanałem. Jedzie się całkiem fajnie, ludzi nieco więcej, ale bez przesady. Najgorzej, że cały czas pod wiatr. Na północ pod wiatr, na południe pod wiatr... pogoda zawsze musi spłatać jakiegoś figla. Ścieżka jest sukcesywnie, z roku na roku wydłużana, ale i tak w pewnym momencie się kończy. Nie chce mi się jechać szutrem nad kanałem, wiec skręcam w stronę Białołęki.
Przecinam Płudy, w sklepie kupuje jakiś batonik. Dodaje to nieco sił. Przecinam linię kolejową, docieram do ulicy Modlińskiej. Niby blisko, a jednak daleko. Postanawiam wracać praską stroną, obawiając się tłumów na Bulwarach. Im bliżej centrum miasta tym ruch większy, a ja mam coraz mniej ochoty cisnąć jakoś mocno. Mijam w końcu Stadion Narodowy.
Mostem Łazienkowskim przedostaję się na drugą stronę Wisły, przejeżdżam nową i nie do końca wiadomo po co zbudowaną kładką nad portem Czerniakowskim. Wydano na nią dużo pieniędzy, służy tylko pieszym i rowerzystom, a 300 m dalej i tak można przejechać, bo port ślepo się kończy. Kolejne pieniądze wyrzucone w błoto przez miasto.
Dalej już Czerniaków, Stegny, Ursynów. Wreszcie pod domem. Wycieczka to 109 km, pierwsza tak długa w tym roku. Pogoda dopisała, choć wiatr mocno uprzykrzał jazdę. Mam jeszcze niemal 2 godziny do pracy, wypada coś zjeść i się ogarnąć.
Załączam mapkę trasy.






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz