sobota, 21 marca 2026

Rowerowa wycieczka na plażę w Arciechowie

W sobotę idę do pracy dopiero na 18:30, więc cały niemal dzień mam wolny i korzystając z dobrej pogody mogę zrobić pierwszą wiosenną wycieczkę rowerową. Stawiam sobie za cel przejechanie minimum 5 godzin i 100 km. Będzie to pierwsza na tyle długa jazda, nie ma co szaleć z tempem. Za swój cel obieram środkową część Zalewu Zegrzyńskiego, miejsce gdzie Bug wpada do Narwi.


Ruszam dopiero około 11, dość szybko zatrzymuję się i zakładam rękawiczki, które na szczęście zabrałem. Wieje silny, zimny wiatr i do tego prosto w twarz. Uznaję, że za chwilę się rozgrzeję, ale jakoś mijają kilometry, a mi nadal tak samo zimno. Jadę Trasą Siekierkowską, pokonuję Wisłę i docieram na Gocław. Po kilku dalszych kilometrach zatrzymuję się przy ulicy Marsa, gdzie wyjmuję z plecaka termoaktywną koszulkę zabraną na wszelki wypadek i zakładam ją na siebie. Dopiero teraz robi się komfortowo.


Przejeżdżam przez Rembertów, Zielonkę i Kobyłkę. Tam skręcam na północ, do Nadmy, przecinając wiaduktem ruchliwą trasę S8. Ta trasa nad Zalew jest lubiana przeze mnie, nie ma tu tłumów rowerzystów, nawet ruch samochodowy jest mocno ograniczony. Docieram do Słupna, gdzie przecinam drogę nr 629 łączącą Marki z Radzyminem. Lokalnymi drogami objeżdżam Radzymin po jego obrzeżach - nie ma żadnego sensu jechać przez środek miasteczka. Drogi są wyremontowane, niektóre dopiero niedawno doczekały się asfaltu, jedzie się komfortowo, choć cały czas pod silny wiatr. Zaczyna się ładny i ciekawy fragment, gdzie droga przecina tereny rekreacyjne, przypominające mi Rynię albo Wilgę.

Po wyjechaniu z Radzymina mijam Rudę i zatrzymuję się na moście nad Rządzą - niewielką rzeką, która wpada do Narwi, a właściwie już do szeroko rozlanej części Zalewu Zegrzyńskiego. Kawałek dalej wieś Stare Załubice, gdzie skręcam w najkrótszą drogę prowadzącą do niedalekiego już Arciechowa. Z początku jest to dobrej klasy szuter, gdzie na szosowych oponach jedzie się całkiem nieźle. 



Niestety, już po jakimś kilometrze droga staje się mocno piaszczysta, koła grzęzną i wymaga to ode mnie sporego wysiłku. Miejscami jest gruby żwir, ale to też niezbyt pomaga. Po chwili jakieś zabudowania - to już Arciechów, ale jakość drogi nie poprawia się. Docieram w końcu do starorzecza Bugu, a po chwili do wału przeciwpowodziowego. Gdy wchodzę z rowerem na jego koronę, otwiera się widok na cel wycieczki. Plaża jest dość szeroka, ale nie jest tak ładna jak plaże nad Wisłą. Jest tu dużo śmieci, do wody daleko... nie chce mi się tam iść, robię jedynie kilka zdjęć.


Pora kierować się na południe, ale inną drogą niż te piachy, jakimi tu dotarłem. Bliżej Narwi droga jest o wiele lepsza, wkrótce pojawia się asfalt. Docieram do innej części Starych Załubic, gdzie skręcam w kierunku Ryni. Tu znów na chwilkę staję na moście nad Rządzą, rozlaną już o wiele szerzej. Kolejny odcinek jest bardzo malowniczy, prowadzi przez sosnowe lasy położone na piaszczystych wzniesieniach.



Za Rynią, na początku Białobrzegów, zatrzymuję się przy dawno już opuszczonym ośrodku wypoczynkowym. Robię kilka zdjęć ogołoconym z wszystkiego domkom. Zjadam wreszcie coś, bo od początku wycieczki mój zapas sił już zmalał, a mam jeszcze ponad 50 km do domu.




Kawałek dalej skręcam pod czynny i ładnie odnowiony hotel. Stąd otwiera się piękny widok na Zalew. Niestety, nabrzeżem nie da się przejechać dalej, trzeba wrócić do głównej drogi. Objeżdżam też jakiś inny ośrodek, też chyba opuszczony, ale dość niedawno. Zawsze tu straszy, ale nie jest aż tak zniszczony. Przypomina mi bloki w Prypeci.


Wracam nad wodę, do niedawno wybudowanej ścieżki rowerowej. Widoki z niej są kapitalne, dużo ptaków w pobliżu, kaczki i łabędzie wyszukują jakieś smakołyki na dnie. Ścieżka kończy się po jakiś 2 km, ale co budzi moje zaskoczenie - coś zaczęto robić z terenem, gdzie dotąd dało się prosto przejechać do Nieporętu. Jest zagrodzony, podobnie jak stara przystań, gdzie jednak udaje mi się wejść. Ale i jej dni są już policzone. Robię kilka zdjęć i ruszam dalej, do głównej drogi.






W Nieporęcie rozpoczął się remont dawnej, kostkowej drogi dla rowerów, trzeba obecnie jechać jezdnią. Ale dobrze, że coś się ruszyło, bo ta dawno była tragiczna. Mijam most nad Kanałem Żerańskim, skręcam w lewo na rondzie, a kawałek dalej na ścieżkę rowerową nad kanałem. Jedzie się całkiem fajnie, ludzi nieco więcej, ale bez przesady. Najgorzej, że cały czas pod wiatr. Na północ pod wiatr, na południe pod wiatr... pogoda zawsze musi spłatać jakiegoś figla. Ścieżka jest sukcesywnie, z roku na roku wydłużana, ale i tak w pewnym momencie się kończy. Nie chce mi się jechać szutrem nad kanałem, wiec skręcam w stronę Białołęki.


Przecinam Płudy, w sklepie kupuje jakiś batonik. Dodaje to nieco sił. Przecinam linię kolejową, docieram do ulicy Modlińskiej. Niby blisko, a jednak daleko. Postanawiam wracać praską stroną, obawiając się tłumów na Bulwarach. Im bliżej centrum miasta tym ruch większy, a ja mam coraz mniej ochoty cisnąć jakoś mocno. Mijam w końcu Stadion Narodowy.


Mostem Łazienkowskim przedostaję się na drugą stronę Wisły, przejeżdżam nową i nie do końca wiadomo po co zbudowaną kładką nad portem Czerniakowskim. Wydano na nią dużo pieniędzy, służy tylko pieszym i rowerzystom, a 300 m dalej i tak można przejechać, bo port ślepo się kończy. Kolejne pieniądze wyrzucone w błoto przez miasto. 

Dalej już Czerniaków, Stegny, Ursynów. Wreszcie pod domem. Wycieczka to 109 km, pierwsza tak długa w tym roku. Pogoda dopisała, choć wiatr mocno uprzykrzał jazdę. Mam jeszcze niemal 2 godziny do pracy, wypada coś zjeść i się ogarnąć.


Załączam mapkę trasy.


sobota, 7 marca 2026

Jednodniowa wycieczka po ciekawych miejscach zachodniej Słowacji

Dysponujemy wolnym weekendem, pogoda zapowiada się bardzo dobrze. Mamy dużo zaplanowanej pracy przy domu, ale rano w sobotę rzucam propozycję, by wykorzystać taki dzień i zrobić samochodowy wypad do zachodniej Słowacji. Ewa ma w zanadrzu dziesiątki ciekawostek u południowych sąsiadów właśnie z myślą o takich spontanicznych wypadach. Długo namawiać nie muszę, szybko zbieramy się i ruszamy.


Jedziemy na południe nowo otwartym odcinkiem drogi ekspresowej S1 do Bielska-Białej. Muszę uczciwie przyznać, że bardzo to skraca czas dojazdu do stolicy Podbeskidzia. Po kilkunastu minutach mijamy węzeł Hałcnów i już po wcześniej istniejącej S1 kierujemy się dalej na południe, w stronę Żywca. Tu postanawiamy na chwilę zatrzymać się w restauracji pod złotymi łukami i kupić coś, co pozwoli się najeść na tyle, że dotrwamy do planowanego na drogę powrotną obiadu.

Za Żywcem droga zaczyna wyraźnie piąć się w górę. Do niedawna S1 nie istniała tu w obecnej formie - teraz prowadzi wysokimi wiaduktami nad Węgierską Górką, a także przebija się kilkoma tunelami. Przyznam, że droga jest bardzo malownicza. Docieramy wkrótce do granicy, ale tu niespodzianka, droga D3 jest płatna. Jako że i tak już na nią wjechaliśmy, proszę Ewunię, by kupiła przez internet jednodniową winietę. Co prawda kosztuje ona ok. 40 zł, ale teraz już i tak nie było wyboru, za to możemy znacznie szybciej osiągnąć nasze cele.

Droga D3 jednak dość szybko z dwupasmowej robi się jednopasmowa, a do tego to zwykła droga - ze skrzyżowaniami i dużymi ograniczeniami prędkości. Bez sensu, że płaci się dosłownie za kilka kilometrów do granicy. Mijamy Kysucké Nové Mesto - taką wręcz książkową "Czechosłowację" jak ja to określam. Jakieś dawne, rozpadające się fabryki, kominy, osiedle pstrokatych panelaków, czyli bloków z wielkiej płyty, a to wszystko w otoczeniu pięknych gór. Tworzy się tu mały korek, jedziemy wolno i ze zdziwieniem obserwujemy jelenie skubiące trawę tuż przy drodze. Tak jakby miasto i ruch nie istniały.

Kierujemy się na Żylinę i wkrótce docieramy do tego sporego jak na słowackie warunki miasta. Nie ma tu niczego pięknego, przynajmniej przy drodze nie widać żadnych atrakcji. Gdzieś się gubimy, zjazdy nie są wcale jakoś normalnie oznaczone. Ale w końcu wyjeżdżamy i jedziemy jeszcze dalej na południe. Po kilkunastu kilometrach skręcamy w prawo, w zupełnie lokalną drogę. Jeszcze jakieś 10 km i jesteśmy przy pierwszym celu naszej wycieczki. To wieś Čičmany. Znana jest z niezwykłych ornamentowych zdobień na drewnianych domach, wykonywanych tradycyjnie białym wapnem i to już od kilkuset lat, a sztuki tej nauczyli mieszkańców bułgarscy osadnicy. 

Wieś nie jest typowym skansenem. Oprócz może 3-4 budynków które można zwiedzać, większość to prywatne domy. Co więcej, są tu również domy zwykłe, niezdobione. Nieco szkoda, że Čičmany nie mają jednolitego charakteru, no ale to żywa wieś, również ośrodek narciarski, a nie tylko skansen.  Obchodzimy całość, co zajmuje nam niecałą godzinę.








Pora ruszać dalej. Musimy cofnąć się do miasta Rajec i skierować się na zachód. droga jest dość kręta i prowadzi przez niewysokie góry, gdzie jest sporo skał i jakieś kamieniołomy. Mijamy Powaską Bystrzycę, dość spore miasteczko i kierujemy się na Żylinę. Ładnie widać na wysokiej skale ruiny zamku Powaskiego.


Teren robi się bardziej płaski, po dalszych kilkunastu kilometrach skręcamy ostro w prawo. Jeszcze chwila i dojeżdżamy do bardzo ładnego i ciekawego miejsca. To Súľovské skaly, rezerwat przyrody i bardzo atrakcyjne miejsce turystyczne. Przy parkingu zaczyna się wiele szlaków, którymi można wędrować po okolicy, najeżonej skalnymi turniami i iglicami. Jest to również rejon udostępniony dla wspinaczy. My jednak nie chcemy chodzić po górach, nie mieliśmy tego w planie. Chcemy tylko zobaczyć Wąwóz Sulowski (Súľovská tiesňava), którym przebiega tutaj droga. Okolica jest arcyciekawa i z pewnością warto tu będzie wrócić i nieco szerzej poeksplorować.





Wracamy do głównej drogi i kierujemy się do niezbyt odległego miasteczka Bytča. Jest tu kilka ciekawych budynków, a ponadto przez główny plac przebiega kanał, więc bywa to zwane "małym Amsterdamem". Parkujemy w pobliżu starej, zapuszczonej synagogi. Rzeczywiście, jest tu kanał, wzdłuż którego docieramy na plac główny. Porównanie z Amsterdamem jest mocno na wyrost, no ale to Słowacja i mała mieścina, nie spodziewajmy się cudów. Idziemy jeszcze do całkiem ciekawego pałacu ślubów, obok którego jest niewielki, ale bardzo dobrze zachowany zamek. 






Ruszamy ekspresową drogą w stronę Żyliny. Jedzie się szybko, teraz już zupełnie omijamy miasto. W pewnym momencie przed nami wspaniale ukazują się ośnieżone szczyty Małej Fatry, widać Wielki Krywań i Wielki Rozsutec. Ewie udaje się na szybko zrobić jakieś zdjęcie.


Drogą D3 docieramy do miasteczka Krásno nad Kysucou, gdzie skręcamy w lokalną drogę prowadzącą na wschód, w stronę Małej Fatry. Kilkanaście kilometrów jazdy i zatrzymujemy się w Starej Bystricy, Są tu ciekawie zaprojektowane budynki, które chcieliśmy zobaczyć. Jako że odczuwamy już głód, a obiecałem typowy słowacki obiad, czyli smażony ser, to znajdujemy małą, lokalną knajpkę. Atmosfera jest niemal domowa. Ser jest bardzo dobry, ziemniaki tak samo. Warto było tu się zatrzymać na posiłek.




Wracamy do drogi D3 i jedziemy już prosto do Polski. Serią wiaduktów docieramy do granicy, po której minięciu zaczyna się kilkunastokilometrowy zjazd przez Węgierską Górkę do Żywca. Potem jeszcze niecała godzina starym i nowym odcinkiem S1 i docieramy do domu.

Spontaniczna wycieczka okazała się bardzo ciekawa, zobaczyliśmy miejsca nietypowe, nieznane nam wcześniej, zjedliśmy dobry obiad. Pomysł na takie drobne wypady jest doskonały, Ewa ma tak pokaźną listę ciekawych celów, że starczy na kilka lat.

poniedziałek, 2 marca 2026

Krótka rowerowa wycieczka po ciekawych miejscach w Konstancinie i Lasach Chojnowskich

Po długiej i bardzo mroźnej zimie wreszcie przyszły cieplejsze dni, co pozwala na normalne wycieczki rowerowe. Co prawda w lasach nadal jest pełno błota i pozostałości śniegu, ale to nie jest żadnym problemem. Szukając niedużej trasy na rozruch po dość długim okresie rowerowej bezczynności zauważam na mapach ciekawe miejsce w Lasach Chojnowskich, na południe od Konstancina. Na zdjęciu satelitarnym wygląda to jak piaszczyste wydmy w zadrzewionym terenie, jakich jest dość dużo na Mazowszu. Nigdy tam jednak nie dotarłem, więc uznaję że będzie to ciekawy cel.

Ruszam z Natolina kierując się na południe. Przecinam Las Kabacki, mijam ogród botaniczny PAN w Powsinie. Z wiślanej skarpy zjeżdżam stromo w dół, w kierunku Konstancina. W centrum miasteczka docieram do charakterystycznego jazu na Jeziorce, który spiętrza rzekę. Nad rozlewiskiem zawsze jest pełno ptaków, ale jeszcze nie tym razem, jest po prostu za zimno, nie zaczął się jeszcze okres żerowania, na wodzie jest sporo lodu. Jadę rowerową ścieżką nad rozlewiskiem i docieram w końcu do Parku Zdrojowego, gdzie jest nieczynna na razie tężnia. Kieruję się na południe.

 
 

Zaraz obok parku jest kilka jak dla mnie ciekawych miejsc. Konstancin słynie z tego że jest tu sporo zabudowy zabytkowej, a działki i wille są bardzo drogie. Jednak jest tu sporo domów, w tym bardzo pokaźnych, które wyglądają na opuszczone od wielu lat. Takie właśnie zabudowania są zaraz obok parku.



Kieruję się dalej na południe, mijam kolejne fragmenty położonego w pięknych lasach miasta. W końcu zabudowa się kończy. Jadę jeszcze kawałek asfaltową drogą w stronę Czarnowa i odbijam w lewo w las. Tu już jest pełno błota, a na bardziej suchych fragmentach po prostu lód. Wyjmuję telefon, by na mapie sprawdzić gdzie dokładnie mam jechać.



Po chwili nawigowania docieram do celu wycieczki. Przede mną pojawia się piaszczyste wzniesienie, a chwilę później staję na szczycie całkiem pokaźnej, minimum kilkunastometrowej wydmy. W dodatku wzniesienie nie jest punktowe, tworzy jakby pierścień o średnicy dobrych 200-300 m. Objeżdżam całość wokoło i w końcu zjeżdżam jeszcze na sam dół. Miejsce zaskakujące, mimo że okolicznymi drogami jeździłem nie raz, to nie zdawałem sobie sprawy z jego istnienia.





Wyjeżdżam na wschód, do zabudowań pobliskiej Borowiny. Docieram do głównej drogi i znów kieruję się na Konstancin. Teraz jadę inną drogą, przez las, a potem wschodnią część miasta. Tu również mijam kilka opuszczonych willi.



Ostatni etap wycieczki to jazda wzdłuż Jeziorki poniżej jazu, a potem już do Powsina i do domu. Wycieczka to nieco ponad 30 km, bardzo niedużo, ale brak dystansu zdecydowanie nadrobiły ujrzane ciekawostki.